Przeskocz nawigację

Bogatą w sukcesy karierę, ale trochę niespełnioną, zakończył w 2008 roku. Wówczas mało kto przypuszczał, że Dominik Tomczyk, który media traktował z wielkim dystansem, do koszykówki wróci jako… rzecznik prasowy. Teraz ma nieco inne spojrzenie na sport. Wie, że kilka minut spędzonych przed kamerą lub parę słów w gazecie to dla gracza i klubu promocja równie ważna, jak dobry występ na boisku. Skoro więc debiutancka trema związana z nową dla siebie rolą już minęła, Tomczyk zabrał się do pracy. A w jego przypadku praca będzie polegać na kontaktach z dziennikarzami.

Często bywa Pan teraz na treningach i meczach Śląska Wrocław?
DOMINIK TOMCZYK: – Tak, jestem – że tak powiem – zobligowany do tego. Muszę wiedzieć, co się dzieje w drużynie i jaka panuje w niej sytuacja. Czy ktoś nie ma urazu, czy nie ma z czymś problemu. Wiadomo, że muszę mieć kontakt z zespołem, żeby utrzymywać kontakt również z mediami i mieć o czym opowiadać.

I nie nachodzą Pana myśli, żeby przebrać się na trening i pokazać chłopakom, że Tomczyk nie zapomniał, jak się gra w koszykówkę?
– Czasem mam wrażenie, że wszedłbym na boisko, przez chwilę zagrał i przypomniał o sobie. Z drugiej strony, jak nieraz patrzę na ich zajęcia i na trenera Rajkovicia, to mi szybko mija (śmiech). Te treningi są ciężkie, a jednak kiedy przypomnę sobie ostatnie lata, moje urazy i wszystko, co przeszedłem, nie dałbym już rady. To byłoby za duże wyzwanie dla mojego organizmu.

Przez kontuzje, mimo wielu sukcesów, można uznać Pana za koszykarza nie do końca spełnionego.
– Wiadomo, że kontuzji nabawiłem się sporo, w dodatku były dość poważne. Od pewnego momentu mojego życia i mojej kariery nieodzownym hasłem było leczenie urazów. Niestety, życie sportowca tak też wygląda. Nawet ci najlepsi, którzy mają niesamowite kariery za sobą, przechodzili przez ciężkie kontuzje. Z tym trzeba umieć żyć, trzeba umieć dać sobie radę. Wydaje mi się, że kontuzje to także pewien etap kariery. Jeżeli ktoś nie umie się z tym uporać, nigdy nie będzie sportowcem. Jeżeli po kontuzji się załamuje, nie umie wrócić do czynnego sportu, to będzie mu ciężko odnieść sukces w życiu.

Miał Pan momenty takiego załamania, kiedy chciał rzucić koszykówkę w cholerę?
– Oczywiście. Na początku, kiedy przytrafia się uraz i człowiek staje przed diagnozą, że spędzi pół roku bez gry i treningów, to w pewnym sensie jest załamujące. Ale to też nie jest tak, że przez pół roku nic się nie robi. Później człowiek walczy z organizmem, kontuzją i ze swoim ciałem. To również jest trening – fizyczny, psychiczny, mentalny. Przez kilka miesięcy nie pojawia się na boisku, nie może pokazać przed publicznością z drużyną, ale gra zupełnie inny mecz. Kiedy przez pół roku nie było mnie na boisku, nie leżałem w domu, oglądając telewizję, a noga goiła się sama. Ciężko pracowałem. Może nawet ciężej niż wtedy, gdy przygotowywałem się do spotkań.

Po zakończeniu kariery w 2008 roku trudno było trafić na informacje o Panu. Co robił Pan przez ten czas, zanim został rzecznikiem Śląska?
– Tak się złożyło, że postanowiłem zakończyć karierę, a miesiąc później przestał istnieć klub. Nie wiedziałem, że tak się stanie, to był zbieg okoliczności. Może nawet dobrze wyszło. Gdybym zaczął grać, to znalazłbym się w takiej sytuacji, jak większość chłopaków, którzy wtedy w Śląsku występowali. Musiałbym zakończyć karierę albo szukać klubu poza Wrocławiem. W takiej chwili pewnie skończyłbym ze sportem, bo z Wrocławia już nie chciałem wyjeżdżać i tułać się z rodziną po innych klubach. Po skończeniu kariery poświęciłem więc czas swoim bliskim. Mam małe dzieci, poza tym budowałem wtedy dom.

Kiedy został Pan w sierpniu rzecznikiem Śląska, powiedział, że ma debiutancką tremę. Zdążyła już minąć?
– Tak. Wiadomo, że poza grą w koszykówkę, nigdy nie robiłem nic innego. A trzeba przyznać, że bycie rzecznikiem prasowym to dla mnie coś nowego. Nowe wyzwanie, nowa praca, a ponadto – szczerze powiedziawszy – nie mam żadnego doświadczenia w tym zawodzie. Jednak widzę, że to kwestia czasu, by do pewnych rzeczy dojść i się ich nauczyć. Przede mną jeszcze dużo nauki, ale chyba idzie mi nieźle (śmiech).

Jak doszło do tego, że ponownie związał się Pan ze Śląskiem?
– Zadzwoniła do mnie Krystyna Wójcik, żona Adama, ponieważ ona jest tutaj generalnym menedżerem i zaproponowała taką funkcję. Powiedziała, że jej zdaniem moja osoba się do tego nadaje. Dostałem chwilę do namysłu. Po dwóch dniach spotkaliśmy się – ja, Krystyna oraz pan Przemysław Koelner – i wtedy oficjalnie przedstawiono mi propozycję. Zdecydowałem się.

Gdyby ktoś po zakończeniu Pana kariery obstawił u bukmachera, że Dominik Tomczyk w 2011 roku zostanie rzecznikiem Śląska, teraz żyłby w luksusach. Ciężko było wyciągnąć Pana przed kamery.
– To jest normalna rzecz. Według mnie 80 procent sportowców ma takie podejście do mediów. Teraz myślę nieco inaczej, ponieważ media promują zawodnika i klub, w którym on gra, dlatego sportowcy powinni patrzeć na sprawę w ten sposób. Wtedy wydawało mi się to niepotrzebne. Wszystkie mecze i treningi to nie tylko duże obciążenie fizyczne. Umawianie się na wywiady pochłania również dużo czasu. Poza tym, nie oszukujmy się – wszystkie wywiady, przed- i pomeczowe konferencje to trochę lanie wody. No bo pytania, co trzy dni, typu: co myślisz o kolejnym przeciwniku, co było przyczyną porażki lub sukcesu, to sztampa. Wiadomo, kibice lubią sobie poczytać i mają z tego satysfakcję, ale dla mnie, jako zawodnika, wiele podobnych rzeczy wydawało się bez sensu.

Ale propozycję zagrania w jednym z odcinków sitcomu „13. Posterunek 2” Pan przyjął.
– Przyjąłem, aczkolwiek były to pewne zobowiązania reklamowe klubu wobec sponsora. W tamtym czasie wybrano mnie i Tyrice’a Walkera, byśmy zagrali w jednym z odcinków. Traktuję to jako super przygodę. Nagrywanie filmu trwało trzy dni, pamiętam je bardzo dobrze. Było sympatycznie, w „13. Posterunku” występowało wówczas wielu znanych aktorów i miło to wspominam.

Praca na planie filmowym była cięższa niż podczas treningów?
– Fakt, jest to ciężka praca, ale o zupełnie innej specyfice. Trening koszykarski jest krótki i intensywny, ale po nim zostaje dużo wolnego czasu na odpoczynek. Natomiast praca aktora jest nieprzewidywalna. W tamtym czasie, kiedy nagrywaliśmy odcinek, pracowaliśmy od rana do wieczora. I była to praca bardzo zwariowana. Nagrywało się pewne sceny, ale nie mieliśmy narzuconego z góry planu, że teraz kręcimy jedną scenę, a za chwilę inną. Reżyser serialu, pan Maciej Ślesicki, wyznawał swoją filozofię. Nagraliśmy jakąś scenę, a za chwilę on mówi: nie, dobra, kręcimy teraz coś zupełnie innego. Przy tym wszyscy aktorzy musieli być do jego dyspozycji. To naprawdę męczące, ponieważ w każdej chwili musieliśmy być zwarci i gotowi do pracy.

Wróćmy do Pana nowej roli. Po miesiącu pracy zmieniło się trochę Pana spojrzenie na koszykówkę?
– Tak. Jak już mówiłem wcześniej, z perspektywy zawodnika wiele rzeczy wydawało mi się mało istotnych, jak np. wywiady. W tamtym czasie dla mnie media mogły właściwie nie istnieć. Uważałem, że taka promocja jest mi niepotrzebna, bo ja promuję się na boisku. Po części jest to prawdą. Jeżeli gram dobrze, to dlaczego mam się wychylać poza parkietem? Ale żyjemy w tak medialnych czasach, że jednak praca na treningach to jedna, a kontakt z mediami druga sprawa, równie istotna. Po to, żeby reklamować siebie i klub. Teraz o tym wiem, dlatego będę starał się przekazywać to naszym koszykarzom.

W środowisku zawsze miał Pan opinię bardzo spokojnego, opanowanego człowieka. Istnieje jakaś rzecz, która potrafi wyprowadzić Pana z równowagi?
– Ludzie mówią, że jestem spokojny i opanowany, ale nie ma osoby, która do wszystkiego podchodzi na luzie. Może ja duszę wiele rzeczy w sobie, nie pokazuję irytacji i złości, ale denerwuję się jak każdy. Po prostu kumuluję to w sobie.

Dlaczego?
– Żeby wywrzeć wrażenie, że nie jestem cholerykiem i wariatem. Jeśli pokazujesz, że nie panujesz nad sobą, to wiele osób uważa cię za czubka (śmiech).

Nie denerwuje Pana konflikt z drugoligowym Śląskiem? Dawni koledzy z boiska, Tomczyk i Wójcik, znaleźli się po jednej, a Zieliński i Hyży po drugiej stronie barykady. Niektórzy chętnie skłóciliby was na zawsze.
– Na pewno sytuacja jest trudna i nie znajdzie swojego rozwiązania w ciągu kilku tygodni. Staramy się z tym żyć i robimy swoje. Skoro postawiło się pierwszy krok, to trzeba iść do przodu. Drużyna, którą mamy, mistrzostwa Polski nie zdobędzie, ale małe zamieszanie w lidze może zrobić. Nas interesuje sport. Uważam, że żadnego konfliktu we Wrocławiu nie ma. Skoro II-ligowy Śląsk chce awansować do ekstraklasy, to będziemy mu kibicować, ponieważ trzymamy się tego, że kochamy koszykówkę. Jeżeli ktoś chce w tym mieście grać w koszykówkę, to nic, tylko przyklasnąć.

Mimo wszystko część kibiców podzieliła się na dwa obozy. Jedni deklarują, że będą kibicować Śląskowi w ekstraklasie, drudzy zarzekają się natomiast, że interesuje ich tylko II liga. Zdaje Pan sobie sprawę, że sporo zaryzykował, decydując się współpracę z Przemysławem Koelnerem?
– Rzeczywiście, powstał jakiś podział. Jeżeli są kibice, którzy będą wspierać nas, a inni deklarują, że Śląsk II-ligowy, to pozostaje zadać pytanie o liczby. Wydaje mi się, że większość wrocławskich kibiców wybierze ekstraklasowy. Nie ze względu na „prawdziwość” Śląska, o której dyskutuje się w mediach i która jest powodem rzekomego konfliktu, tylko z uwagi na poziom sportowy. Nasza filozofia polega na tym, żeby przyciągać na spotkania w ekstraklasie wszystkich kibiców koszykówki we Wrocławiu. Owszem, jeżeli są kibice tak bardzo zafascynowani zespołem drugoligowym i twierdzą, że nigdy nie wybiorą się na mecz ekstraklasowego Śląska, to radziłbym, żeby nie mówili „nigdy”. Bo jeżeli będą mieli ochotę, to my ich zapraszamy. Nie interesują nas żadne podziały.

Tyle że kibic często widzi tylko czarne i białe, poza tym jego zachowania są determinowane przez silne emocje. Nie boi się Pan, że ludzie, którzy kiedyś skandowali Pana nazwisko, teraz będą na nie pluć?
– Na mnie już pluli. Pamiętam, kiedy występowałem w Pruszkowie i wygraliśmy w fazie play-off mecz rozgrywany w Hali Ludowej we Wrocławiu, że pluło na mnie wielu. Ale taki jest kibic. Reaguje impulsywnie, a ten impuls jest bardzo mocny, stąd takie zachowania.

Pamięta Pan słowa, których użył w czasie jednego z ubiegłorocznych wywiadów, zapytany, co powinien zrobić Śląsk, aby ponownie grać w ekstraklasie?
– Nie.

„To proste. Właścicielem klubu powinien zostać człowiek, najlepiej obrzydliwie bogaty, którego pasją będzie koszykówka, a nie chęć zysku”.
– Już sobie przypominam.

Nieświadomie zabawił się Pan w proroka.
– Fakt, trochę tak (śmiech). Z tym obrzydliwie bogatym właścicielem tak do końca nie wyszło, bo pan Koelner, owszem, bogaty jest, ale ma również swoje zobowiązania finansowe wobec WKK. Wiadomo więc, że potrzebujemy także pieniędzy od innych sponsorów. Na razie budżet klubu nie jest zamknięty, pewni sponsorzy się pojawili, ale szukamy kolejnych. To prosta zależność. Im więcej sponsorów, tym więcej pieniędzy, a im więcej pieniędzy, tym lepsza drużyna.

Za Przemysławem Koelnerem przemawia pasja do koszykówki, a nie chęć zysku?
– O chęci zysku nie może być mowy. Ludzie, którzy pałali taką chęcią, mieli już ten klub w swoich rękach i przekonali się, że jest ciężko. Pan Koelner chyba jest świadomy, że wielkiego zysku i zarobku z tego nie będzie. Czyli co? To jest ta druga strona medalu – jego wielkie serce do koszykówki.

W trakcie kariery przylgnął do Pana ciekawy pseudonim. „Baby face killer”. Dla rzecznika prasowego już tak wdzięczny nie jest.
– (śmiech) O ile sobie dobrze przypominam, to chyba już w trakcie gry w Pruszkowie dość często mnie tak nazywano. Każdy ma jakiś pseudonim boiskowy, to normalne. Jeżeli ktoś wymyśli mi teraz nowy, jako rzecznikowi Śląska, to czemu nie.

Może Pan ma pomysł?
– Nie, czekam na waszą kreatywność (śmiech).

Reklamy

Wspólny grill, spacery, regaty kajakowe i trening sztuk walki – to wszystko, oprócz piłkarskich zajęć, zafundował swoim graczom podczas przygotowań do sezonu nowy trener Miedzi Bogusław Baniak. Brzmi niepoważnie? Poważny jest za to cel. Miedź jest głównym faworytem do awansu na zaplecze ekstraklasy.

Podczas zgrupowania w wielkopolskich Łężęczkach zajęcia z piłkami, odprawy taktyczne oraz sparingi, owszem, były, ale 52-letni szkoleniowiec postawił również na budowanie atmosfery. Z dwóch powodów. Po pierwsze, do Miedzi trafiło wielu nowych graczy, więc trzeba było zadbać, by się w niej szybko zaaklimatyzowali. Po drugie, w ostatnim czasie coraz istotniejszą rolę w futbolu odgrywa trening mentalny, ważny przy tworzeniu czegoś, co na Zachodzie nazywa się „team spirit”. Baniak udowodnił już nie raz, że jest chodzącym oryginałem, więc i tym razem piłkarze się nie nudzili.

Pierwszy przykład z brzegu to jego reakcja po sparingowej porażce 0:2 ze Zniczem Pruszków. Rywal okazał się silniejszy nie tyle piłkarsko, co fizycznie. Mówiąc wprost: wdeptał legniczan w glebę. – Daliście im się porozbijać. Zamiast reklamować faule, zacznijcie z nimi walczyć – mówił trener do swoich podopiecznych. W tym samym czasie w ośrodku KS Posnania przebywała również grupa zawodników trenujących sporty walki. Baniak skorzystał więc z okazji, porozmawiał z ich szkoleniowcem i zorganizował drużynie trening… fighterski. Łuki brwiowe całe? Kości na swoich miejscach? To dawajcie na spływ. Regaty kajakowe na zakończenie zgrupowania dostarczyły nie mniej emocji niż dobry mecz. Zawodnicy ścigali się na dystansie 1000 m w dwuosobowych osadach. – Najlepsi okazali się Marcin Orłowski i Tomasz Laskowski, czyli dwaj bardzo silni mężczyźni. Jak zaczęli wiosłować, to ruszyli jak motorówka! Gdyby nie chcieli grać w piłkę, to wypożyczymy ich do klubu kajakowego – opowiadał w swoim stylu po wyścigach. Zgodnie ze zwyczajem, zwycięzcy zafundowali sobie… kąpiel w rzece. – Ci chłopcy stanowią fajną drużynę, w której panuje dobra atmosfera. A to służy wygrywaniu spotkań – dodał Baniak, który ma kilku znakomitych, jak na warunki II ligi, zawodników. Wszyscy, poza Jakubem Grzegorzewskim, trafili do Legnicy w letniej przerwie.

Wszystko zaczęło się od sprowadzenia duetu z Łodzi: Mariusza Mowlika i Adriana Woźniczki. Razem z nimi kontrakt podpisał Zbigniew Zakrzewski z Warty Poznań. Języczkiem u wagi stał się jednak transfer „ełkaesiaków”. Obaj działają bowiem w Stowarzyszeniu Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów, i mają sporo kontaktów. Mowlik pokazał już w ŁKS-ie, że żadnej pracy się nie boi. Działał w marketingu, biegał razem z kilkoma kolegami za licencją dla klubu, na kilka dni stał się również jego… rzecznikiem prasowym. O swojej obrotności zdążył już udowodnić także w Miedzi. To on, wraz z Woźniczką, stał za ściągnięciem „Zakiego”, a później maczał palce przy kolejnych ruchach na rynku. W rezultacie do Miedzi przyszli Piotr Madejski, Marcin Nowacki i Mariusz Zasada. Z kolei Baniak na bramkę „przytachał” z Poznania Andrzeja Bledzewskiego.

Wszyscy z doświadczeniem, każdy z nich mógłby poszukać – zapewne z dobrym skutkiem – klubu w wyższej lidze, ale zdecydowali się na Legnicę. Z tego powodu Miedź postrzega się jako głównego faworyta do awansu. Dlatego trzeba zdawać sobie sprawę, że kibice będą wymagać dobrych wyników już od pierwszej kolejki. Motorem drużyny ma być Piotr Madejski. – Na pewno nie czuję z tego powodu żadnej presji. Jakbym czuł presję, czy się bał, to w ogóle nie wychodziłbym na boisko – przyznał skrzydłowy. – W II lidze zwycięstwa przede wszystkim trzeba będzie wybiegać i wywalczyć. Jesteśmy faworytami, więc na mecz z nami każdy będzie nastawiał się na twardą grę. My też będziemy gotowi na taką walkę – zapewnia Madejski.

Czyli oryginalne treningi już dają efekty. W drodze po awans Miedź jednych rywali pobije, a drugim ucieknie kajakiem. I słusznie, niech spływają.

Mateusz Cetnarski. Jego dziewczyna jest dziennikarką Orange Sport. Zna doskonale nie tylko kilka języków, ale też futbol. Od nowego sezonu będzie słuchał piłkarskich rad Oresta Lenczyka, który ściągnął go do Śląska. Mai obiecał, że przeczyta autobiografię Pelego po angielsku, a kumplowi, że nauczy się grać na gitarze. Jak sam mówi, na razie zna jednak zbyt mało słówek, a palce go nie niosą. Najważniejsze, żeby we Wrocławiu niosły go nogi, bo ostatniego sezonu w Bełchatowie, także przez kontuzje, do udanych nie może zaliczyć. Czy sobie poradzi? Przekonajcie się sami…

Przyjeżdżasz do klubu, witasz się z nowymi kolegami i trenerem, nagle do szatni wpada prezes Piotr Waśniewski i mówi: Mateusz, zapraszam na rozmowę wychowawczą. Tak wyglądał Twój pierwszy dzień we Wrocławiu?

MATEUSZ CETNARSKI: – Nie zapoznawałem się z większością, ponieważ tych chłopaków znam z wcześniejszych występów. Tak to już jest w tym światku, że kojarzymy się z boiska. Z niektórymi grałem w kadrach młodzieżowych, niektórych kojarzę z rehabilitacji, a innych po prostu z murawy, więc nie musiałem się szczególnie przedstawiać. U prezesa byłem wcześniej, przed treningiem, kiedy przyjechałem z Łodzi, gdzie mieszkałem dotychczas. Zrobiłem, co miałem zrobić i zszedłem do chłopaków.

Spytałem o prezesa, bo w Śląsku panuje zwyczaj, że dopóki nie ma podpisu na umowie, klub nie chwali się tym w mediach. A informacja o Twoim transferze pojawiła się w piątek. Najpierw powiedział o tym prezes GKS-u Bełchatów Marcina Szymczyk, a później Ty potwierdziłeś w wywiadzie, że na 99,9 procent przeniesiesz się do Wrocławia.

– Dlatego nie mówiłem, że na 100, tylko na 99,9 procent, ponieważ tego kontraktu jeszcze nie podpisałem. Mówiłem jasno, że kluby się dogadały, ja jestem zdecydowany, wstępne warunki dogadaliśmy i nic się nie zmieniło do dzisiaj (rozmowa przeprowadzona w ub. poniedziałek – przyp. MRS). Parafowałem wstępną umowę, a jej dalszą część podpiszę, jak wrócę z Chorwacji.

Co stanęło na przeszkodzie, żebyś już poprzedniej zimy został piłkarzem Śląska?

– To była tylko moja indywidualna decyzja. Wracałem po kontuzji. Drużyna była na piątym miejscu, grałem w niej 3,5 roku, więc chciałem ten sezon dokończyć, dotrwać do czerwca. Choć prezesowi postawiłem sprawę jasno, że chciałbym w czerwcu zmienić otoczenie, ale również dograć do końca sezon w GKS-ie i powalczyć z nim o jak najwyższe cele, bo uważałem, że i dla mnie, i dla tych chłopaków to będzie zakończenie jakiejś misji w Bełchatowie. I tak też zrobiłem. Wielu kibiców Śląska może mieć pretensje, że przychodzę na gotowe. Że Śląsk zdobył wicemistrzostwo Polski, to ja sobie do niego przyszedłem. Chciałem przejść do Śląska, ale pół roku temu uważałem, że powinienem dograć sezon w Bełchatowie.

Słowo-klucz w przypadku Twojego transferu to Orest Lenczyk?

– Jest oczywiste, że to trener wybiera, z kim chce pracować. To trener Lenczyk powiedział działaczom, że chce mnie ściągnąć. Oni musieli tylko dopełnić formalności, czyli rozmawiać z GKS-em Bełchatów. Gdyby nie trener Lenczyk, to nie wiem, czy działacze lub prezes chcieliby mnie ściągnąć. Praktycznie w każdym klubie jest tak, że to szkoleniowiec sprowadza takich zawodników, jacy mu się podobają.

Na pierwszym treningu spotkałeś jeszcze jednego starego znajomego z Bełchatowa – Dariusza Pietrasiaka, który też dołączył do Śląska. Dzwonił do Ciebie już w piątek?

– Z Darkiem jestem na łączach praktycznie co drugi dzień, ponieważ przyjaźnimy się od czterech lat, odkąd tylko byliśmy w jednej szatni w Bełchatowie. Jak grał w Polonii Warszawa, to często się kontaktowaliśmy. Zresztą, pochodzimy z bliskich sobie miejscowości, ponieważ „Pietras” wychował się jakieś 60 km ode mnie. Jesteśmy dobrymi kumplami. Miło było go dzisiaj spotkać i poćwiczyć w dwójce, jak za dawnych czasów.

Pierwsze, co zrobił, gdy Cię zobaczył, to było pytanie: „Przewróciło ci się już w głowie, czy nie”? Ponoć często Cię wita w ten sposób.

– O dziwo, jeszcze nie (śmiech). Darek już na tyle poukładał wszystko w mojej głowie, że raczej bardzo rzadko, tak mi się wydaje, będzie już tych słów używał.

Od transferu z Bełchatowa do Śląska może w ogóle przewrócić się w głowie?

– Ja zawsze powtarzam, że gdyby miało mi się przewrócić w głowie, to już dawno by się przewróciło. A na dzień dzisiejszy nie otrzymałem sygnałów od swoich przyjaciół, z którymi się spotykam na co dzień, żeby tak było. Jestem z nimi na dobre i na złe, wciąż trzymam kontakt i zachowuję się tak samo.

Błażej Augustyn to Twój przyjaciel? Sorry, podsłuchałem waszą rozmowę, kiedy na Ciebie czekałem. Chyba ustawiliście się na spotkanie w Rynku.

– Znam go ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łodzi, gdzie graliśmy razem na środku pomocy i zdobywaliśmy mistrzostwo Polski w wieku 15 lat. Błażej pochodzi ze Strzelina pod Wrocławiem i napisał mi SMS-a, czy już dotarłem do Wrocławia. Umówiliśmy się dziś wieczorem na kolację. Pogadamy, przypomnimy sobie stare czasy, bo ostatni raz widzieliśmy się chyba niecały rok temu, gdy byliśmy na kadrze.

Z Wrocławia jest 70 km do Lubina. Selekcjoner Franciszek Smuda rzeczywiście sugerował Tobie w maju ub. roku, że jeżeli przeniesiesz się do Zagłębia, będziesz miał trochę bliżej do kadry?

– Gdy byłem wtedy na zgrupowaniu, rozmawiałem z trenerem Smudą, gdzie powinienem trafić, żeby było dobrze. Trener tylko podpowiedział, że tam jest ułożony zespół, klub idzie w dobrą stronę, jest nowy stadion i fajni piłkarze. To były podpowiedzi w tym kierunku. Że jeżeli chcę, to mogę śmiało iść do Lubina, bo w klubie jest wszystko OK. Ale wtedy Bełchatów nie zdecydował się mnie puścić. Miałem jeszcze propozycję z Anglii, której klub również nie przyjął.

W kadrze zaliczyłeś do tej pory dwa występy, choć może to za dużo powiedziane, bo zagrałeś około 20 minut w towarzyskim spotkaniu przeciwko Serbii, a później wszedłeś na boisko w 85. minucie meczu, którego nie chciałbyś chyba pamiętać.

– Dlaczego? Ja ten mecz wspominam, bo była to dobra lekcja. Nie chcę zapominać meczów, które przegrywam, ponieważ trzeba z nich wyciągać wnioski. Ja takie wnioski po meczu z Hiszpanią (przegranym 0:6 – przyp. MRS) wyciągnąłem. Mimo iż przebywałem na boisku zaledwie kilka minut, mogłem zobaczyć przyszłych mistrzów świata – jak grają w piłkę, jak znakomicie się ustawiają i jak dobrymi są zawodnikami.

Z jednym z nich udało Ci się wymienić koszulkami, konkretnie z Gerardem Pique. Byłeś chyba jednym z nielicznych piłkarzy reprezentacji Polski, któremu Hiszpan nie odmówił. Wstydzisz się momentu, kiedy Twoi koledzy z kadry bezskutecznie prosili gospodarzy o koszulki?

– Nie wstydzę się. Wiadomo, że dziennikarze szukali jak najwięcej sensacji z tego 0:6. Gdybym był dziennikarzem, to pewnie też bym tej sensacji szukał. Ale nie podchodziłem do tej sytuacji ze wstydem, prawie się od tego odciąłem. To nie było tak, że ja biegałem za Pique. Odwróciłem się, on szedł w moim kierunku, a że po meczu jest taki zwyczaj, to zdjąłem koszulkę, a on zrobił to samo. Wymieniliśmy się nimi i tyle. Nie miałem zamiaru biegać za którymś z chłopaków i go prosić. Przecież to normalna rzecz, że jeśli ktoś zdejmuje koszulkę i idzie w Twoim kierunku, to chce się tą koszulką zamienić. To była zwykła, naturalna reakcja. Ja mam koszulkę Pique, ale nie wiem, czy Pique ma nadal moją (śmiech).

Ale po meczu nie było widać w was sportowej złości. Przegraliście 0:6, a gdy się na was patrzyło, to nie było pewności, że za 5 minut wejdziecie do szatni i zrobicie w niej totalny rozpierdziel, taki, że wszystko będzie latało. 

– Ja mogę odpowiadać za siebie. Wszedłem na boisko na 8 minut. Wiadomo, nie byłem w siódmym niebie, że dostałem „szóstkę” od Hiszpanów. Z głową w kolanach zszedłem z boiska, wszedłem do szatni i się nie odzywałem. A co robili inni, to już ich sprawa. Każdy przeżywa porażkę po swojemu. Jeden krzyczy, drugi przeklina, a trzeci rzuca butami o szafkę. Ludzie różnie do tego podchodzą.

W tym roku skończysz 23 lata. Jak się czyta wywiady z Tobą, to można odnieść wrażenie, że w głowie masz poukładane, chcesz ciężko pracować i masz ambicję, żeby zajść wysoko. Nie wkurza Cię zatem, kiedy ktoś nazywa piłkarzy w naszym kraju, którzy są w Twoim wieku, młodymi talentami?

– U nas jest taka tendencja, że nawet o zawodniku w wieku 25 czy 26 lat mówi się, że wciąż jest młodym talentem. Popatrz na inne ligi, lepsze od nas. Tam w dniu, kiedy przekraczasz 20 lat, nie jesteś młodym talentem, tylko uzdolnionym piłkarzem. Wiadomo, że jeszcze trochę czasu musi minąć, aby podobnie było w Polsce. Bo jak wiemy, zawodników na wysoki poziom w wieku 20 lat wchodzi dużo mniej niż w zagranicznych ligach. Jak się robi jakieś klasyfikacje, to nawet 24-latek łapie się do rankingu młodych talentów. To mnie denerwuje, ale najważniejsze jest to, co myślę ja, co myśli trener i chłopaki na boisku. Ludzie dookoła zawsze będą mówić wiele rzeczy, a najważniejsze jest to, co czujesz w sobie. Ja nie czuję, że jestem młodym talentem, tylko chcę już być poukładanym, grającym na niezłym poziomie zawodnikiem.

Często zaglądasz do internetu?

– Na dzień dzisiejszy mój komputer jest rozwalony. Jak już, to podbieram znajomym. Ale jasne, jak każdy normalny człowiek korzystam z internetu w wielu sprawach – osobistych czy medialnych. Lubię surfować po sieci, ale nie jest tak, że siedzę całymi dniami w internecie i czytam wiadomości, czy ktoś czegoś o mnie nie napisał. Skupiam się raczej na rozrywce, czyli muzyce i filmach. Bardziej w tym kierunku.

Pytam, ponieważ jestem ciekaw, czy wiesz, jakie hasła sugeruje Google, kiedy wpiszemy Twoje imię i nazwisko w wyszukiwarce.

– Nie mam pojęcia.

Cytuję po kolei: „Mateusz Cetnarski Maja”, „Mateusz Cetnarski dziewczyna” oraz „Mateusz Cetnarski Maja Strzelczyk”.

– No, miło. Tak, Maja jest moją dziewczyną (śmiech). Co mogę więcej powiedzieć?

Może to dowód, że internauci chętnie zobaczyliby was wspólnie na Pudelku albo w jakimś kolorowym magazynie.

– Maja jest reporterką w jednej ze stacji telewizyjnych, która puszczała nasze mecze w zeszłym sezonie (Orange Sport – przyp. red.). Może dlatego widnieje tam jej nazwisko. Jeżeli jesteś reporterem, przeprowadzasz wywiady z zawodnikami, którzy grają na najwyższym poziomie w polskiej lidze, to normalne, że stajesz się osobą publiczną. I może również dlatego nazwisko Mai pojawia się obok mojego tak wysoko.

W internecie próżno szukać waszych wspólnych zdjęć lub faktów z prywatnego życia. To efekt tego, że nie jesteście jeszcze na tyle rozpoznawalni, żeby ktoś pchał się w nie z butami?

– Każdy ma swoją prywatność, ale nie spotkaliśmy się jeszcze z propozycjami, żebyśmy gdzieś razem występowali. To chyba dobrze. Spędzamy wspólnie dużo czasu. Niekoniecznie musimy pokazywać, jak to robimy. To nasza prywatna sprawa. Akurat nie należymy do ludzi, którzy chętnie by pokazywali, jak gotują w domu albo ścielą łóżko.

Czyli jak zostaniesz gwiazdą, to w MTV Cribs Cię nie zobaczymy?

– MTV? Raczej unikam komercyjnych rzeczy. Jestem bardziej nastawiony na alternatywę.

MySpace wygrywa?

– Ja w ogóle nie mam kont na takich portalach. Założyłem kiedyś na jakimś, ale szybko zlikwidowałem, bo zobaczyłem, że to idzie w zupełnie innym kierunku niż powinno. Mam swoich znajomych, ich numery telefonów i to mi w zupełności wystarcza. Nie muszę się z nimi komunikować przez internet lub przez inne dziwne rzeczy (śmiech).

A co z zaproszeniami od kibiców i dziennikarzy na Facebooku?

– Nie znajdę ich, bo nie mam konta. Jeżeli ktoś będzie chciał przybić mi „piątkę” lub się przywitać, to może przyjść na stadion, na trening. Dla każdego znajdę czas.

Dziewczyna, która zna się na sporcie, to powód do dumy czy do kłótni po meczu, który Ci nie wyszedł?

– Dla mnie jest to powód do dumy, bo rzadko można spotkać dziewczynę, która tak dobrze zna się na piłce. Ja się bardzo cieszę, że Maja się nią interesuje. Co prawda ze wskazówkami na meczu jest ciężko, wiadomo, że dostaję je od trenera. Ale przekazuje mi swoje uwagi i propozycje, zawsze rozmawiamy ze sobą. I to jest niezłe.

Na pierwszej randce nie musiałeś jej tłumaczyć, co to jest spalony?

– Nie, ona to bardzo dobrze wiedziała. Zresztą, na pierwszej randce byliśmy na meczu Barcelona – Real, bo jesteśmy kibicami Barcelony. Właściwie to… na tym meczu się poznaliśmy.

No właśnie, Twoja dziewczyna zna świetnie język hiszpański.

– Hiszpański oraz angielski, a i w kilku innych językach się dogada. Jest bardzo zdolna, dlatego dostała propozycję pracy w telewizji. A o tym, jak potrafi przeprowadzać wywiady i rozmawiać po hiszpańsku, przekonali się zawodnicy, którzy mówią w tym języku. Nawet nowy kolega z drużyny, Cristian Diaz, przekonał się, że wywiad z Mają był chyba bardzo przyjemny i profesjonalny.

Ty potrafisz powiedzieć coś w tym języku?

– Nie, z hiszpańskim się nie wychylam. Maja rzuciła kiedyś propozycję, żeby może podszkolić się z podstawowych słów. Ja jak najbardziej wyrażam chęć. Jeśli tylko przyjedzie do mnie w październiku, jeśli uda jej się przenieść do Wrocławia, to na pewno zaczniemy naukę.

A jak się ma Twój angielski? Obiecałeś, że przeczytasz autobiografię Pelego w tym języku, którą dostałeś z takim nakazem od dziewczyny.

– Nie chodzę na żadne prywatne zajęcia. Zostało mi to, co pamiętam ze szkoły. A jak wyjeżdżamy na różne obozy, to staram się rozmawiać z tamtejszymi ludźmi w języku angielskim. Dogadam się, ale nie jestem jakimś płynnie mówiącym po angielsku chłopakiem, bo nie znam na tyle tego języka. Podstawowe słowa i zwroty znam, więc na boisku nie byłoby problemu, żeby porozumieć się z obcokrajowcem. Jednak na razie jest zbyt wiele słów, których muszę się nauczyć, więc książka czeka na półce.

Dostałeś termin z ultimatum?

– Termin był wyznaczony, ale troszeczkę go nadgiąłem i został przedłużony (śmiech).

Została do spełnienia jeszcze jedna obietnica. Nauczyłeś się grać na gitarze kawałek „Wonderwall” grupy Oasis?

– Próbowałem wiele razy, ale, niestety, moje palce mnie nie niosą (śmiech). Nie pozwalają, żebym to załapał. Nie wiem, może spróbuję na jakimś innym instrumencie. Na razie zajmuje się słuchaniem muzyki i jeżdżeniem na koncerty.

Muzyka to dla Ciebie sposób na koncentrację przed meczem?

– Lubię jej słuchać, ona właściwie ciągle jest przy mnie. Wielu zawodników tak ma, że koncentruje się, słuchając muzyki. Ja nie muszę tego robić, żeby się rozluźnić albo napompować. Uważam jednak, że ludzie nie funkcjonowaliby dobrze bez muzyki, dlatego kiedy tylko mogę, słucham jej niemal wszędzie.

Ile waży w Śląsku nr 10 na koszulce?

– Waży tyle samo, co w każdym innym zespole. Z tym numerem występowałem w GKS-ie Bełchatów i nie sprawiało mi to problemu, dobrze się z nim czułem. Grałem z dziesiątką właściwie od najmłodszych lat i chciałbym ją nosić na koszulce do końca swojej przygody z piłką, Numer 10 jest specyficzny, bo przyjęło się, że bardzo ciężki.

Twoje nogi to wytrzymają?

– Zobaczymy, czy wytrzymają. Mam nadzieję, że nie będzie z tym problemu.

Orest Lenczyk to gwarancja, że będziesz przygotowany fizycznie na 100 procent i ominą Cię kontuzje?

– Znam możliwości trenera Lenczyka, ponieważ pracowałem z nim w Bełchatowie. Jak komuś jest za dużo, komuś za mało, to umie balansować na granicy dobrego przygotowania. Dlatego też tutaj jest. Wiem, jak przygotowuje chłopaków. Wiem również, że jest nie tylko dobrym trenerem, ale też psychologiem.

Czyli Twoja głowa z „dziesiątką” i presją kibiców, dużo większą niż w Bełchatowie, też sobie poradzi?

– Nie ma innego wyjścia.

*****

NA SKRÓTY:

Maja nie trenuje ze mną wywiadów. Nie musi tego robić, bo jest na tyle uzdolnioną, kilkujęzyczną dziennikarką, że spokojnie sobie radzi.

Zanim zacząłem grać w ekstraklasie i zarabiać poważne pieniądze, powiedziałem sobie, że jeśli tylko będzie mnie stać, całą playlistę ze swojego WinAmpa skolekcjonuję na płytach. A było tam ponad 1000 utworów. Do pełni szczęścia brakuje mi jakiejś 1/3, ale to są unikatowe płyty wydane za granicą kilka lub kilkanaście lat temu, które u nas czasami wchodzą dopiero na rynek.

Wydaje mi się, że im wyższa liga, tym większa tolerancja dla człowieka. Kiedy miałem 18 lat i trafiłem do Bełchatowa, wszedłem do szatni w typowych dla siebie ciuchach. Miałem trampki, rurki i szarą bluzę z kapturem. W pewnym momencie zrobiło się cicho, ale nikt ze starszyzny nie wstał i nie powiedział: „Młody, przebierz się, jutro widzę cię w butach z Dolce & Gabbana”.

Mariusz Mowlik piłkarzem wybitnym nigdy nie był i doskonale zdaje sobie sprawę, że już nie będzie. Nadrabia sympatią i zdrowym podejściem do życia. Przez kilkanaście lat kariery zebrał sporo przygód, które w tym fachu do standardowych nie należą. No bo nie wszyscy piłkarze mają okazję, żeby stać się rzecznikiem prasowym swojego klubu albo przed treningiem… dmuchać w alkomat. Kiedyś Grecy podrobili jego podpis, żeby mu nie płacić, ale przekręt wyszedł na jaw. Przed tygodniem Mowlik podpisał czteroletni kontrakt z Miedzią Legnica. Własnoręcznie i z własnej woli. Bez przymusu chce pomóc nie tylko w awansie do I ligi, ale również w budowie silnego klubu.

 W Miedzi nie zdążył Pan jeszcze kopnąć piłki, a już zyskał sympatię jej kibiców i władz klubu. Powód pierwszy: udział w negocjacjach ze Zbigniewem Zakrzewskim, który podobnie jak Pan podpisał kontrakt w Legnicy.

MARIUSZ MOWLIK: – Miło mi to słyszeć. Ale tak naprawdę, mimo że z Adrianem (Woźniczką – przyp. MRS.) pomagamy w negocjacjach, wskazujemy i szukamy zawodników do Miedzi, to najważniejszy jest aspekt sportowy, pomoc drużynie na boisku. Chcemy udowodnić, że Miedź zasługuje na I ligę, to jest w tej chwili dla nas najistotniejsze. A że oprócz tego pomagamy w negocjacjach i pozyskujemy zawodników, to druga sprawa.

Powód drugi: Pana usposobienie. Jedna z pracowniczek klubu powiedziała, że piłkarze rzadko robią na niej wrażenie, a Panu się to udało. Cytuję: „Mariusz Mowlik to strasznie pozytywny i zakręcony gość”.

– (śmiech) Może powiem tak: z żadnym klubem, w którym do tej pory grałem, nie rozstałem się w atmosferze skandalu. Nawet jeżeli nasze drogi się rozchodzą, to staram się odchodzić w pozytywny sposób. Takie jest życie piłkarza – raz się jest w jednym klubie, raz w drugim. Z Adrianem Woźniczką i Pawłem Drumlakiem jestem współtwórcą Stowarzyszenia Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów, mamy doświadczenie, wiele znajomości i kontaktów, dlatego służymy pomocą Miedzi Legnica. Ostatnie trzy lata w ŁKS-ie to dla mnie zakręcony czas. Był moment, że zająłem się tylko sprawami sportowymi, a później zostałem oddelegowany jeszcze do jakichś spraw marketingowych. Zyskałem bagaż doświadczeń.

Ma Pan teraz okazję dołożyć jeszcze powód nr 3, jeśli przyzna się, że był pod wrażeniem atmosfery, jaka panowała w Legnicy podczas meczu Miedzi z Chojniczanką. Takie słowa wówczas padły z ust któregoś gracza, a na trybunach w towarzystwie Andrzeja Dadełły znajdował się tylko Pan oraz Adrian Woźniczka.

– Zgadza się. Może nie była to bardzo liczna grupa kibiców, bo około 1500 osób, ale fajnie to wyglądało. Widać, że klub zrobił już dużo marketingowo. Pamiętam jeszcze, jak opowiadano mi, że na mecze Miedzi chodzi po 300 osób, a to było dwa lata temu. Jest więc wielka poprawa, do tego mnóstwo dzieci i przyjemna, rodzinna atmosfera na trybunach. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Za to należą się wielkie słowa uznania.

Jeżeli w komentarzach na Pana stronie internetowej nie ma cenzury, to znaczy, że fani ŁKS-u też nie dadzą na Pana powiedzieć złego słowa.

– Cieszę się z tego. Uważam, że zapracowałem sobie na ich szacunek nie tylko na boisku, ale również poza nim. Był moment, że ŁKS nie dostał licencji na grę w ekstraklasie. Istniała grupa zawodników, która o tę licencję walczyła, kontaktowała się z różnymi ludźmi tylko dlatego, żeby pomóc klubowi. Nie udało się ostatecznie tego dokonać, jednak serce i ducha walki zostawiliśmy nie tylko na murawie. Ja też byłem jedną z osób, które o tę licencję walczyły, choć tak naprawdę nigdy nie ukrywałem, że moją sportową miłością jest Lech Poznań. Jednak chciałem pomóc ŁKS-owi. W Łodzi spędziłem tylko trzy lata, ale bardzo ważne trzy lata w moim sportowym, i nie tylko, życiu.

Dlaczego nie udało się Panu porozumieć z ŁKS-em w sprawie nowego kontraktu?

– Na temat przedłużenia umowy rozmawialiśmy miesiąc temu. Mimo że z prezesem Dadełłą rozmowy toczyły się dużo wcześniej, wiedział, że priorytet w negocjacjach ma ŁKS. Nie ma co ukrywać, sportowo to przecież ekstraklasa. Nie doszedłem jednak do porozumienia, a później zaproponowano mi umowę na zaledwie rok. To nie do końca odpowiadało moim oczekiwaniom. Mimo iż w tym momencie pojawiły się zapytania z innych klubów, daliśmy słowo prezesowi Dadelle, że wchodzimy w to. Bardzo spodobała mi się wizja budowy klubu i fakt, że jesteśmy jej częścią. To z pewnością zaważyło, że dołączyliśmy do Miedzi. Budujemy ten klub z myślą o tym, żeby w tym roku awansować do I ligi, a w ciągu 2-3 lat do ekstraklasy. Niewątpliwie będziemy ściągać takich zawodników, żeby w niedalekiej przyszłości walczyć o najwyższą klasę rozgrywkową.

W swojej karierze najmocniej był Pan związany z Lechem Poznań. Do „Kolejorza” trafił Pan w 1999 roku, debiut w seniorskiej drużynie zaliczył rok później, a miejsce w podstawowym składzie wywalczył za kadencji Bogusława Baniaka.

– Zgadza się. Tak naprawdę jestem wychowankiem SP nr 13, która przez całe swoje istnienie jest bardzo związana z Lechem Poznań. Nigdy nie ukrywałem tej sympatii. Lech jest klubem, któremu zawdzięczam najwięcej, dlatego zawsze będę wspominał okres gry w nim najcieplej. Byłem przez 7 lat w pierwszej drużynie, zdobyłem Puchar i Superpuchar Polski, a do tego doszedł debiut w reprezentacji Polski. Trenerowi Baniakowi też sporo zawdzięczam, bo to on na mnie postawił. Od tego czasu istnieję jako piłkarz na szczeblu seniorskim.

W takim razie musiał się Pan chyba szeroko uśmiechnąć, gdy okazało się, że trenerem Miedzi będzie najprawdopodobniej właśnie Bogusław Baniak.

– Jeszcze chyba nie ma oficjalnej informacji, że trener Baniak jest szkoleniowcem Miedzi. Ale nie ma co ukrywać, że jest to kolejny plus. Trenera znam doskonale. Wiem, jakim jest człowiekiem, wiem też, że jako szkoleniowiec wyciągnie z nas maksimum, a wielu młodych chłopaków zmotywuje do ciężkiej pracy. Zrozumieją, że życie piłkarza jest może przyjemne, ale też bardzo trudne. Czeka w nim wiele wyrzeczeń, ale na niektóre z nich warto postawić, żeby za rok świętować awans do I ligi. W tym roku świętowałem awans z ŁKS-em i wiem, że jest to wspaniałe uczucie.

Januszowi Kudybie, byłemu trenerowi Miedzi, zabrakło twardej ręki. Bogusław Baniak potrafi trzymać piłkarzy krótko za pysk?

– Potrafi to zrobić, odpowiednio zmotywować i wywrzeć na piłkarzu pozytywną presję, która spowoduje, że wzniesie się on na wyżyny swoich umiejętności. Wiem, że pod względem taktycznym trener Baniak zrobił postępy. Jeździł na staże do Włoch, więc pewne wzorce ma teraz zakorzenione w sobie. Wraz z Adrianem Woźniczką szykujemy już dla sztabu szkoleniowego Miedzi staż właśnie we Włoszech lub w Szkocji. Miałby się odbyć w listopadzie, kiedy liga się już zakończy. Chcemy, by trenerzy się rozwijali.

Pana ojciec też był piłkarzem. Zdobył mistrzostwo i Puchar Polski, srebrny medal IO w Montrealu, zaliczył 21 występów w reprezentacji Polski. Jego dorobek był obciążeniem, kiedy zaczynał Pan przygodę z futbolem?

– Rzeczywiście, to było obciążenie, ale w pewnym momencie ludzie przestali zwracać na to uwagę z tego względu, że tata był bramkarzem, a ja zawodnikiem z pola, więc do porównań nie doszło. Za to zawsze były zapytania, czy doścignę ojca pod względem liczby występów w reprezentacji lub osiągnięć. Wiadomo, on wystąpił 21 razy w reprezentacji Polski, zdobył mistrzostwo i puchar kraju czy medal igrzysk olimpijskich. Trudno to zliczyć, a tak naprawdę do tej pory osiągnąłem niewiele w porównaniu do niego. Nie ma o czym gadać, tata był wielkim piłkarzem. Ja mam 30 lat i jeszcze wiele ambicji, ale ojca raczej nie dogonię.

Skoro ojciec był bramkarzem, to Pan w naturalny sposób powinien zostać napastnikiem. Mógł Pan trenować strzały do woli.

– Właściwie od dzieciństwa „cofałem się” na boisku. Najpierw byłem napastnikiem, później pomocnikiem, aż w końcu zostałem obrońcą. Zostaje mi jeszcze cofnąć się do bramki, ale tego chyba nie zrobię (śmiech). Faktycznie, był czas, kiedy grałem jako napastnik, ale dawno, dawno temu.

Ale z tego czasu coś Pan jeszcze pamięta, bo przy stałych fragmentach gry w polu karnym rywala gra dość skutecznie.

– Pod tym względem udane były ostatnie dwa sezony. Rok temu zdobyłem pięć bramek, w minionym sezonie tyle samo. Mam nadzieję, że w Legnicy będzie podobnie.

Podczas testów w Lechu, w których uczestniczył m.in. Kuba Błaszczykowski, zorganizowano miniturniej z udziałem czterech drużyn. To był ponoć jedyny raz w życiu, kiedy został Pan królem strzelców. Portal Weszło! zabrał jednak Panu ten triumf właśnie na rzecz Kuby, później trzeba było prostować informacje. To jak było naprawdę? Kuba podawał, a Pan strzelał?

– To było jeszcze zupełnie inaczej (śmiech). Grałem w jednej drużynie z Kubą, on miał bodaj 16 lat i już wtedy wszyscy widzieli, że zostanie wielkim piłkarzem. Miał niesamowitą szybkość, to odejście na kilku metrach i było jasne, że jest kwestią czasu, kiedy trafi do naprawdę silnej drużyny, gdzie będzie się rozwijał. Ale królem strzelców nie został wtedy ani Kuba, ani Mowlik. Fakt, strzeliłem w tamtym turnieju kilka bramek, Kuba więcej podawał, ale wtedy królem strzelców został chyba Marcin Pontus. Tak że jeżeli chodzi o tę historyjkę, to ta wersja jest prawidłowa (śmiech).

Z Błaszczykowskim może Pan znaleźć wspólny mianownik: pech. Kuba w ostatnich latach ma pecha do kontuzji, a Pan dodatkowo jeszcze do pracodawców.

– Z urazami bym nie przesadzał, bo tak naprawdę przytrafił mi się jeden poważny, kiedy grałem w Grecji. Ta Grecja to w ogóle jedna wielka całość, którą można nazwać sporym pechem w moim życiu. Poszedłem do klubu (PAE Aigaleo – przyp. MRS), który miał walczyć wtedy o Puchar UEFA, byliśmy na szóstym miejscu, a przyplątała mi się kontuzja i dwa czy trzy tygodnie po podpisaniu umowy zaczęły się dziać cuda. Klub nie płacił, przegraliśmy 10 meczów z rzędu, spadliśmy z Superligi. Pech niesamowity. Ale to jest chyba jedyny klub, na który mogę powiedzieć coś złego, bo nie dość, że ciągnęła się za mną ta kontuzja, to później jeszcze ciągłe sprawy przed sądem FIFA. Pobytu w Grecji z pewnością miło nie wspominam.

Pana podpis jest trudny do podrobienia?

– (śmiech) No, właśnie okazało się, że dość trudno go podrobić. Grecy podrobili mój podpis pod aneksem, w którym rozstajemy się za porozumieniem stron, a ja zrzekam się kilkunastu tysięcy euro. Niestety dla Greków, FIFA podważyła ten dokument i stwierdziła, że jest podrobiony. Ja byłem w szoku, że ktoś uskutecznia jeszcze takie praktyki w zawodowym futbolu. Musieli mi zapłacić odszkodowanie, ale klub przestał istnieć i odszkodowania nie dostałem.

Widziałem, że podpis pod kontraktem z Miedzią złożył Pan sam. W klubie jest też rzecznik prasowy, więc będzie mógł się Pan zająć tylko treningami. To kolejna ciekawa historia z Pana życiorysu.

– Można tak powiedzieć (śmiech). Był czas, że z ŁKS-em spadliśmy z ekstraklasy, więc w klubie zostali tylko piłkarze i sztab szkoleniowy. Nie było działaczy i rzecznika prasowego. Doskonale wiedzieliśmy, że informacje muszą jakoś przechodzić do mediów i z powrotem, więc przez kilka dni było ustalone, że to ja będę kontaktował się z prasą i przekazywał informacje dziennikarzom. To była dziwna sytuacja, ale, niestety, w profesjonalnym klubie też się taka zdarzyła.

Po transferze do Miedzi przyznał Pan: „Przekonała mnie wizja Pana Andrzeja Dadełło. Bardzo się cieszę, że mamy szansę wspólnie stworzyć bardzo ciekawy i silny zespół”. Co jest tak urzekającego w tej wizji, że przeniósł się Pan do II-ligowego zespołu?

– Z pewnością długofalowa praca, to, że nie ma wielkiego nacisku, oraz budowa akademii piłkarskiej, która w najbliższych latach ma stanowić o sile Miedzi Legnica. W Polsce niewiele klubów stawia teraz na swoich wychowanków. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że w tej chwili ciężko zrobić awans do I ligi, grając tylko swoimi zawodnikami. W ubiegłym sezonie Miedź próbowała wywalczyć awans właśnie młodymi piłkarzami i w pewnym momencie presję, która była zbyt duża, ten ciężar nie wszyscy udźwignęli. Obecnie próbujemy się wzmocnić zawodnikami z doświadczeniem ligowym, którzy będą stanowić i o sile tej drużyny, i podniosą jej jakość. Jednak w przyszłości chcemy, żeby trzon Miedzi stanowili jej wychowankowie. Wiadomo, że niedoścignionym wzorem pod tym względem jest Barcelona i jej słynna szkółka La Masia. Stwórzmy coś polskiego, sprawmy, żeby wszystkie grupy młodzieżowe grały takim systemem jak pierwsza drużyna, żeby nie było problemu, kiedy wychowanek Miedzi wchodzi do pierwszego zespołu. Wprawdzie to wizja daleko idąca, ale godna uwagi. I też miała wpływ na moją decyzję.

Wie Pan, co powiedzą złośliwi?

– No, co powiedzą? (śmiech)

Że poleciał Pan na pieniądze Andrzeja Dadełły.

– Powiem panu szczerze, że w ŁKS-ie proponowano mi kontrakt z wyższym wynagrodzeniem. To nie tak, że zdecydowaliśmy się na Miedź ze względu na finanse. Miedź jest klubem II-ligowym, który płaci dobre pieniądze i jest stabilny, ale o wiele większe pieniądze, nie ma co ukrywać, płaci się w ekstraklasie i w wielu klubach I-ligowych. Czynnik finansowy nie był głównym argumentem. Ważna jest również, oczywiście, ta stabilność. Ale jeśli chodzi o wysokość kontraktu, to uwierzcie mi: nie jesteśmy Manchesterem City i nie zdarzy się tak, że Miedź będzie płaciła gigantyczne pieniądze zawodnikom.

Zanim podpisał Pan kontrakt z Miedzią, sprawdził, czy w klubie mają alkomat?

– Nie, no ja akurat w Łodzi nie dmuchałem w alkomat (śmiech). Nigdy nie miałem problemów z alkoholem, więc o to byłem spokojny.

Należy Pan do bardzo spokojnych osób, ale w końcówce sezonu nerwy puściły. Po niesłusznym karnym za Pana faul w końcówce meczu z Sandecją (2:2) i wyrzuceniu z boiska za rzekomą dyskusję, na swojej stronie napisał Pan: „Ja nawet słowa do tego barana nie powiedziałem”.

– Trochę mnie poniosło, teraz mogę przyznać, że niepotrzebnie użyłem takich słów. Tym bardziej że arbiter po meczu sam przyznał, że popełnił błąd, wyrzucając mnie z boiska, bo do sędziego Karkuta rzeczywiście nie powiedziałem słowa. Futbol to emocje, poza tym to nie jest sport dla grzecznych osób. Poza boiskiem można być spokojnym i rozważnym człowiekiem, ale na boisku czasami puszczają nerwy.

Jak już wiemy, uczestniczy Pan w pertraktacjach z kolejnymi kandydatami do gry w Miedzi. Może Pan powie coś więcej na ten temat, bo transfery to w klubie najpilniej strzeżona tajemnica.

– Ja bardzo się cieszę, że traktowane jest to właśnie jak tajemnica. Mam nadzieję, że to spowoduje, iż Miedź nie będzie przepłacała za transfery. Rozmawiamy z wieloma zawodnikami z przeszłością ekstraklasową, nawet z przeszłością reprezentacyjną, ale priorytetem w wizji pana Dadełły jest to, żeby byli to zawodnicy do 30. roku życia, z którymi można związać się na dłuższy czas. Mogę zdradzić, że jesteśmy dogadani z kolejnym zawodnikiem, który wzmocni Miedź. Jeżeli udałoby się ściągnąć 3-4 głośne nazwiska, to powstałaby tu bardzo silna drużyna.

Nazwiska tak głośne jak Mowlik czy Zakrzewski?

– Nie wiem, czy Mowlik i Zakrzewski to są bardzo głośne nazwiska (śmiech). Jeżeli chodzi o II ligę, to raczej tak. Jeżeli powiem, że następny piłkarz, który podpisze z nami kontrakt, ma za sobą występy w ekstraklasie i był w kręgu zainteresowań selekcjonera, to tak, będzie to głośne nazwisko. Próbujemy dobierać też zawodników pod względem charakteru, żeby skupili się tylko na grze w piłkę. Nie szukamy tzw. grup imprezowych, ponieważ wszystko ma zmierzać ku temu, żeby w Legnicy powstał silny klub.

Słuchaj: dzwoni do mnie jakiś tam dziennikarz i mówi, żebym ja mu o wszystkim opowiedział. On zadzwoni wtedy do trenera, powie mu to, co usłyszał ode mnie, i w ten sposób doprowadzi do konfrontacji. To ja mówię: czy ty jesteś, kurwa, normalny? Czy ty się na pewno dobrze czujesz?

„Podoba mi się trener Probierz. Dąży do sukcesu, nie chce grać o byle co”. Tak mówiłeś tuż po przyjściu do Jagiellonii. Minęło kilka tygodni, zostałeś wyrzucony z Białegostoku i stwierdziłeś, że Probierzowi odbiło.

VUK SOTIROVIĆ: – No tak. Najpierw mówiłem, że mi się podoba. Później w telewizji stałem za tym, że jest dobrym trenerem, ale jako człowiek jest… No, nie ma tych cech ludzkich. I tyle. Ja nic złego w Białymstoku nie zrobiłem. Wszyscy są świadkami, począwszy od zarządu, aż do wszystkich zawodników. Jaki był powód tego, że Probierz mnie wyrzucił? Nie wiem. Nie chce mi się już tego tłumaczyć. Wiadomo, że nie tylko mnie coś zrobił, bo jeszcze kilku innym zawodnikom. Przed transferem do Jagiellonii słyszałem, że jest dobrym trenerem, ale dziwnym człowiekiem. Powiedziałem, że mnie to nie interesuje. Idę tam, ponieważ trener jest charakterny. Mnie się to spodobało. Przeszedłem do Jagi, odbyliśmy rozmowę i wszystko zmierzało w dobrym kierunku. I nagle wszystko „bach!”. Jak usłyszałem tę decyzję, to mało powiedziane, że byłem w szoku. Wcześniej z czymś takim się nie spotkałem.

W oficjalnym piśmie, skierowanym do mediów, Probierz zarzucił Ci brak profesjonalnego podejścia do treningów i meczów.

– Jeżeli źle trenowałem, to dlaczego grałem w kilku meczach od pierwszej minuty? To są absolutnie bzdury. Z pewnego źródła wiem, że prezesi mówili, iż nie było nic takiego. Trenowałem normalnie. Miałem problemy z barkiem, złapałem kontuzję. Do tej pory nie mogę podnieść ręki. O, zobacz, dotąd i dalej się nie da. Przez pierwszy tydzień, gdy trwała przerwa na kadrę, to trenowałem tak (Sotirović trzyma zgiętą rękę przy klatce piersiowej – przyp. MRS). Wykonywałem wszystko normalnie, ale rękę trzymałem w ten sposób, bo nie mogłem inaczej. Może ja źle przez to wyglądałem, że mnie bolało i nie mogłem nic robić w normalny sposób? Gdy byłem zdrowy, na treningach prezentowałem się dobrze. Jakby było inaczej, nie grałbym od pierwszej minuty. To jest prosta odpowiedź na jego zarzuty. A to, co on mówi, to tylko jest alibi na to, co zrobił. Niech dalej sam siebie okłamuje, bo fakt, że źle trenowałem, jest właściwie nie do udowodnienia.

Jeśli zostałbyś w Białymstoku, to musiałbyś biegać dwa razy dziennie: o godz. 7 i 16, a między tymi zajęciami oglądać mecze Jagielloni na wideo. Jeden z internautów zauważył, że nawet w Klubie Kokosa u Józefa Wojciechowskiego mają lżej.

– To jest psychiczne znęcanie się nad zawodnikiem. Jaga ma takie zagrania. Nie jestem pierwszy, któremu je zaproponowano. Nie zgodziłem się, jakoś się dogadaliśmy i rozwiązaliśmy umowę, ale inni zawodnicy, którzy są w Białymstoku, robili to. Cały czas biegali. Nikt nie wytrzyma tego dłużej niż dwa tygodnie. Jakbym chciał trenować biegi, to zostałbym lekkoatletą, a nie piłkarzem. Bardzo chciałbym, żeby nie dochodziło do takich sytuacji. Żeby zawodnicy byli chronieni i coś takiego nie mogło przydarzyć im się w żadnym klubie. Jeżeli klub podpisuje z kimś kontrakt, a po pół roku lub nawet po miesiącu okazuje się, że już go nie chce, nie jest to problem zawodnika. Wówczas to jest problem klubu. Fakt, że piłkarz jest w słabszej dyspozycji lub cokolwiek innego? Trudno. Dzieje się podobnie, kiedy piłkarz dobrze gra i chce gdzieś odejść. Wtedy klub, który chce go kupić, musi zapłacić dotychczasowemu pracodawcy, tak?

Jeżeli piłkarz wciąż ma ważny kontrakt, to tak.

– No właśnie, piłkarz nie odejdzie wtedy za darmo. Jak gra dobrze, to jest super, a jak jest źle, to mówią mu: „na razie”? Tak nie może być. Zdarzają się również sytuacje, w których ktoś ci grozi i cię szantażuje. Dla mnie to jest tragedia polskiej piłki, że coś takiego się w niej dzieje. Ja się nie zgodziłem na takie rozwiązanie, dlatego jestem teraz wolny. Jadę do Serbii, tam będę trenował, rozgrywał mecze i uczestniczył w indywidualnych zajęciach ze swoim trenerem. Teraz, kiedy się pakuję i załatwiam różne sprawy przed wylotem z Polski, nie trenuję. Mówię szczerze, że mi się nie chce. Muszę odpocząć psychicznie, jest mi to potrzebne. Ale kiedy przyjadę do Serbii, kolejnego dnia będę już na treningu. Na pewno nie stracę tego czasu. Nie będę się obijał i nic nie robił. Zawsze trenowałem, kiedy jechałem do domu. A teraz muszę starać się jeszcze mocniej, ponieważ jestem w ciężkiej sytuacji. Tylko treningi mogą sprawić, że będę gotowy do gry, gdziekolwiek pójdę. Bo przecież nie wiadomo, czy w czerwcu wrócę do Wrocławia.

Wiadomo, że lubisz dłużej pospać. Spóźniałeś się przez to na treningi?

– We Wrocławiu nigdy nie spóźniłem się na trening. Owszem, spóźniałem się na zbiórki, tak samo, jak reszta zawodników. I powiem, że wśród spóźnialskich nie byłem w czołówce. Każdemu się zdarza, tylko ja mówię wprost: lubię spać. Funkcjonuję tak, że nawet jeśli jestem w domu, to nie położę się spać o godz. 22. Nie dam rady. Zajmuję się różnymi rzeczami, czytam książki i kładę się do łóżka o godz. 1 czy 2. Nawet jeśli wstanę wcześniej, wieczorem tego dnia nie usnę. Taki mam organizm, dlatego jak wstaję rano, jest mi ciężko. Mam problem z pobudką, ale to nie jest niczyj problem, tylko mój. W klubie, jak się spóźnisz, to zapłacisz. Nikt nie płacił za mnie. A to, że trener mówił, iż się spóźniałem na treningi, jest absolutną nieprawdą. Tylko że nikt z zawodników nie wypowie się o tym w prasie. Ja powiedziałbym o tym otwarcie. Inni już nie.

Dlaczego sugerujesz, że zawodnicy się boją?

– Nic nie sugeruję. Po prostu jestem taki, że mówię o pewnych sprawach. Dobra, byłem taki, bo teraz już nie będę. Jestem jednak przekonany, że jeśli ktoś inny znalazłby się w mojej sytuacji, zrobiłbym inaczej niż reszta zespołu. No, ale oni stanęli za mną, poszli do trenera, tylko że on nie chciał z nimi rozmawiać. Doszło do jakiejś rozmowy, że się spóźniam na treningi, że jestem pokłócony z drużyną. Przepraszam, ale ja nie odczułem, że mnie tutaj nie lubią. Mam dobry kontakt z wieloma zawodnikami. To mi wystarczy. A że ktoś chce pisać o pewnych rzeczach? Jego sprawa. W klubach, w których występowałem, mam wielu przyjaciół. Z nikim nie byłem pokłócony. Nie wiem, jaki trener miał cel, żeby tak mówić. Było, minęło. Nie rozmawiajmy o tym.

Zweryfikuj mi kilka faktów. Zaczniemy od zgrupowania na Cyprze. Miałeś powód, by Remka Jezierskiego nazwać pijakiem?

– Nawet jeżeli miałem, to ci tego nie powiem. Wiesz co, największy dramat w klubie dzieje się wtedy, gdy takie rzeczy wychodzą na zewnątrz. Tego nie mógł powiedzieć nikt inny, tylko któryś z piłkarzy. To jest dramat w szatni. Zdarza się nie pierwszy raz, że u nas… no, mówię u nas, w Śląsku, z szatni wychodziły na zewnątrz różne rzeczy. Nie wiem, jak nazwać takie zachowanie. Kiedy byłem mały i się wychowywałem, rodzice uczyli mnie , że rzeczy, o których rozmawia się w domu, nie wychodzą na zewnątrz. Widocznie niektórych tego nie uczyli. Miałem z Remkiem małe spięcie, teraz go nie ma. Gdy się widzimy, normalnie ze sobą rozmawiamy. W dużo większych klubach niż Śląsk zdarzają się gorsze rzeczy i nie robi się z nich afery.

Ktoś z piłkarzy wynosi informacje z szatni?

– My, jako zawodnicy, mniej więcej wiemy, kim jest ta osoba. Ale nie oskarżysz kogoś za coś, czego nie jesteś pewien. To przykre, że między nami nie ma zaufania. Na zasadzie: ktoś mi się zwierzy, a ja pójdę do dziennikarza i mu o tym powiem. Gdy grałem w Serbii jako junior, pobiłem się z kolegą na treningu. Trwała gierka, ktoś kogoś sfaulował, już dokładnie nie pamiętam, bo było to dawno temu. Kilka fauli, słowne starcie. Dziś z tym kolegą mam znakomity kontakt, jesteśmy bardzo dobrymi kumplami. Właściwie to mój przyjaciel. W sporcie tak jest, że jeździmy na obozy, jesteśmy daleko od rodzin. Takie rzeczy zbierają się w człowieku, aż w końcu następuje wybuch. Nie chodzi o to, czy ktoś kogoś nie lubi. Najważniejsze, żebyśmy się wzajemnie szanowali. To jest podstawa.

A Ty pijesz alkohol?

– (śmiech) Jak widzisz, mnie to śmieszy. Kiedy wychodzę na dyskotekę, znajomi się ze mnie śmieją, że piję wodę, więc jeśli ktoś mówi, że piję alkohol, niech robi to dalej, proszę bardzo. Spytaj zawodników, z którymi grałem, czy Vuk pije. W każdym klubie wiedzieli, że tego nie robię. Nikt mnie nie zobaczył z alkoholem. Powiem tak: czasami, ale naprawdę czasami, mogę wypić drinka, ale takiego damskiego (śmiech). Alkohol mi przeszkadza. Nie chodzi o to, że nigdy w życiu się nie upiłem. Upiłem się kilka razy, ale alkohol dotykam raz na rok, więc nie mam z czego się tłumaczyć. To są bzdury. Nie piję nawet soków, bo mają dużo cukru. Opowiem ci pewną historię. Był taki czas, że piłem mrożoną herbatę, ciągle tylko ice tea. Przebywałem w Serbii, normalnie trenowałem, wracałem do klubu i miałem pięć kilo nadwagi. Myślałem sobie: kurde, coś tu nie gra. A ja codziennie siadałem z kolegą – jednym, drugim, trzecim – i na spotkaniu piłem ice tea. Jak się dowiedziałem, że 100 ml tego napoju ma dwadzieścia parę gramów cukru… Zobacz, w jakich ilościach dostarczałem go do organizmu. Ciężko było nie przytyć. Dlatego teraz piję tylko wodę. Jeżeli ktoś mnie spotyka w wolnym czasie, to tylko z butelką wody.

Skąd wytrzasnąłeś informację, że Orest Lenczyk nazwał Cię alkoholikiem? Szukałem jej bardzo długo, ale nic nie znalazłem.

– Bo nigdzie jej nie ma. Ale to nie ja ją wymyśliłem. Trener Lenczyk rozmawiał z pewnym dziennikarzem. On zadzwonił do mnie i przyznał, że trener powiedział to o mnie. Jak go dziennikarz spytał, czy ma to napisać, trener powiedział: lepiej tego nie robić, bo to zaogni tylko sytuację. Zdaję sobie sprawę, że dziennikarz mógł kłamać. To też wchodzi w rachubę. Ale jaki miałby powód, żeby coś takie wymyślić?

Może szukał gorącego tematu?

– Może, ale ja tylko powtórzyłem to, co on mi powiedział. A czy trener rzeczywiście tak stwierdził? Faktycznie, nigdzie tego nie ma. Ale takie rzeczy, że ja jestem patentowany leń i jestem w konflikcie z drużyną, już mówił. Nie wiem, z jakiego powodu.

Może faktycznie jesteś leniem?

– Jeżeli ja jestem leniem, to kiedy jadę chociaż na dwa dni do domu, trenuję u swojego trenera? Leń tak robi? Nie. Przyjeżdżam do domu, dzwonię do niego, że jestem na miejscu i pracujemy. Robię przecież to, co lubię, i jestem z tego powodu szczęśliwy. Jak idę na trening, to się z tego cieszę, ponieważ mogę pokopać piłkę. Bo oprócz tego, że to jest moja praca, dla mnie to jest zabawa. Kiedy futbol przestanie być dla mnie zabawą, to ja przestanę grać. Proste.

„Lenczyk kaleczy treningi” – to są Twoje słowa. Jak na razie efekty tych treningów są bardzo dobre.

– Powiedziałem wystarczająco dużo na ten temat w mediach. Możemy pogadać prywatnie.

No dobra. Nawet jeśli te treningi polegają głównie na pracy nad przygotowaniem fizycznym i nie są nowoczesne, to dają rezultaty. Przecież o nie w piłce chodzi.

– I w tygodniu w ogóle piłki nie dotknąć? Niech będzie. Jakie są, takie są te treningi, ale jego bronią wyniki.

OK. To w takim razie zadam inne pytanie: lepiej trenować cały czas z piłkami, lekko i przyjemnie, ale mieć słabe wyniki, czy postawić mocniej na przygotowanie fizyczne poparte taktyką i osiągać dobre rezultaty?

– No dobrze, to popatrzmy na to od innej strony. Znajdź mi jeden klub na świecie, który trenuje w taki sposób, jak Śląsk Wrocław. Jeden klub. Ja w tym momencie kończę granie w piłkę. W tym momencie kończę granie w piłkę! Biorę się za cokolwiek innego, byle nie za futbol. Jeden klub w zachodniej Europie, który ma treningi takie jak my. Wiesz co, może być nawet z Bułgarii, Serbii i tej części Europy. No?

Nie wiem, jak wyglądają treningi w różnych zespołach, ale z pewnością wielu szkoleniowców stawia na przygotowanie fizyczne. Szczególnie, jeśli nie ma w swoim zespole indywidualności.

– To nie sposób jest dobry, a zawodnicy. To nie jest gra na komputerze albo playstation, gdzie tylko od nas zależy, co zrobimy. Po boisku biega jedenastu piłkarzy. Co z tego, że my wszystko ustalimy w szatni, dobierzemy taktykę, jak ktoś popełni indywidualny błąd. Futbol to przecież gra błędów. Kto ich mniej popełni, ten wygra mecz. Tak że możemy wszystko ustalić, a bramkarzowi piłka przejdzie między nogami i jest klops. Oby tylko dzisiaj tak nie było (rozmowa przeprowadzona przed meczem z Koroną Kielce, który Śląsk przegrał 0:1 po błędzie… bramkarza Mariana Kelemena – przyp. red.). Wychodzisz na boisko, jest pierwszy rzut rożny, gol i po ptakach.

OK. Tylko że możesz mieć umiejętności, do końca meczu zostaje pół godziny, a Ty nie masz czym oddychać, bo nie jesteś przygotowany do wysiłku. Przeciwnik, choćby piłkarsko był słabszy, zadepcze Cię.

– Teraz też mam odpowiedź na twoje pytanie. Obecnie wszyscy potrafią grać w piłkę. Kiedyś na przykład taki Azerbejdżan dostawał po siedem, osiem, dziesięć bramek. Teraz mocne zespoły też się z nim męczą. A wiesz, dlaczego? Dlatego, że wszyscy są przygotowani na porównywalnym poziomie. Pokaż mi zespół, który pada w lidze w 60. minucie i nie ma sił. Taki zespół nie istnieje. Wiesz, jak się trenuje przez cały czas, to siły po prostu się ma. Jeden ma ich więcej, drugi mniej, ale jedenastu zawodników nie siądzie od razu tak, że nie będzie mogło nawet łazić. Padnie jeden, drugi, trzeci, ale wejdą za nich następni. Dlatego jest potrzebna dobra ławka. Ale mówię, taktycznie to jakoś wygląda prawie w każdej drużynie, każdy potrafi też biegać. Zobacz na mecz Barcelony z Realem, który skończył się pogromem 5:0. Dwa zespoły, w których masz wszystko, a każdy z zawodników błyszczy umiejętnościami. No i co? Piątka. Futbol to dziwny sport. Zawsze powtarzam, że dużo zależy od szczęścia. W Śląsku za trenera Tarasiewicza graliśmy dobrze, ale czegoś nam brakowało. Mogliśmy np. strzelić bramkę, a ją traciliśmy. Tu ze spalonego, tam z karnego, jak na Widzewie, potem po jakimś indywidualnym błędzie. Ostatecznie robią się z tego porażki. Przyszedł trener Lenczyk i nagle wszystko się odwraca: tu jakiś gol ze spalonego, z Ruchem bramka samobójcza, gdzie indziej karny. Popatrz na mecz Lech – Jagiellonia (2:0 – przyp. ŁK). Przy stanie 0:0, w sytuacji z Arboledą sędzia nie odgwizdał faulu na mnie. Powiedz, czy był faul?

Z powtórek wynikało, że był.

– No właśnie. Nie powinno być rzutu karnego, ale już czerwona kartka owszem. Tak się nie stało, a później przegraliśmy. Teraz weź mecz Lech – Śląsk. Za faul na Gikiewiczu arbiter podyktował rzut karny, choć on był faulowany przed polem karnym. Zgadza się? Tu cię sędzia oszuka, a w następnym los ci zwróci. Możesz mieć umiejętności, być przygotowanym, a nic to nie da. Potrzebne jest szczęście i drobne detale. Ale trener ma sukcesy i to jest najważniejsze. Ja naprawdę życzę Śląskowi, żeby zajął trzecie miejsce i grał w pucharach, ale niektóre rzeczy po prostu mi się nie podobają, dlatego głośno o tym powiedziałem.

Ty po prostu najpierw mówisz, a później myślisz, zamiast robić odwrotnie.

– No tak. Na szczęście mam bardzo mądrą dziewczynę. której radzę się w wielu sprawach. Zazwyczaj to, co ona mówi, sprawdza się w rzeczywistości. Często okazuje się, że radziła mi dobrze. Ale ja jestem taki, że jak coś mi leży na sercu, to o tym mówię. Nie mogę się hamować. Zawsze chcę powiedzieć prawdę, tak samo chcę ją usłyszeć. Boli mnie, gdy ktoś opowiada kłamstwa. Teraz rozmawiam z tobą i muszę się szczypać, żeby nie mówić o niektórych rzeczach. Tutaj dostałem nauczkę, a w Białymstoku… No, nie zrobiłem nic, by tę nauczkę dostać. Ale to też jest jakaś szkoła. Może tak musiało się stać. Na pewno jest mi ciężko, że nie trenuję i nie gram. Tym bardziej teraz, w środku sezonu, kiedy wszystko się rozstrzyga, a ja nie mogę w tym uczestniczyć. To mnie boli najbardziej. Jednak jakoś muszę przetrwać, poradzić sobie i wyjść z tego silniejszym.

Na jednym z treningów zapolowałeś na nogi kolegów z drużyny – Jarka Fojuta i Łukasza Gikiewicza…

– Tak, wspominałem o tym w jednym z wywiadów.

Jesteś nadpobudliwy?

– Nie. Znam kilku takich, co naprawdę mają ADHD. Ale było wtedy ostro. Już ci mówię, dlaczego. Na treningach jest rąbanka. Taka, że kości pękają. A to działo się w obecnym sezonie, kiedy przegrywaliśmy i graliśmy mecze bez faulu, bez jaj. To mnie najbardziej bolało. Na treningach nigdy nie grałem w ten sposób. Ja w ogóle nie biję obrońców, nie walę w nich celowo łokciami. Jeśli kogoś przypadkowo uderzę, natychmiast staję obok i przepraszam go milion razy. Ale wtedy miałem klapki na oczach. Akurat tak się złożyło, że graliśmy z Amirem przeciw parze Jarek Fojut – Łukasz Gikiewicz. OK, pierwszy wślizg, w Jarka, był celowy, zdenerwowałem się. Ale w drugim przypadku chciałem już trafić w piłkę. Łukasz w ostatnim momencie przesunął piłkę, więc przejechałem mu po nodze. To tylko groźnie wyglądało. To był pierwszy i ostatni raz. Poza tym, jak ja dostawałem na treningach po kostkach, nikt o tym nie pisał. A że trener przerwał trening? Mógł zrobić to milion razy, a ja wcześniej zrobiłbym to samo. Tylko że jak jesteś na treningu kozakiem i napierdalasz, to napierdalaj też w meczu. To był powód całego zajścia. A czy tam stałby Mila, Amir czy ktokolwiek inny, to też by dostał po nogach. Ale nie jestem nadpobudliwy. Lubię za to żartować. Zarówno z siebie, jak i z innych.

Piłka wrzucona na boisko podczas meczu z Ruchem Chorzów to był Twój żart?

– To nie był żart (śmiech). Powiedziałem, że to nie ja wrzuciłem ją na boisko. A nawet gdyby, to bym się do tego nie przyznał. Nikt by się do tego nie przyznał. Ktokolwiek to zrobił, to po to, żeby pomóc drużynie. Jeżeli ktoś został skrzywdzony, możemy za to przeprosić. Jest tak samo, gdy zawodnik przewraca się na boisku i długo leży, mimo że może się podnieść. To takie samo oszustwo.

Jak wygląda Twoja obecna sytuacja?

– Dramatycznie. Jestem bezrobotny, ale za kawę chyba zapłacę (śmiech). Jest kiepsko. Akurat teraz nie mam gdzie trenować, ale ojciec mojego przyjaciela jest szkoleniowcem klubu w serbskiej ekstraklasie. Tam będę trenował, grał mecze w rezerwach i dokładał indywidualne zajęcia. Vuk wróci w czerwcu dobrze przygotowany. Czy wrócę do Polski, czy wyjadę do innego kraju, o formę się nie martwię. Na razie obijam się i nic nie robię. Chciałem iść pobiegać, ale mam popakowane rzeczy. A żeby iść do klubu i się spotykać z… Zostałem odsunięty, przyjdzie trener Lenczyk i mnie zobaczy. Nie chcę się pokazywać. Nawet po treningach Śląska. Mnie jest przykro, że tak się zdarzyło. Chciałem tutaj nadal grać, rozmawiałem na temat przedłużenia kontraktu. We Wrocławiu czuję się świetnie z wielu powodów.

Jeśli Lenczyk chciałby wyjaśnić z Tobą wszystkie nieporozumienia, przystałbyś na taką propozycję?

– Po pierwsze, on czegoś takiego nie zrobi. To wszyscy wiemy. Po drugie, raz już trenerowi rękę podałem, w momencie jego przyjścia do Śląska. W pierwszym meczu za jego kadencji, przeciwko Wiśle, nie zagrałem. Już po nim zrodził się konflikt. Dodatkowo trener powiedział pewne rzeczy w prasie. To wszyscy wiedzą. Nie miał żadnego powodu. Dlaczego więc to robił? Nie wiem. W rozmowie ze mną stwierdził nawet, że chciał mieć mnie u siebie, gdy prowadził Cracovię. Mnie namówiła dziewczyna, żebym przyszedł do trenera i wyjaśnił wszystkie nieporozumienia. Zrobiliśmy to dość szybko, trener ma taki sposób bycia. Mnie najbardziej bolało, że on mówił, iż ja mam konflikt z drużyną, a nie z nim. To było dla mnie poniżej pasa. Tak samo ktoś mnie spytał, czy trenerowi Probierzowi podałbym rękę. Pewnie, ale nie do ręki, tylko gdzie indziej. Sebastian (Mila – przyp. MRS.) powiedział, że sytuacja z Probierzem to było kopanie leżącego. Dla mnie Śląsk jest ważniejszy niż sam trener. Dzisiaj jest, jutro go nie ma. Ja w tym klubie grałem, coś mu dałem i w dalszym ciągu chciałem tu być. Gdziekolwiek nie pójdę, zawsze będę miał sentyment do Śląśka.

W niektórych momentach wydawało się, że Ty jesteś najważniejszy, a Śląsk kręci się wokół Ciebie.

– Każdy ma prawo do swojego zdania. W ogóle słuchaj: dzwoni do mnie jakiś tam dziennikarz i mówi, żebym ja mu o wszystkim opowiedział. On zadzwoni wtedy do trenera, powie mu to, co usłyszał ode mnie, i w ten sposób doprowadzi do konfrontacji. To ja mówię: czy ty jesteś, kurwa, normalny? Czy ty się na pewno dobrze czujesz? Jak chcesz być mądry, to zróbcie konferencję prasową, na której będą wszyscy zainteresowani. Trener będzie coś mówił, a ja będę obok. Tak samo było na Cyprze. Dostałem komunikat, że jestem odesłany do domu. Trener chciał, żebym wyszedł z odprawy. Czekałem, aż zacznie mówić, ale nie zaczął, dopóki nie wyszedłem. W końcu zrobiłem to i słuchałem zza drzwi. To nie było nawet śmieszne, tylko żałosne. Zobacz, pomagałem Amirowi, od kiedy przyszedł tutaj. W każdej sprawie. Jesteśmy bardzo dobrymi kolegami, dzieliliśmy razem pokój. I trener mówi, że on był terroryzowany przeze mnie. Uważam, że wielu ludzi nie zna prawdziwego oblicza trenera, nie wie, jaki on jest.

Po tych dwóch głośnych sprawach wierzysz, że w polskiej lidze ktoś skusi się jeszcze na Sotirovicia?

– Nie musi. Ja nikomu nie będę się narzucał. Zrobiłem tu wiele dobrych rzeczy. Czy ktoś z ludzi, którzy mnie krytykują, wziął głodnego z ulicy na obiad? Niech każdy skupi się na sobie. Ja mogę ze spokojem spojrzeć w lustro, bo wiem, że jestem dobrym człowiekiem i nie mam żadnych wyrzutów sumienia. I na tym skończmy, bo tylko się zdenerwowałem.

– Na stadionie jestem codziennie. Chodzę na spacery, robię kółka po okolicy. Lekarz mi zalecił, bez tego ciężko by z moim zdrowiem było. Zachodzę na Oporowską, tam pan Wiesiek pracuje, który dba o murawę. Przywitam się z nim, bo przecież byłem jego trenerem, znamy się. Dlaczego tam chodzę? Z sentymentu. Chociaż murawy mogę dotknąć.

– Mistrzu, jest coś do mnie? – mówi na klatce schodowej do listonosza pan Paweł. – Nie, szefie, dziś nic. Jeśli ktoś powinien się w tej sytuacji zwracać do kogoś per „mistrzu”, to na pewno nie Śpiewok. On swoje już w życiu osiągnął. Prowadzi mnie na pierwsze piętro bloku przy ul. Szczęśliwej. Po drodze mijamy jeszcze gościa, dla którego mimo przedpołudniowej pory ten dzień mógłby już się skończyć, tak jest urżnięty, i wchodzimy do małego mieszkania państwa Śpiewoków. Małżonki nie ma w środku, jest za to mały piesek, ale wątpliwe, żeby pilnował dobytku. Ewidentnie nie jest do tego stworzony. Może przydałby się, kiedy panu Pawłowi okradano piwnicę z dorobku jego życia. Nie poginęły żadne rowery, meble i drogie rzeczy, bo życiem pana Pawła była i jest piłka nożna. Złodzieje połasili się na trochę pucharów, statuetek, zdjęć i wycinków, czyli tak naprawdę zabrali to, co dla Śpiewoka stanowi największą frajdę do dziś. Jednak część z nich się uchowała.

Pan Paweł w tym roku skończy 71 lat, ale jego serce nadal bije dla futbolu. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Na stole aktualny numer „Przeglądu Sportowego”, tematem na topie jest akurat wyrzucenie Vuka Sotirovicia z cypryjskiego zgrupowania Śląska Wrocław. Śpiewok natychmiast mnie zagaduje. – Co sądzisz o tej całej sprawie? Ja sam nie wiem, co mam myśleć. Do końca nie wiemy, jak tam było, ale Lenczyk sobie nie pozwoli na takie numery. Zawsze mówiłem, że w drużynie muszą być piłkarze spokojni i narwańcy, ale ten to chyba przesadził. Czasami byłem świadkiem, jak schodził do szatni po treningu, klął na prawo i lewo, a do kolegi potrafił rzucić tylko krótkie „spierdalaj”.

Na meblach stoi kilka pucharów, ścianę zdobi parę dyplomów. Moją ciekawość wzbudza jednak zawartość barku. Za szybą nie ma alkoholu. Jest za to serwis do kawy, na dzbanku i każdej filiżance herb Śląska Wrocław. Serwis wysłużony, widać szczególnie po herbach, że czas odcisnął na nim piętno. Pan Paweł do rozmowy jest przygotowany perfekcyjnie. Opowiadania i anegdoty to rzecz gustu, ale wszystkie wycinki, zdjęcia i pamiątki leżą przygotowane na stole. – A jak czegoś zabraknie, to znajdę tutaj – mówi i otwiera pufę, gdzie ma schowane wszystkie materiały. Trzeba powiedzieć, że Śpiewok to bardzo skromny człowiek. Długo nie docierało do niego, że ja tu po jego historię przyszedłem, a nie Śląska i boiskowych kolegów. Że te wszystkie składy, zdjęcia i statystyki to świetny dodatek. Właśnie, dodatek do głównego bohatera, którym jest on. A pan Paweł przez kilka godzin zachowywał się tak, jakby w całej sportowej przygodzie, którą przeżył, grał drugoplanową rolę. Jakby mówił: „Ja tu tylko sprzątam”

Śpiewok urodził się 16 lipca 1940 r. w Katowicach. Jeśli ktoś spojrzy na polski futbol z lat 60., 70. i 80., to nie będzie miał żadnych wątpliwości, że wielkie piłkarskie talenty przychodziły na świat na Górnym Śląsku. Większość dorastała zazwyczaj w trudnych warunkach, bo w domu się nie przelewało. Co więc zostawało w tych trudnych czasach? Sport. To mniej więcej podobne historie do tych, które poznaje się z biografii mnóstwa brazylijskich piłkarzy. Slumsy, mieszkanie w kartonach, praca od świtu do nocy przy sprzedaży owoców i ryb, żeby jakoś związać koniec z końcem. Tylko że tutaj, zamiast plaży i owoców morza, zostawało gęste, zanieczyszczone powietrze i praca w kopalni. Ryzyko, że któregoś dnia zjedziesz na dół i już nie wrócisz. Żyć inaczej, bezpieczniej i lepiej udawało się tylko nielicznym.

Pan Paweł był jedynym chłopcem spośród czwórki rodzeństwa. Po ojca przyszli i zabrali go na wojnę. Matka musiała więc biegać od jednej roboty do drugiej, żeby utrzymać rodzinę. Sprzątała, imała się dorywczych zajęć. Pomagał też dziadek, ale było jasne, że mały Paweł musi szybko nauczyć się prawdziwego życia. – Szukaliśmy sposobów na zarobek, bo na Śląsku nie było miodu. Brało się drzewa, zapinało je specjalnym metalem i sprzedawało. No i wiadomo, na hałdy się po węgiel chodziło – wspomina Śpiewok. Chodziło się też na boisko. Dla wielu dzieciaków to była jedyna rozrywka, ucieczka od szarej rzeczywistości. Tam, gdzie mieszkał, czyli w dzielnicy Zawodzie, było dwóch talenciaków: on i Joachim Stachuła. Obaj bardzo zdolni, ciekawy materiał na piłkarzy. Dla pana Pawła nie było większej świętości niż futbol. Nawet Bóg musiał zaczekać, aż skończy się mecz. Dopiero wtedy mógł liczyć na chwilę uwagi. Śpiewok śmieje się z tego do dziś. – Jak miałem 8 lat, to ze świeczką uciekłem, bo szedłem do I Komunii Św. Po nabożeństwie, zamiast do domu, pobiegłem na boisko. Musiałem mecz rozegrać. Jak skończyliśmy, to dopiero się pokazałem matce. Ona stała już w drzwiach i mówi: Paweł, wszyscy goście na ciebie czekali, a ty na mecz pobiegłeś! Ale taki człowiek był, wiesz. Na podwórku ustawialiśmy bramki i graliśmy dzielnica na dzielnicę – mówi. Na każdym z takich meczów roiło się od trenerów. Przychodzili, oglądali, po niektórych chłopaków wracali i mówili: młody, dobry jesteś, przyjdź jutro na trening. Śpiewokowi i Stachule się poszczęściło. Zostali zauważeni i dostali angaż w drużynie trampkarzy Kolejarza Katowice.

W Kolejarzu Śpiewok pokonywał kolejne szczeble drużynowej hierarchii, którą często układano w najprostszy sposób – na podstawie wieku. Wraz z nim rosły też szanse na zaistnienie w poważnej piłce. A przesłanki ku temu, że w futbolu Śpiewok coś osiągnie, były niemałe, ponieważ dostawał regularne powołania do reprezentacji Górnego Śląska. Gra w jej barwach stanowiła wtedy wielki prestiż, bo na zgrupowania nie jeździł byle kto. Starannie wyselekcjonowana grupa. Zresztą, wystarczy spojrzeć na nazwiska piłkarzy, którzy stanowili reprezentację województwa. Pierwsi z brzegu – Józef Gałeczka, Eugeniusz Faber, Joachim Stachuła, Eugeniusz Lerch. Same legendy. Dziesiątki występów w reprezentacji Polski, setki meczów w ekstraklasie. Wielu zawodników kopiących dzisiaj piłkę marzy, żeby zagrać tyle razy w polskiej lidze, ile oni strzelili w niej bramek. Śpiewok występował u ich boku. Wierzył, że piłka da mu godne życie. Jednak nic za darmo. Standardem w tamtych czasach była druga, czasem nawet trzecia praca, jeśli za pierwszą uznać futbol. – Kolejarz załatwił mi etat na Torkacie, to było katowickie lodowisko, bo jego dyrektorem został mój znajomy. Pomagałem w maszynowni, jednocześnie chodząc na treningi. Człowiek zawsze znalazł na wszystko czas, młody był – opowiada Śpiewok. – Wieczorami w pracy często nie miałem co robić, więc kumpel za którymś razem mówi: Paweł, chodź tutaj, mamy sprzęt bramkarski, postrzelam ci. Weszliśmy na lodowisko, tylko że ja w gumowych butach, i tak graliśmy. Z góry obserwował nas Alfred Gansiniec (dwukrotny olimpijczyk, szkoleniowiec reprezentacji Polski, 47-krotny reprezentant kraju – przyp. MRS), trener Górnika Katowice. Nagle krzyczy: Ej, chopak, chodź tu, ino ja ci dam na łyżwy. Dostałem pieniądze, kupiłem łyżwy i zacząłem uczyć się na nich jeździć.

W ten sposób rozpoczął przygodę z hokejem, jednocześnie pracując i grając w piłkę. Wyobrażacie sobie taką sytuację dzisiaj? Mariusz Czerkawski albo Krzysztof Oliwa występują w Polskiej Lidze Hokeja. W tym samym czasie pracują w jakiejś firmie, a każdy z nich marzy o kontrakcie w dobrym klubie z Europy lub NHL. Nagle Czerkawski zaczyna dodatkowo trenować w zespole piłkarskim, a Oliwa stawia na karierę bokserską, do bicia to on akurat by się nadawał. Rzecz tak bardzo wątpliwa, że właściwie niemożliwa. Jednak lata 50. rządziły się swoimi prawami. Za uprawianie sportu na wysokim poziomie często nie dostawało się pieniędzy, bo w zamian czekały etaty w państwowych firmach. – I to z zaznaczeniem, że część zarobków szła do klubu, a reszta trafiała do nas – dodaje pan Paweł. W Górniku Katowice, podobnie jak w Kolejarzu, musiał czekać na swoją kolej. Najpierw był trzecim bramkarzem, potem drugim, aż wreszcie mógł założyć bluzę z numerem 1. Dzielił ją wespół ze znakomitym Józefem Wacławem. Obojętnie obok udanych interwencji Śpiewoka nie przeszedł selekcjoner młodzieżowej reprezentacji Polski. Nastolatek dostał zasłużone powołanie. – Grałem w lidze i reprezentacji Polski, a wtedy była to wielka sprawa. Matka się cieszyła, ja też, ponieważ mogłem jej pomóc, gdy byłem na swoim garnuszku. Pakowałem walizkę, wyjeżdżałem z domu i wracałem z powrotem. Na Śląsku to było wtedy… oj, ja pierniczę, jakie wyróżnienie. Dla całej rodziny święto niesamowite, coś wielkiego. Zresztą sama gra w Górniku Katowice to był ogromny prestiż – wspomina pan Paweł. Wówczas sprawa tytułów mistrza Polski co roku rozstrzygała się między Górnikiem właśnie, a Legią Warszawa. W końcu nadszedł 1960 r. i mistrzostwo Polski dla katowiczan. Dla Śpiewoka trofeum tym ważniejsze, że zdobyte z jego sporym udziałem.

Po przygodzie z Torkatem pracował później w kopalni. Jako kalfaktor, człowiek do robót na powierzchni i nie tylko. – Wchodziłem do magazynu, ładowałem narzędzia, a potem jeździłem z nimi na dół. I tak w kółko – tłumaczy. A jeśli ktoś miał wówczas etat w kopalni, nie mógł być wzięty w kamasze. Dlatego kiedy Śpiewoka przeniesiono na kolej, żeby sprawował tam funkcję elektryka, zainteresowało się nim wojsko. Zgodnie z zasadą: „Jeśli nie możesz pokonać wroga, to się z nim zaprzyjaźnij”, po Śpiewoka wybierano się z Warszawy. Miał grać w hokeja w stołecznej Legii. Ostatecznie nic z tego nie wyszło z bardzo prostej przyczyny – zwykłego kantu. Jeden z lekarzy założył panu Pawłowi gips na nogę. Zdrową nogę. – Zrobił to, popatrzył i mówi: no, to teraz cię nie wezmą. Zadzwonisz do Warszawy, że jesteś chory i masz nogę w gipsie – przypomina. Tak zrobił. W tym samym czasie zainteresował się nim Śląski Okręg Wojskowy. – Przyjechała WSW. Matka to zobaczyła i mówi: masz tutaj nóż, rozcinaj to cholerstwo, wsiadaj do pociągu i jedź. To była zima 1960 roku. Kto idzie 18 grudnia do wojska? – pyta z uśmiechem.

Wylądował we Wrocławiu, gdzie wojsko chowało go w jednostce na Klecinie. A dokładniej w kuchni. Potem pana Pawła przeniesiono do kompanii sportowej, która znajdowała się przy ul. Powstańców Śl. – Wszędzie zawodnicy. Pełno lekkoatletów, koszykarzy, piłkarzy. Do Śląska brali tylko najlepszych – mówi Śpiewok. Pokój dzielił z legendarnym koszykarzem WKS Mieczysławem Łopatką. Natomiast do drużyny piłkarskiej, występującej w II lidze, trafił razem ze Stachułą, kolegą z podwórka. Skoro wspólnie za młodu walili piłką w trzepak, dlaczego tak samo nie miałoby być we Wrocławiu? Rówieśnicy, obaj urodzeni w 1940 r. Mało tego, podczas gry w Śląsku w ręce koleżeńskiego duetu trafiły powołania do młodzieżowej reprezentacji Polski. Śpiewok zagrał z orłem na piersi pięć razy. W „młodzieżówce” zdążył pokonać 1:0 NRD, a debiutował nieco wcześniej przeciwko Rumunii. W seniorskiej reprezentacji nigdy nie wystąpił, w przeciwieństwie do Stachuły, który zaliczył w niej jeden występ – w wygranym 3:1 wyjazdowym meczu z Turcją w 1969 r. Dla wrocławskich kibiców najważniejszy był fakt, że Śląsk w sezonie 1963/64 wywalczył historyczny, bo pierwszy, awans do I ligi. Właśnie ze Śpiewokiem i Stachułą w składzie. W debiutanckim sezonie obaj wpisali się na stałe do historii klubu. Stachuła zdobył pierwszą bramkę w historii występów Śląska w najwyższej klasie rozgrywkowej – wykorzystał rzut karny w spotkaniu z Gwardią Warszawa. Śpiewok, nie dość, że zagrał wszystkie mecze w pełnym wymiarze czasowym, to jest również pierwszym zawodnikiem WKS, który strzelił dwie bramki w jednym spotkaniu w ekstraklasie. Dokonał tego w meczu z Górnikiem Zabrze (3:6), niestety, były to trafienia na 1:3 oraz 2:5. Jak się okazało, pan Paweł na zabrzan miał patent, bo jeszcze w tym samym sezonie wyczyn powtórzył. Działo się to za czasów trenera Władysława Giergiela. Ci, którzy znali szkoleniowca, uważali go za wspaniałego człowieka. Zarażał pasją do futbolu, opowieściami z boiska sypał jak z rękawa. – Zawsze żartował. Spotykaliśmy się rano w kawiarni albo w Orbisie. Dyskutowaliśmy, rozwiązywaliśmy problemy. Trener to był taki, jak ja to mówię, przyjaciel humorysta, zawsze jakieś kawały opowiadał. Zawsze mówił: „Jak chujowi dziób przyprawić, nigdy orłem nie będzie”, he he. Żarty ciężkie, ale w drużynie panowała dobra atmosfera – śmieje się Śpiewok. – Później, w latach 70., też się o nią dbało. Żartów sporo było, bo uważam, że atmosfera to podstawa, no nie? Kalinowskiemu zawsze kamienie do torby wkładałem. Dźwigał i krzyczał: „Kurwa, czemu to takie ciężkie?” – dodaje. Jeden z dziennikarzy dostał polecenie, że ma zdobyć wszystkie pseudonimy zawodników Śląska. Zadanie wykonał perfekcyjnie, a przy okazji kibice dowiedzieli się, że pan Paweł to we wrocławskiej szatni po prostu „Kwadracik”. – Czemu? Bo byłem dość nabity, sam widzisz na zdjęciach. Tak krzyczeliśmy do siebie, jeden do drugiego. Żmuda to był „Profesor”, Brola ochrzczono „Bamber”, a mnie nazywali „Kwadracik” – wyjaśnia.

Giergiel odszedł w końcu z Wrocławia. Po pewnym czasie objął Motor Lublin i ściągnął Śpiewoka do swojego zespołu. Pan Paweł w sezonie 1969/70 strzelił w Lublinie 6 bramek, w kolejnym – jedną. Co ciekawe, w 2005 roku „Kurier Lubelski” umieścił go w gronie kandydatów do tytułu najlepszego piłkarza w historii Motoru. Kiedy Śpiewok się o tym dowiaduje, nie kryje przyjemnego zaskoczenia. – Tak? – uśmiecha się. – Zupełnie o tym nie wiedziałem. Widzisz, to miło, że pamiętają. Po krótkim epizodzie na Lubelszczyźnie wrócił na Dolny Śląsk. Nie na długo, bo w 1973 roku wyjechał do USA. Konkretnie do Chicago. W latach 70. trzeba było się sporo napocić, żeby zdobyć paszport i wizę. Śpiewokowi pomógł Wojciech Łazarek, który pracował wówczas w Lechu Poznań. „Baryła” załatwił więc dokumenty, a za oceanem czekał już Henryk Apostel. Wyjechać wtedy z Polski do USA to jak trafić szóstkę w totka. Inne pieniądze, lepsze życie i perspektywy. W polonijnej drużynie „Eagles”, czyli „Orłów”, Śpiewok i Apostel wymieniali się funkcjami. Kiedy jeden prowadził treningi z pierwszą drużyną, drugi doglądał juniorów. I odwrotnie. Podobnie jak przed laty na Górnym Śląsku, tak w USA Śpiewok również złapał etat. Tym razem pracował jako barman. Gdy jechał na zajęcia lub mecz, zastępowali go koledzy. Z czasem w Ameryce powstała całkiem liczna kolonia przybyszów z Polski, którzy doskonale wiedzieli, jak obchodzić się z piłką. Jeden ściągał drugiego, drugi trzeciego, a ten kolejnego. Jak w łańcuszku. – Takie czasy były, więc sobie wzajemnie pomagaliśmy – tłumaczy pan Paweł. Właśnie, „Pan Paweł”, bo taki pseudonim zyskał w Stanach. W publikacjach z owych czasów, dotyczących jego pracy z dala od kraju, wyrażano się o Śpiewoku w ten sposób. – Z szacunku do mnie. Jak rodzice chłopaków, którzy u nas grali, pracowali od 8 do 20, to się podjeżdżało samochodem pod dom i zabierało do klubu. Naprawdę byli mi za to wdzięczni – mówi. Ponadto pod jego wodzą juniorzy Eagles zdobyli dwukrotnie tytuł mistrza Ligi Juniorów, wygrali także mistrzostwo stanu Illinois. „Paweł Śpiewok w ciągu dwuletniego pobytu był nie tylko czołowym zawodnikiem i trenerem, ale przyjacielem piłkarzy, jak i wszystkich sympatyków tego sportu. Nic więc dziwnego, że zjednał sobie setki przyjaciół” – tak pisano o nim w jednej z gazet, kiedy wracał do Polski.

Za ocean podróżował jednak często. Potrenował, popracował, zarobił trochę pieniędzy i znów obierał kurs na Polskę. Tutaj czekała na niego przecież rodzina. Poza tym tęsknił za domem. I za Śląskiem, z którym wiąże się słynna historia z roku 1982 r. Trenerem WKS był wówczas Jan Caliński, a swoim asystentem mianował Śpiewoka. W sezonie 1981/82 wrocławianie spisywali się znakomicie, byli rewelacją ligi. Został im ostatni mecz – na własnym stadionie z Wisłą Kraków, a zwycięstwo dawało Śląskowi pewny tytuł mistrzowski. Nawet remis przy korzystnych wynikach innych spotkań mógł ten tytuł zagwarantować. Zespół miał udać się na przedmeczowe zgrupowanie do Sycowa i zrobił to, lecz bez Calińskiego i kilku zawodników. Z drużyną pojechał Śpiewok, a część piłkarzy i działaczy, którzy zostali we Wrocławiu, miała zadbać o to, żeby boiskowe sprawy nie wymknęły się spod kontroli. Wyszło tragicznie, bo Śląsk przegrał 0:1 z Wisłą Kraków, Widzew zremisował w Chorzowie z Ruchem 1:1 i to łodzianie cieszyli się z mistrzostwa Polski. Okazało się, że wiślacy skasowali dwie premie, jednak ta z Łodzi była bardziej zachęcająca. O tamtym przekręcie mówi się do dziś. Na pytania o wspomniane wydarzenia pan Paweł odpowiada niechętnie. Ścisza głos i rzuca tylko: – Nie ma o czym gadać… Widać, że mimo upływu lat, trochę to w nim jeszcze siedzi. Z tamtego sezonu Śpiewokowi pozostała ciekawa pamiątka. Dziennik treningów, a w nim kary dla zawodników, rozkład zajęć, meczów i poszczególnych wyjazdów.

Dziś pan Paweł choruje na serce. Bije ono tylko dzięki specjalnej aparaturze. Niemal codziennie zagląda do pobliskiego szpitala, gdzie lekarze monitorują stan jego zdrowia. Emerytura? Około 1200 zł. Jak mówi Śpiewok, 300 zł na lekarstwa, 400 zł na mieszkanie i zostaje niewiele. Dobrze, że wciąż ma oparcie, także finansowe, w żonie. – Nie ma co narzekać, takie były kiedyś czasy. Niczego nie żałuję – szybko ucina. – Napisz na końcu, że ja marzę o tym, żeby Śląsk postarał się o świetny zespół. Bo może zdarzyć się tak, że będziemy mieć piękny stadion, a nie będziemy mieć drużyny. Przyjdzie na mecz 5 tysięcy kibiców i to będzie tragedia. I tego chyba najbardziej się teraz boję – przyznaje pan Paweł.

– Na stadionie jestem codziennie. Chodzę na spacery, robię kółka po okolicy. Lekarz mi zalecił, bez tego ciężko by z moim zdrowiem było. Zachodzę sobie na Oporowską, tam pan Wiesiek pracuje, dba o murawę. Przywitam się z nim, bo przecież byłem jego trenerem, znamy się. Dlaczego tam chodzę? Z sentymentu. Chociaż murawy mogę dotknąć.

Historia Kamila Bilińskiego pokazuje, że talent i potencjał niepoparte pracą to w futbolu naprawdę niewiele.

Janusz Kudyba, kiedyś wyrastający ponad ligową przeciętność napastnik Śląska Wrocław i Motoru Lublin, a dziś trener Miedzi Legnica, miał okazję pracować z Bilińskim w sezonie 2007/2008. Prowadził wtedy Gawina Królewska Wola, który występował w III lidze. Przed rozpoczęciem rozgrywek sprowadził napastnika Śląska Wrocław do siebie na zasadzie wypożyczenia. Biliński nie zdążył się w Królewskiej Woli dobrze zaaklimatyzować, a już musiał pakować walizki i wracać z podkulonym ogonem do Wrocławia. W pierwszych trzech meczach III ligi spędził łącznie na boisku raptem 35 minut. W czwartej serii spotkań Gawin podejmował Miedź Legnica. Po nieco ponad godzinie gry gospodarze prowadzili 2:1. Wtedy Kudyba zdjął z murawy Damiana Szczęsnego i wprowadził za niego Bilińskiego. Niespełna kwadrans wystarczył, żeby trener Gawina stracił cierpliwość do swojego podopiecznego. Biliński po zaledwie 14 minutach gry mógł biec pod prysznic. W żargonie piłkarskim na taką zmianę mówi się, że piłkarz „dostał wędkę”. Każdy, kto kiedykolwiek uprawiał futbol choćby na poziomie juniorskim, wie, że dla piłkarza to jedna z najbardziej wstydliwych rzeczy, ogromny dyshonor. – Kamila nie interesowała agresywna gra. Jak się wpuszcza w takim momencie napastnika w pełni sił na boisko, to on ma stwarzać zagrożenie i walczyć za dwóch. Dokonałem więc szybkiej zmiany. Wówczas Kamil wzburzony zszedł z boiska i udał się do szatni – przypomina tamten incydent Kudyba. Szkoleniowiec szybko przeanalizował sytuację i uznał, że po takim zdarzeniu dla Bilińskiego nie ma miejsca w zespole. Jak mówi, sprawę „przyklepał” prezes klubu Andrzej Gawin i zawodnik wrócił do drużyny rezerw Śląska. – Później Kamil zadzwonił i przeprosił za swoje zachowanie, ale było już po wszystkim. Dla niego na pewno był to szczególny okres – dodaje Kudyba.

Zawodnik nie rozpamiętywał długo niepowodzenia w Gawinie, bo i nie musiał tego robić. W kolejnym sezonie Śląsk awansował do ekstraklasy. A skoro pierwsza drużyna znajdowała się w najwyższej klasie rozgrywkowej, to zgodnie z normami przyjętymi przez PZPN „drugi sort” i mniej doświadczeni zawodnicy mieli ogrywać się w Młodej Ekstraklasie. To oznaczało tyle, że nadarza się znakomita okazja do promocji własnej osoby, a przede wszystkim do częstszych występów. Biliński dobrze ją wykorzystał. W rozgrywkach Młodej Ekstraklasy zdobył 21 bramek. Został królem strzelców, wyprzedzając kolejnych w klasyfikacji Adriana Świątka i Łukasza Burligę aż o 9 goli. W dużej mierze dzięki jego świetnej postawie Śląsk zajął wysokie, szóste miejsce w tabeli. Jego znakomita gra nie umknęła też uwadze rywali, ponieważ kapitanowie i trenerzy drużyn wybrali Bilińskiego najlepszym zawodnikiem Młodej Ekstraklasy. Ponadto zawodnik dołożył cegiełkę do zdobycia Pucharu Ligi (2 bramki w 5 spotkaniach) oraz zaliczył pierwsze i, jak do tej pory jedyne, trafienie w ekstraklasie podczas wygranego 2:0 meczu z Jagiellonią Białystok (10,91668,6541057,25__kolejka__Slask___Jagiellonia_2_0__Bilinski__2_0_.html). Kiedy wszystkim dookoła, Kamilowi pewnie też, wydawało się, że droga do dużej kariery po udanym sezonie jest już bardzo prosta, te przypuszczenia boleśnie zweryfikowało boisko.

Trener Ryszard Tarasiewicz w kolejnych rozgrywkach po Bilińskiego sięgał niechętnie. Nawet kiedy notorycznie kontuzjowany był Vuk Sotirović, opiekun Śląska wolał wystawiać w pierwszym składzie Tomasza Szewczuka. Szewczuk może nie należy do wirtuozów, ale zawsze walczy za dwóch i nogi nie odstawi. Bilińskiemu takiej waleczności brakuje do dziś. Ale to niejedyny powód tego, że Biliński, mimo młodego wieku, już teraz uznawany jest przez liczne grono ludzi związanych z futbolem za stracony talent. – Na treningach trzeba było stać nad nim z batem. Jak się go przypilnuje, to pracuje jak należy – mówi Andrzej Ignasiak, szkoleniowiec, który prowadził Śląsk w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy w czasach, gdy brylował w niej Biliński. Kudyba wyszedł z innego założenia. – Z niewolnika nie ma pracownika. Ja nie zamierzam być dla zawodników katem. Jeśli ktoś podchodzi do zawodu profesjonalnie, to powinien zdawać sobie sprawę, że każdy trening to sprawdzian umiejętności i element rywalizacji wewnątrz zespołu. Kamil do treningów miał lekkie podejście, coś na zasadzie: „miejsce w składzie należy mi się bez względu na wszystko”. Takie zachowanie jest niedopuszczalne. Uznałem wtedy, że jeśli mam go zmuszać albo motywować, że powinien coś robić dla pieniędzy, to nie jestem do tego odpowiednim człowiekiem – tłumaczy.

Postanowiliśmy dowiedzieć się, czy Biliński rzeczywiście miał dwie lewe ręce do pracy, u samego źródła. Zadzwoniliśmy więc do piłkarza. – Nie ma pan o czym pisać artykułu, tylko o takich głupotach? Możemy porozmawiać na mnóstwo innych tematów, ale na takie pytania nie lubię i nie będę odpowiadał – odpowiedział stanowczo, ale bardzo spokojnie, Biliński. Za chwilę jednak dodał: – Oczywiście, że to nieprawda. Ludzie szukają sensacji i dziury w całym. Chyba to jasne, że każdy piłkarz trenuje na 100 procent możliwości i daje z siebie wszystko, żeby grać jak najlepiej. Ja nie jestem wyjątkiem.

Opinie dwóch trenerów, którzy mieli pod skrzydłami młodego napastnika, coś jednak znaczą. Czym więc Biliński, którego okrzyknięto wielkim talentem, wyróżniał się spośród pozostałych napastników i dlaczego miał tak udany sezon w Młodej Ekstraklasie, skoro nigdy nie był skory do pracy? – Imponował techniką i szybkością – charakteryzuje go Ignasiak. – No i miał tę jedną cechę: niesamowite szczęście. Piłka szukała go w polu karnym. Gdy wydawało się, że z akcji nic już nie wyjdzie, to piłka odbijała się od trzech obrońców i zawsze trafiała pod jego nogi – dodaje.

W połowie sezonu 2009/2010 Bilińskiego wypożyczono do pierwszoligowego Znicza Pruszków. Tam w 9 meczach strzelił 4 gole i ponownie wrócił do macierzystego klubu. Latem 2010 do Wrocławia sprowadzono dwóch napastników: Cristiana Omara Diaza i Łukasza Gikiewicza. To oznaczało, że Bilińskiego znów czekała zsyłka, tym razem do Górnika Polkowice. Tam, występując w I lidze, nie zdobył żadnej bramki. Mało tego, w wielu spotkaniach grywał tak zwane „ogony”, pojawiał się na boisku dopiero w końcowych minutach. Kiedy do niezłej dyspozycji wrócił Zbigniew Grzybowski, zawodnik nie pierwszej młodości, a Mateusz Piątkowski nadrobił zaległości treningowe spowodowane kontuzją, którą leczył w czasie letnich przygotowań, Biliński właściwie nie wstawał z ławki rezerwowych. Jeszcze w grudniu trener polkowiczan Dominik Nowak uznał, że piłkarz nie będzie mu potrzebny wiosną i zrezygnował z wypożyczenia. Za oznakę słabości Bilińskiego niech posłuży fakt, że dziś Górnik, po pożegnaniu Bilińskiego, ma w swojej kadrze tylko dwóch napastników. Mimo to klub nie chciał go zatrzymać. Kolejne pół roku napastnik spędzi ponownie w innym zespole. Wszystko wskazuje na to, że trafi do MKS Kluczbork, z którym pojechał na obóz przygotowawczy. Według niektórych źródeł trener Grzegorz Kowalski wcale nie jest zwolennikiem sprowadzenia Bilińskiego, a jego wypożyczenie będzie spowodowane finansowymi problemami MKS.

Czy po takich perturbacjach i kilku nieudanych epizodach napastnik Śląska ma szanse zaistnieć jeszcze w poważnym futbolu? Ignasiak twierdzi, że zbyt dawno oglądał go w akcji, by cokolwiek wyrokować. Jednak zaraz dodaje, zresztą podobnie jak Nowak, że Biliński potrzebuje stabilizacji. – To, że ciągle tuła się po różnych klubach, na pewno ma wpływ na jego formę – mówi. Innego zdania jest Kudyba, który stawia sprawę jasno: – Nikogo nie przekreślam, ale Kamil ma 23 lata i ciężko będzie mu zrobić prawdziwą karierę. To sprawa charakteru. Miał potencjał i talent, ale to za mało, żeby stać się dobrym piłkarzem. Niewielu jest graczy, którym coś przychodzi łatwo, bez wysiłku. Kamil tego nie zrozumiał i jest teraz w takim, a nie innym miejscu.

Swego czasu Biliński był nawet na testach w warszawskiej Legii. W sparingu zagrał zaledwie 26 minut, więc siłą rzeczy je oblał. Kiedy odbierał zasłużone nagrody za błyskotliwy sezon w Młodej Ekstraklasie, niektóre serwisy sugerowały stołecznym działaczom, że popełnili wielki błąd. Dziś przy Łazienkowskiej pewnie nie pamiętają, że taki napastnik jak Biliński jeszcze istnieje.

Kiedy grał w Boliwii na wysokości prawie 4000 metrów nad poziomem morza, wydawało mu się, że umrze. Jednak w tamtejszej ekstraklasie pokazał instynkt kilera. Jako napastnik San Jose Oruro zdobył 35 bramek, a przy okazji dwa razy zgarnął koronę króla strzelców. Postanowił podbić Europę i trafił do Śląska Wrocław. Jak sam mówi, oferta gry w Polsce nie była dla niego zaskoczeniem. W przeciwieństwie do… śniegu.

Jak się czujesz po kontuzji, której nabawiłeś się podczas meczu z Legią Warszawa?

CRISTIAN OMAR DIAZ: – Powoli dochodzę do zdrowia. To było bardzo trudne przeżycie dla mnie. Musiałem nosić gips. Teraz wracam do formy i chcę spokojnie podążać odpowiednią drogą, żeby jak najszybciej wrócić na boisko.

To był pierwszy poważny uraz w Twojej karierze?

– Tak. Pierwszy tak poważny, odkąd gram w piłkę. Dlatego mam wrażenie, że było to dla mnie tak trudne, by przejść rehabilitację i psychicznie przetrwać ten okres, co jest bardzo ważne przy takich urazach.

Żeby strzelać bramki, musisz dojść do pełnej sprawności fizycznej. Poza tym rozegrałeś raptem kilka meczów pod wodzą nowego trenera Oresta Lenczyka, który nie zdążył Cię poznać. Ciężko będzie wywalczyć miejsce w podstawowym składzie.

– Nie boję się tego. Przeciwnie, mam wielką ochotę, żeby wrócić na boisko. Przeogromną ochotę! Poza tym jestem bardzo szczęśliwy, że moim kolegom idzie bardzo dobrze. Kiedy nabawiłem się kontuzji, chłopaków mocno to dotknęło, a nawet na nich wpłynęło. Na szczęście drużyna zdołała przezwyciężyć złe momenty. Koledzy musieli wyciągnąć klub z dołka i zrobili to.

Trener Lenczyk podobno nie darzy sympatią obcokrajowców.

– Słyszałem takie opinie także od innych dziennikarzy, ale nie odczułem tego na własnej skórze. Nawet przez moment się nad tym nie zastanawiałem. Będę trenował i dawał z siebie 100 procent, a trener zdecyduje, czy znajdzie dla mnie miejsce w składzie, czy zostawi mnie na ławce rezerwowych. Po prostu. Podczas gdy ja będę wykonywał swoją pracę najlepiej jak umiem, trener będzie miał prawo podjąć ostateczną decyzję.

Na początku pobytu w Polsce bardzo pomocni okazali się Antek Łukasiewicz i Marian Kelemen, którzy grali w Hiszpanii i znają tamtejszy język. Zdążyłeś już poznać język polski na tyle, że radzisz sobie bez pomocy kolegów?

Coś tam chwytam, ale nie za dużo. No i rozumiem niektórych kolegów. Wiesz, uczę się bardzo powolutku. Nauka polskiego idzie mi teraz trudniej, ponieważ mieszkam już z moją rodzina i w domu rozmawiamy po hiszpańsku. Trochę uciąłem naukę polskiego, ale mam nadzieję, że będę ją kontynuował. Obiecuję, że kiedy w czerwcu zakończą się rozgrywki, nauczę się polskiego najlepiej, jak mogę.

Jak czują się w Polsce Twoje ukochane dziewczyny: córka i małżonka?

– Dobrze i spokojnie, choć teraz kiepsko znoszą pogodę. Jest zimno. Nie, jest bardzo zimno (śmiech). Dopiero od niedawna staramy się odkrywać miasto i poznawać Wrocław, ponieważ wcześniej raczej nie wychodziliśmy często z domu ze względu na córeczkę. Jest jeszcze mała i dłużej adaptuje się do innego klimatu. Jesteśmy we Wrocławiu na stałe, więc stopniowo będziemy poznawać wszystkie zakątki miasta. Czujemy się tutaj szczęśliwi.

Zaskoczyła Cię oferta gry w Polsce?

– Nie dowiedziałem się o niej z dnia na dzień, ponieważ zajmował się tym mój menedżer. Wspominał, że mogę przenieść się do klubu z Europy.

W takim razie nie była to żadna niespodzianka.

– Nie, nie, nie. Spodziewałem się tego. Menedżer przekazał mi, że otrzymałem propozycję gry w Europie, a ja miałem dużo chęci, żeby spróbować swoich sił na tym kontynencie. To może okazać się ważne dla mojej przyszłości.

(W tym momencie w domu Cristiana rozlega się dźwięk domofonu. Przed domem czeka już nasz redakcyjny fotoreporter).

Przyjechał fotoreporter. Chyba powinniśmy zrobić przerwę.

– Dlaczego? Możemy kontynuować. Fotograf jest na dole, więc musi wziąć jeszcze windę (słowo „winda” Diaz mówi po polsku). Znajduję się w swoim domu, więc jestem spokojny (śmiech). Możemy zrobić, jak chcecie.

(Robimy krótką przerwę w rozmowie. Fotoreporter robi zdjęcia przede wszystkim córeczce Cristiana. On sam znika w łazience i wraca po kilku minutach)

Poprawiałeś fryzurę?

– Nie, wróciłem z fizjoterapii, a za chwilę pojawiliście się wy. Rozumiesz, musiałem szybko się przebrać i przygotować do rozmowy (śmiech).

To kontynuujmy poprzedni wątek. Dlaczego zdecydowałeś się na grę w Polsce? Nie chciałeś występować w niemieckim TSV Monachium?

– Wybór klubu zależał też w dużym stopniu od mojego menedżera. Przyjechałem tutaj, żeby się uczyć, a jeśli w przyszłości zgłosi się po mnie większy albo lepszy klub, to czemu miałbym nie spróbować? Jednak teraz jestem w Polsce i będę grał najlepiej, jak potrafię, żeby realizować cele naszego klubu. I mam nadzieję, że spędzę w Polsce trochę czasu.

Dla wielu zawodników z zagranicy Polska ma być tylko przystankiem w drodze do lepszego klubu.

– Nie dla mnie. Pracuję po to, żeby realizować swoje cele. To jest najważniejsze dla mnie jako człowieka, bo to moja zasada życiowa, i jako futbolisty. Myślę, że jak ktoś otwiera ci drzwi, a ty grasz coraz lepiej, w końcu przychodzą oferty z coraz większych klubów. Dla mnie ważne jest, jak klub traktuje zawodnika. Jeśli dba o mnie w najlepszy z możliwych sposobów, zawsze jestem mu za to wdzięczny. Cały czas będę pracował, a w przyszłości okaże się, czy zmienię klub, czy zostanę w Śląsku. Teraz jestem szczęśliwy tutaj.

Od dziecka wiedziałeś, że chcesz zostać zawodowym piłkarzem?

– Mogłem studiować, ale poświęciłem swoje życie piłce. Powiedziałem rodzicom, że nie nadaję się na studenta (śmiech). Dla mnie futbol zawsze był najważniejszy. OK, stało się tak, a nie inaczej, podjąłem taką decyzję i jestem teraz tutaj. Gram w Europie w ważnym klubie. Doceniam to, naprawdę, i chcę wykorzystać swoją szansę.

W Boliwii, gdzie dwukrotnie zostałeś królem strzelców tamtejszej ligi, kibice musieli traktować Cię jak gwiazdę.

– To było bardzo przyjemne. Jestem wdzięczny, że traktowano mnie tak miło. W futbolu są tacy, którzy cię kochają, albo tacy, którzy cię nienawidzą. To normalne. W San Jose zawsze mogłem liczyć na ludzi, którzy byli blisko, którzy mnie kochali. Dalej to czuję, bo dostaję mnóstwo maili i próśb, żebym do nich wrócił. Mam nadzieję, że wszystkie rzeczy, których dokonałem w San Jose, powtórzę tutaj.

Wcześniej grałeś w niższych ligach w Argentynie, a po transferze do Boliwii przez dwa sezony strzeliłeś w ekstraklasie aż 35 bramek. Dlaczego trafiłeś do San Jose tak późno?

– To dosyć długa historia. Miałem słabego menedżera i na jego temat nie warto nic mówić, ale ważnym momentem mojej kariery było znalezienie człowieka, dzięki któremu trafiłem do San Jose. On powiedział mi: jeśli będziesz dobrze grał w Boliwii, załatwię ci transfer do Europy. Skoncentrowałem się na tym i zachowywałem jak profesjonalista. W końcu przyszła oferta i znalazłem się we Wrocławiu.

A może byłeś po prostu za słaby, żeby wybić się w Argentynie, gdzie w piłkę gra mnóstwo zawodników?

– Rzeczywiście, w Argentynie jest to trudne i nie wszystko zależy tylko od ciebie. Połowa sukcesu opiera się na tym, czy robisz wszystko, żeby być profesjonalistą. Reszta to twój menedżer. Za dobrą grę dostajesz od niego nagrodę w postaci transferu do lepszego klubu, ale jest wielu piłkarzy, którzy nie mają szczęścia ani dobrego menedżera i zostają z niczym.

Prawdziwy z Ciebie Latynos. W meczu z Lechią Gdańsk trener zdjął Cię z boiska przed końcem, gdy przegrywaliście 0:2, a Ty po prostu się rozpłakałeś. Aż tak mocno przeżywasz mecze?

– Tak, w ogóle nie lubię przegrywać. Mam wrażenie, że porażki wpływały źle nie tylko na mnie, ale również na moich kolegów. W tamtym okresie nie wygrywaliśmy i nie potrafiliśmy tego zmienić. W ciągu tygodnia trenujesz i pracujesz po to, by wyjść na boisko i zagrać dobry mecz. Kiedy nie wychodzi, siłą rzeczy to wpływa na ciebie. I zawsze zbiera za to moja żona, bo przychodzę wkurzony do domu (śmiech). Ale ona pomaga odwrócić złą kartę i sprawić, że szczęście jest po mojej stronie.

Przez pierwsze miesiące musiałeś chodzić ciągle wkurzony.

Fakt, na początku wszystko było bardzo trudne. Nie rozumiałem języka, przegrywaliśmy i byłem tutaj sam, rozumiesz? To mnie przybijało, ale już jest po wszystkim.

Może nie utrzymałeś nerwów na wodzy, bo w Polsce nie było jeszcze Twojej rodziny?

– Nie, nie, nie. Żeby grać w futbol, trzeba być profesjonalistą i wszystkie rzeczy odłożyć na bok. Ale czasami to nie jest łatwe i one na ciebie oddziałują. No, wiesz o co chodzi.

Umiesz radzić sobie z presją? Śląsk zapłacił za Ciebie sporo pieniędzy i oczekuje, że będziesz strzelał bramki.

– Odkąd tu przyjechałem, nie czuję żadnej presji. Nie zwracam uwagi na pieniądze, które Śląsk za mnie zapłacił. Koncentruję się na swojej pracy. Jedyna presja, jaką odczuwam, to presja wewnętrzna, która motywuje mnie do jak najlepszej gry. Ona jest niezależna od ilości pieniędzy, które na mnie wydano.

Ale niektórzy uważają, że obcokrajowcy powinni być dużo lepsi od Polaków, żeby grać w naszych klubach.

– Ja zawsze staram się wykonywać swoją pracę na 100 procent możliwości. Wiesz, nie zawsze w życiu wszystko wychodzi tak, jak tego chcesz. Na początku gry w Polsce nie wszystko mi się udawało. Ponadto teraz dochodzę dopiero do zdrowia, ale w lutym chcę wrócić do najlepszej formy.

Polską ligę da się porównać do argentyńskiej i boliwijskiej?

– Są zupełnie różne. W Argentynie futbol jest bardzo szybki, liczy się technika. W Boliwii gra się dużo piłką. Z kolei w Europie wielką rolę odgrywa taktyka. Moim zdaniem polski futbol jest bardziej podobny do argentyńskiego.

Mówisz poważnie?

– Absolutnie nie twierdzę, że jest taki sam. Według mnie jest tylko bardziej podobny do argentyńskiego niż do boliwijskiego. Futbol w różnych krajach w Ameryce Płd. też różni się od siebie.

W Boliwii musiałeś grać na ogromnych wysokościach. Jak sobie z tym radziłeś?

– To bardzo trudne. Przez pierwsze miesiące miałem wrażenie, że umrę (śmiech). Niemożliwe jest przetrwanie w takich warunkach, jeśli nie uważasz na swoją dietę. Boli cię głowa, masz nudności. To straszne. Ale po jakimś czasie się przystosowujesz. Jeśli przetrwasz cztery miesiące gry na takich wysokościach, potem nie ma to na ciebie żadnego wpływu.

Dzięki występom w tym kraju polska zima chyba nie jest taka straszna.

– Oj, nie, nie ma żadnego porównania. To, co tu zastałem, jest przerażające (śmiech). W Boliwii nie było tak niskich temperatur. No i po raz pierwszy w życiu widzę śnieg.

No to kontuzja trochę Cię uratowała, bo za kilka dni Śląsk zagra w Białymstoku, jednym z najzimniejszych miejsc w Polsce (rozmowa przeprowadzona jeszcze przed odwołaniem ostatniej kolejki ekstraklasy).

– Nie ma problemu. Ja jestem szczęśliwy, że w sobotę lecę do Argentyny i będę wygrzewał się w 35 stopniach (śmiech).

Ponoć istnieje szansa, że niedługo zagrasz w reprezentacji Boliwii.

– Taka szansa rzeczywiście była, ale pojawił się spory problem. Federacja boliwijska musiałaby zapłacić sporo pieniędzy, żebym mógł zagrać w jej barwach, dlatego temat jest nieaktualny. Już o nim nie myślę.

To nie byłby problem, że Ty, Argentyńczyk, miałbyś zagrać w reprezentacji Boliwii? Nie miałbyś dylematu?

– Oj, miałbym, i to spory. Czuję się Argentyńczykiem, więc moje serce byłoby rozdarte. Musiałbym się poważnie zastanowić, czy przyjąć taką propozycję.

Masz sporo tatuaży.

– Dokładnie trzynaście. I wszystkie, prócz jednego, są związane z moją rodziną.

Jest ich jest tyle, że w Polsce pewnie pokusisz się o następny.

– To chyba jasne. Nawet mam już pewien pomysł. Wprawdzie moja żona jest temu przeciwna, ale jak tylko wyjedzie do Argentyny, to go zrealizuję (śmiech). (Cristian powiedział to w taki sposób, żeby nie usłyszała go żona)

Wspomniałeś, że prawie wszystkie są związane z Twoją rodziną.

– Tak, bo jestem bardzo związany ze swoją rodziną. Między nam istnieje duża i głęboka więź.

Nie macie teraz problemu z regularnym kontaktem, skoro grasz w Polsce?

– Piłka nożna to moja praca. Odkąd skończyłem 15 lat, ciągle gdzieś wyjeżdżam i podróżuję, dlatego jesteśmy przyzwyczajeni, że rzadko się widzimy. Rozmawiamy prawie codziennie przez Skype’a, więc słyszymy się bardzo często.

W Śląsku bardzo chciałeś grać w koszulce z imieniem swojej córeczki zamiast Twojego nazwiska.

– To moje wielkie marzenie. Na razie nie mogę go zrealizować, ponieważ znów zabroniła mi tego FIFA. Ale kiedyś zagram w takiej koszulce, obiecuję. Kiedy? Tego jeszcze nie wiem. Ale to nie jest powód, żeby zrywać w futbolem.

Twoja córeczka niedawno obchodziła urodziny. Świętowaliście je w Polsce?

– Jak tylko wrócimy do Argentyny, mamy zamiar zorganizować wielką imprezę dla Azul z okazji drugiej rocznicy jej urodzin. Dlatego chcę, żebyś przesłał mi zdjęcia. Planujemy przygotowanie multimedialnej prezentacji, żeby pokazać rodzinie i znajomym, jak żyjemy w Polsce i jak podoba się tu małej.

Po rozmowie Cristian wspólnie z żoną i córeczką cierpliwie pozował do zdjęć. Oprócz fotografii  w gronie rodziny i z piłką, Cristian wcielił się w rolę… kucharza.

Jak się czujesz w tym fartuszku?

DEBORAH (żona piłkarza): – Cristian sprząta, gotuje i prasuje. Niczego się nie boi.

CRISTIAN: – Żona się śmieje, ale to prawda! W czasie kontuzji i rehabilitacji miałem więcej czasu dla siebie. Serio, gotowałem bardzo często.

* tłumaczyła AGATA LANGE. Wielkie dzięki za wkład w powstanie materiału i czas temu poświęcony. :)

W zeszłą środę w klubie Bezsenność około godz. 1 w nocy stałeś przy barze z dwoma kolegami. Wymieniliśmy się spojrzeniami. Nie mogę przestać o tobie myśleć, więc znajdź mnie, proszę…

Na początku października ogłoszenie takiej treści pojawiło się na jednym z przystanków tramwajowych we Wrocławiu. Kartka wzbudzała spore zainteresowanie. Jedni podchodzili i szczerze się uśmiechali. Drudzy odwrotnie, wyglądali na zniesmaczonych. Przeczytałem ogłoszenie, pomyślałem: fajnie, dziewczyna postanowiła w oryginalny sposób odszukać faceta, który zawrócił jej w głowie jednym spojrzeniem. Ale dlaczego akurat w tej części Wrocławia? Aparatem w komórce zrobiłem zdjęcie, wsiadłem do tramwaju i chciałem wysłać je do kilku kumpli, gdy… od jednego z nich dostałem MMS-a. – Wisi na moim przystanku. Może to do Ciebie? – napisał. Do wiadomości dołączył zdjęcie ze znajomym ogłoszeniem. – W pobliżu mojego domu znalazłem identyczne! – odpowiedziałem niemal natychmiast. – No to dziewczyna nieźle zdesperowana, skoro całe miasto wykleiła takimi kartkami – odpisał rozbawiony sytuacją. Dopiero następnego dnia, kiedy spotkaliśmy się w pracy, zwróciliśmy uwagę na ważny szczegół, który kilkanaście godzin wcześniej zupełnie umknął naszej uwadze. Na końcu ogłoszenia ktoś umieścił nazwę strony internetowej. – (…) Nie mogę przestać o Tobie myśleć, więc znajdź mnie, proszę, na http://www.mateimet.com.

– Do kartek przyklejaliśmy taśmę, wsiadaliśmy w samochód i od godz. 22 do 2 w nocy, omijając uliczne bitwy, jeździliśmy po mieście. Robiliśmy to w czasie weekendów. Rozklejając ogłoszenia w okolicach kina Helios byliśmy świadkami totalnej bójki. Nieprzytomny facet leżał na ziemi i dostawał ciosy w twarz. Z takimi wydarzeniami w tle naklejaliśmy kartki na przystankach, przy okazji staraliśmy się nie trafić na trasie na służby porządkowe czy MPK, które nas prześladowały. Później śmialiśmy się, że chyba ją znały, bo w miejscach, które odwiedzaliśmy, były dosłownie minutę przed nami. Dobrze, że nie po nas, bo ogłoszenia natychmiast trafiłyby do kubła na śmieci – opowiadają o nietypowej akcji promocyjnej Bartek i Tomek, twórcy portalu, którzy nazywają go platformą społecznościową. Do promocji wykorzystują również Facebooka. Właśnie tam zostawiam prośbę, żeby się ze mną skontaktowali. Spotykamy się na początku listopada, mimo że chwilę wcześniej prawie porzuciłem nadzieję, że coś z tego będzie. Do kompletu brakuje tylko Jarka, ale on mieszka w Kopenhadze.

Tomek studiuje informatykę na Politechnice Wrocławskiej i prowadzi swoją działalność związaną z kierunkiem studiów. Bartek skończył specjalność corporate identity i public relations w Dolnośląskiej Szkole Wyższej. Współtworzy agencję eventowo-promocyjną Joytown, jest również współwłaścicielem jednego z wrocławskich klubów. Podział kompetencji wydaje się jasny. W Mateimet pierwszy zajmuje się sprawami technicznymi, drugi skupia na promocji portalu. Jarek, który studiuje w Danii, odpowiada za jego interfejs. Pomysł urodził się w głowie Tomka. A że często wpada do lokalu po części należącego do Bartka na kanapkę i szklankę coca-coli, koncepcją podzielił się z kumplem. – Natychmiast mi się spodobała. Tym bardziej że mieliśmy wizję tworzenia portalu, który można nazwać społecznościowym, bo taki ma być. Nie tylko jako płaszczyzna do poszukiwania ludzi, ale także komunikacji. W natłoku naszych rozmów i pomysłów dodaliśmy funkcję czatu. Spodobała mi się całość, ponieważ widziałem perspektywy szersze niż meritum, od którego wyszliśmy – wspomina Bartek. Gdy otrzymał od Tomka propozycję, by zrobili coś wspólnie, byli znajomymi od niedawna. Fakt, że mieli obok siebie jeszcze Jarka, też można nazwać zrządzeniem losu, bo poznali się podczas jednej z imprez. Prace nad portalem trwały kilka miesięcy. Na starcie trzeba było zbadać rynek. Uznali, że regularnie pojawiające się w kilku serwisach bądź bezpłatnych gazetach ogłoszenia, w których ludzie próbują znaleźć przypadkowo spotkaną osobę, są mało skuteczne. Z kolei istniejące już portale tematyczne, głównie z zagranicy, były mocno niedopracowane. W Polsce nie musieli obawiać się nikogo, ponieważ konkurencji właściwie nie zastali. – Stwierdziliśmy, że pora ruszyć z tematem. Trochę to trwało, bo to nie było takie proste, żeby z dnia na dzień odpalić. Jednak mamy finalny produkt, który nam się podoba. Zaakceptowaliśmy go i wypuściliśmy do ludzi – mówi Bartek. Serwis mateimet.com ruszył na początku października. Postanowiłem sprawdzić, jak działa.

Na wstępie wita nas przejrzysty interfejs. U góry hasło przewodnie, nieco niżej najnowsze ogłoszenia i możliwość błyskawicznej rejestracji, bo dołączenie do grona użytkowników portalu zabiera ledwie kilkadziesiąt sekund. Wystarczy wymyślić login i hasło, wpisać adres e-mail, wybrać płeć i podać datę urodzenia. Rozwiązanie zagadki, czy jako MrSuperfrajer już na starcie nie obniżam swoich szans, też trwa moment. No bo chyba nikt nie zobaczy logina, gdy akurat zainteresuje się mną w tramwaju albo na ulicy? Długo się nie zastanawiam. Kończę rejestrację, konto jest już aktywne, więc zaraz spróbuję dodać ogłoszenie. Wymyślam tytuł „Widziałem Cię w tramwaju nr 10”. Następnie wybieram okoliczności i miejsce spotkania, które z wielką dokładnością można zaznaczyć na mapie. To rzecz, która odróżnia Mateimet od pozostałych serwisów o podobnej charakterystyce. Bartek i Tomek podczas trwającej prawie godzinę rozmowy wspominają o tym kilka razy. Dalej określam czas, w którym dostrzegłem szukaną osobę, a na końcu jak najdokładniej staram się opisać jej wygląd. I swój, a nuż mnie zapamiętała. Gotowe. Teraz pozostaje czekać na reakcję zwrotną. – Nie chcemy, by Mateimet był odbierany jako portal randkowy – podkreśla Tomek. – W założeniu ludzie mają komentować ogłoszenia i sobie wzajemnie pomagać. Na zasadzie: to jest moja znajoma, spróbuj się z nią skontaktować. Albo coś w stylu: daj znać koleżance, że ktoś jej szuka. Nie chcemy być portalem, w którym ludzie pokazują swoje zdjęcia i wysyłają prezenty. Mamy jasny cel i do niego chcemy dążyć. Dajemy narzędzie, które umożliwi to, co mówi nasz slogan: możliwość odnalezienia osoby, którą się minęło. Koniec, kropka.

Serwis od początku istnienia działa w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. Zdaniem Tomka i Bartka głupio byłoby nie skorzystać z faktu, że Jarek na co dzień może promować portal w Danii. W pierwszym miesiącu stronę odwiedziło 3600 unikalnych użytkowników, a licznik odsłon zatrzymał się na 25 000. – Dowodem na to, że start z dwoma wersjami językowymi był trafiony, stał się fakt, że wśród fanów na Facebooku mamy wielu obcokrajowców. Także po statystykach wejść na mapie widać, że serwis odwiedzają nie tylko ludzie z Polski – mówi Tomek. – Klikają mieszkańcy USA, Anglii, Niemiec. Nawet Tajwanu i tak egzotycznego kraju, jak Pakistan – dodaje Bartek. Projekt zakłada, że Mateimet stanie się platformą ogólnoświatową. – Przykładowa sytuacja, z której bylibyśmy bardzo dumni, odpowiada historii ułożonej przez nas w maju. Mieszkaniec Japonii na lotnisku w Heathrow widzi dziewczynę z Francji, każde z nich wraca do siebie, dodaje ogłoszenie i poznają się przez Mateimet. Klucz do osiągnięcia sukcesu stanowi mapa, dzięki której będą mogli siebie odnaleźć, mimo różnych kultur i dwóch niezwiązanych ze sobą języków. To kwintesencja tego, czym miałby stać się portal za trzy lata – mówi podekscytowany Tomek.

Zresztą ekscytacja to nieodłączny element poznawania nowych ludzi. Jestem w klubie i widzę ją. Nasze oczy spotykają się na dłuższą chwilę. Ciało przeszywają dreszcze, poza tym ona tak ładnie się uśmiecha. Jeśli nie podejdę, może już nigdy jej nie spotkam. Zaraz, zaraz. A od czego jest Mateimet? – Nigdy nie zdarzy się tak, że jak ktoś ma jaja, by podejść do dziewczyny lub chłopaka, z powodu portalu tego nie zrobi. Dla nieśmiałych to po prostu dodatkowe narzędzie do nawiązania znajomości – oponuje Bartek. Wtóruje mu Tomek. – Zawsze zostaje element niepewności, czy dziewczyna, która mi się podoba, skorzysta z portalu. Wydaje mi się, że to dyskusja podobna do tej, którą wywołano 10 lat temu nad sensem działania komunikatorów oraz e-maili. Dotyczyła rzeczy, które ludzi strasznie dziwiły, a potem okazywało się, że nie mogą bez nich żyć – obrazuje. – Istnieje przecież zdrowy rozsądek użytkowników. Każdy skorzysta z portalu tyle, na ile czuje taką potrzebę.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Mateimet ma spore szanse, by stać się popularną platformą społecznościową, która rzeczywiście pomoże ludziom nawiązywać znajomości. Pierwsi użytkownicy przekonali się o tym na własnej skórze. – Możemy już pochwalić się pierwszą parą, która nawiązała kontakt przez Mateimet. Koleżanka, która wie o portalu, poznała chłopaka, chciał od niej numer telefonu. Wówczas powiedziała, że musi się z nią skontaktować przez Mateimet. Może trochę wymuszony sposób, ale się udało – śmieją się twórcy portalu. – Nie wiemy, jak wszystko później się potoczyło, ale funkcja Mateimet została spełniona.

Mamo, tato, to moja dziewczyna. Jak się poznaliśmy? Znalazłem ją na mapie.

W poprzednim sezonie zadebiutowała w IMPEL Gwardii Wrocław. Z miejsca okrzyknięta rewelacją rozgrywek po kilku miesiącach zameldowała się na mistrzostwach świata w Japonii jako rozgrywająca reprezentacji Polski. O tym, że nadal musi twardo stąpać po ziemi, przekonała się po powrocie, gdy nie oszczędził jej jeden z tabloidów. A za chwilę rusza nowy sezon. Całkiem sporo jak na dziewczynę, która do niedawna była jeszcze nastolatką. Joanna Wołosz w szczerej rozmowie o kadrze.

 

Twój organizm doszedł już do siebie po powrocie z Japonii?

JOANNA WOŁOSZ: – Tak, wszystko OK. Akurat fizycznie jestem dobrze przygotowana. Tak się dobrze złożyło, że w Gwardii będzie pracował Chris (Christian Verona, włoski trener przygotowania motorycznego m.in. reprezentacji Polski kobietprzyp. MRS), który pracował ostatnio także z kadrą. Wie, na jakim etapie się znajdowałam, więc po powrocie do Polski nie było problemu, żeby dopasować trening siłowy. Fizycznie czuję się świetnie. Teraz brakuje mi tylko siatkówki. Najbliższy tydzień spędzę na treningach i z pewnością zgram się z dziewczynami, choć obecnie to zgranie nie wygląda najgorzej.

Wydawać by się mogło, że zamiast głodu powinnaś czuć przesyt siatkówką. Ostatnie miesiące nie należały do łatwych.

– Na pewno. Gdy Gwardia skończyła okres roztrenowania, po tygodniu jechałam na pierwsze zgrupowanie, więc nie było zbyt wiele czasu na odpoczynek. Natomiast miałam chwilę dla siebie, gdy dziewczyny uczestniczyły w turnieju Grand Prix. Wówczas dostałam wolne. Trener również dał mi więcej wolnego ze względu na to, że trenowałam przez całe wakacje. Poza tym w Japonii nie grałam zbyt dużo. Czuję głód siatkówki, dlatego do treningów w klubie wracam pełna optymizmu.

Kilka dni po mistrzostwach świata jeden z tabloidów opublikował zdjęcia, na których widać, jak palisz papierosa w kawiarni jeszcze przed wylotem do Japonii. Szum medialny nie nadwyrężył Twojej psychiki?

– To nie było nic miłego. Człowiek przyjeżdża z turnieju zmęczony psychicznie, spędza prawie miesiąc na drugim końcu świata z dala od domu i dostaje gwóźdź do trumny. Już wcześniej ludzie doszukiwali się złego zachowania młodych zawodniczek naszej drużyny, co było kompletnym absurdem. Do tego doszła ta publikacja. Nie chce mi się tego komentować, bo nie ma to sensu. Akurat nie czytam tej gazety, więc jej nawet nie widziałam. O publikacji dowiedziałam się od rodziny, ponieważ po mistrzostwach przez cały tydzień odcięłam się od świata. Chciałam odpocząć psychicznie.

Byłaś na rozmowie wychowawczej u trenera Rafała Błaszczyka?

– Rozmowa była krótka. Powiedzieliśmy sobie, że ostatni okres w kadrze oddzielamy grubą kreską. Teraz trzeba skupić się na grze w klubie. Od trenera dostałam pełne wsparcie, nie dołuje mnie jeszcze bardziej całą sytuacją. Zachował się świetnie.

W takim razie Joanna Wołosz pali regularnie, popala czy był to jednorazowy eksces?

– To było wyjście prywatne. Ludzie mają to do siebie, że czasami chcą odreagować. To wszystko.

A ile było prawdy w doniesieniach, że kadra polskich siatkarek podzieliła się na dwa obozy: starsze i młodsze zawodniczki?

– To ludzie stworzyli taki podział i wciąż doszukują się w kadrze konfliktów, których w rzeczywistości nie było. Nigdy nie będzie tak, że wszystkie zawodniczki będą spędzać ze sobą każdą wolną chwilę. Naturalnie, że kogoś lubi się bardziej, z kimś woli się przebywać dłużej i częściej. Wiadomo, że łatwiej będzie mi się dogadać z dziewczyną, która znałam już wcześniej, a w moim przypadku oznacza to młodą siatkarkę. Niektóre z reprezentantek Polski podziwiałam kiedyś w telewizji i nie przypuszczałam, że poznam je osobiście. Powtórzę jeszcze raz: nie było konfliktów. Tylko zastanawiam się, czy ludzie chcieli wywołać niepotrzebny szum i dlatego tak się zachowywali. Nawet nie chcę w to wnikać.

Niektóre siatkarki chyba grały już w kadrze, gdy Ty zaczynałaś przygodę z siatkówką. Dużo wyniosłaś z treningów z nimi?

– Najlepszym tego przykładem jest fakt, że w Japonii mieszkałam w jednym pokoju z Gośką Glinką. Do niedawna przez myśl by mi to nie przeszło.

Chrapie?

– Nie (śmiech). Było bardzo fajnie, dobrze się dogadywałyśmy. W końcu mieszkałyśmy ze sobą przez trzy tygodnie. Wracając do poprzedniego pytania, już same treningi z takimi zawodniczkami, jak Gośka Glinka, Anka Barańska czy wcześniej Kaśka Skowrońska, to świetna rzecz.

Na chwilę zostawmy sport. Jaką osobą jest prywatnie Małgorzata Glinka?

– Gośka jest bardzo zakręconą dziewczyną. Śmiałyśmy się, że jej młodszą kopią jest Berenika Okuniewska. Ale potrafi być też poważna i stanowcza. Bardzo dobrze mi się z nią mieszkało. Mam nadzieję, że Gośka ma podobne zdanie. Właściwie to mogę powiedzieć, że „kopnął” mnie zaszczyt (śmiech).

Glinka po MŚ ponownie zrezygnowała z gry w kadrze. Już w Japonii dawała do zrozumienia, że może podjąć taką decyzję?

– O to trzeba by spytać samą Gośkę. Ja wierzę, że jeszcze zagra w kadrze, ponieważ w mistrzostwach pokazała, że wciąż znajduje się w wysokiej formie i jest pełnowartościową siatkarką. Zresztą gdyby jej z nami nie było, w niektórych meczach byłoby naprawdę ciężko. W kilku meczach ciągnęła drużynę. Czuję, że jeszcze ją w kadrze zobaczymy.

Dojazd na mecz lub trening, powrót do hotelu i tak do znudzenia – według trenera kadry Jerzego Matlaka tak wyglądał turniej w Japonii dla reprezentantek Polski. Nazwał go nawet pobytem w więzieniu. Naprawdę byłyście odseparowane od świata aż tak mocno?

– Dokładnie tak. Czas na takich imprezach jest zorganizowany na tyle, że ciężko było się zająć nawet swoimi rzeczami. Znalazła się jednak chwila, by gdzieś pojechać i coś zobaczyć, ale to były wyjazdy grupowe. Większość czasu, gdy miałyśmy wolną godzinę lub dwie, poświęcałyśmy na odpoczynek. Tym bardziej że na początku musiałyśmy radzić sobie z aklimatyzacją, chodziłyśmy „zamotane” i zaspane.

Początek mistrzostw nie był zbyt udany. Drużyna miała ogromną szansę na zwycięstwa z Japonią i Serbią, ale nie potrafiła wykorzystać jej w decydujących momentach. Zabrakło koncentracji, umiejętności, a może po prostu szczęścia?

– Z Japonią prowadziłyśmy 2:0, a także w trzecim secie. Było bardzo blisko, byśmy zakończyły ten mecz. Niestety, Japonki są takim zespołem, że nawet jeśli przegrywają w setach 0:2, a w trzeciej partii 15:20, nigdy się nie poddają i walczą do końca. Może miałyśmy wówczas słabszy moment, który one wykorzystały. Właściwie już do końca meczu grały tak, jak później przez cały turniej. Japońskie siatkarki, które wystąpiły w półfinałach, a potem w meczu o trzecie miejsce, czuły atmosferę tych mistrzostw. Czuły, że grają u siebie i to je napędzało. Nam zabrakło szczęścia, w mniejszym stopniu umiejętności. Niewiele dzieliło nas od zupełnie innego rozwiązania. Ten turniej mógł się potoczyć inaczej.

Mecze z Japonią i Serbią jeszcze przed MŚ uważano za kluczowe dla późniejszych losów reprezentacji w całym turnieju. Po dwóch pierwszych porażkach przyszedł moment zwątpienia i załamania?

– Z pewnością byłyśmy podłamane, że przegrałyśmy te dwa mecze, bo naprawdę były kluczowe. Mogły otworzyć nam drogę nawet do „czwórki”. Później starałyśmy się nie myśleć o tych porażkach, każdy kolejny mecz traktować tak, jakby był pierwszy na tym turnieju i wygrywać tak często, jak się da.

Miejsca 9-12 zajęły Polska, Chiny, Holandia i Kuba. Równie dobrze taki skład mógłby stanowić najlepszą „czwórkę” turnieju. To pokazuje, że nasza reprezentacja miała szansę na lepszy wynik. Nie byłyście nim zawiedzione?

– Mogłyśmy grać o miejsca 5-8. Może gdyby mecze z Japonią i Serbią potoczyły się inaczej, byłybyśmy na miejscu Japonek? Kto wie. Dziewiąte miejsce to też dobry wynik.

Najlepszy od 36 lat.

– Na razie tak i trzeba się cieszyć, że co imprezę kadra idzie do przodu. Mam nadzieję, że za cztery lata znajdziemy się blisko podium. Nie ma co gdybać, tylko trzeba cieszyć się z tego, co ugrałyśmy.

Twoje oczekiwania wobec gry w meczach MŚ pokryły się z rzeczywistością?

– Zdawałam sobie sprawę, że nie będę miała częstych okazji do gry i wizyt na parkiecie. Dla mnie sukcesem był każdy występ. Rozegrałam cały mecz z Algierią, część meczu z Kostaryką, nawet z Serbią weszłam na kilka akcji. Pobyt na takiej imprezie traktuję jako sukces. Przecież mam dopiero 20 lat i…

(w tym momencie pojawił się trener Christian Verona, przekazując Asi Wołosz kilka informacji przyp. MRS).

Kontynuuj, proszę.

Zgubiłam wątek (śmiech).

Opowiadałaś o swoich odczuciach.

– Właściwie samo znalezienie się w ścisłej kadrze na mistrzostwa świata to dla mnie ogromne wyróżnienie.

Trener Jerzy Matlak to rzeczywiście tak wybuchowy i konfliktowy człowiek, na jakiego kreują go media? Ciężko się z nim dogadać?

– Czy ciężko się z nim dogadać? Nie wiem.

To spytam inaczej: czy Ty miałaś z tym problemy?

– Nie doszło do zbyt wielu takich sytuacji. Nie przebywałam zbyt często na boisku, więc nie słuchałam uwag, które trener przekazywał dziewczynom. Ja się cieszę, że pojawiłam się w kadrze i poznałam sposób pracy trenera. Nie chcę mówić zbyt wiele dobrego ani złego na ten temat.

Ale jakieś porównanie masz, bo Rafał Błaszczyk to zupełne przeciwieństwo Jerzego Matlaka. Bardzo kontaktowy człowiek.

– To prawda, z trenerem Błaszczykiem można porozmawiać o wszystkim, jeśli tylko ma wolną chwilę.

Trenerowi Matlakowi zarzuca się też to, że w czasie przerw nie potrafi przekazać siatkarkom żadnych cennych uwag.

– No dobrze. Dziewczyny miały problem i pretensje, że trener nie potrafi im pomóc, że rzuca suche uwagi, które nie mają żadnego przełożenia na boisku, a one nie wiedzą, co mają robić. Nie chcę się wypowiadać zbyt dużo na ten temat, bo nie miałam częstej możliwości, by posłuchać rad trenera.

Z Twoich słów wyłania się obraz szkoleniowca, dla którego liczą się tylko kluczowe zawodniczki, a reszta pozostawiona jest sama sobie. Czułaś, że trener się Tobą nie przejmuje?

– Może tak było, a może nie. Dla mnie rozdział mistrzostw świata został zamknięty, więc trudno mi o nim teraz mówić. Staram się nie myśleć już o turnieju, a skupić na treningu. Zanim zacznie się liga, chcę doszlifować wszystkie elementy, które mogę. Po to, żeby w lidze prezentować się z dobrej strony i znów otrzymać powołanie do kadry. Tegoroczną nominację potraktowałam jako wyróżnienie, ale w nadchodzącym sezonie mam zamiar być jeszcze lepsza.