Przeskocz nawigację

Uważam to za nietakt, jeśli ktoś sobie pozwala porównywać mnie po trzech meczach do poprzedniego trenera, który pracował tu kilka lat. I tak się zastanawiam, kto to jest, że mnie o to pyta? Wie pan, czasem można zadać pytanie, ale jest to pytanie nie na miejscu albo zadane przez człowieka, który szuka kwadratowych jaj.

OREST LENCZYK: – To, co ma pan tam napisane (Orest Lenczyk wskazuje na otwarty notatnik – przyp. MRS), to wszystko są pytania?

Kilka tematów, które chciałbym poruszyć.

– Mam nadzieję, że to nie są notatki o mnie.

Chcę raczej porozmawiać o grze Śląska Wrocław.

– O mnie już napisano i powiedziano tyle historii, że wystarczy.

W takim razie zacznę od słów…

– Kogo?

które powiedział Pan kiedyś. „Jak jest bardzo źle, trzeba uwierzyć. Jak jest tak dobrze, jak teraz, trzeba zwątpić”. Po pięciu ligowych meczach bez porażki w Śląsku nadal trzeba wierzyć czy już należy wątpić i uważać, żeby zawodnicy nie nosili głów zbyt wysoko?

– Uważam, że przed każdym meczem jest wątpliwość. Trzeba to uszanować, ale robię wszystko, by zbliżając się do kolejnych była coraz mniejsza. Oczywiście do rozpoczęcia meczu, bo tej wątpliwości nie można tak podgrzewać, aby w czasie meczu być przestraszonym i nie wierzyć. To pierwszy stopień do porażki.

Gdy obejmował Pan Śląsk siedem tygodni temu, wątpliwość w oczach i głowach zawodników była większa niż obecnie?

– Patrzyłem, słuchałem, oceniałem, wyciągałem wnioski. Dużo czasu nie było, bo za kilka dni graliśmy mecz, a potem kolejny. Przygnębiająca sytuacja i miejsce w tabeli były tak negatywnymi czynnikami, że starałem się robić wszystko, by nie zaglądać w tabelę, a jednocześnie przekonywać zawodników, że wielu z nich grało bardzo dobre mecze w swojej karierze. Jeżeli wielu z nich jest w takim wieku, że powinni grać najlepsze spotkania w swojej karierze, to absolutnie będę starał się im pomóc, by ich strona fizyczna, mentalna oraz chyba najważniejsze, czyli taktyka, w każdym momencie na boisku przypominała, że gra się o zwycięstwo.

Po udanym początku podtrzymuje Pan zdanie, że gdyby wiedział o stanie przygotowania do gry poszczególnych zawodników, to…

– To podejmowałbym inne decyzje. Ktoś to poprzekręcał i w dalszym ciągu widzę, że po dwóch, trzech tygodniach pan wraca do tego. Oczywiście, że podejmowałbym inne decyzje, bo wtedy nie wiedziałem prawie nic. To, że oglądałem trochę zespół w telewizji i znałem zawodników z poprzedniego sezonu, to w sumie okazało się już dużo, ale za mało, żeby rozpocząć pełną parą. Tym bardziej sprawdziwszy, w jakim miejscu są zawodnicy pod względem motoryki, uznałem, że mimo zastrzeżeń do poszczególnych piłkarzy, trzeba grać tak, aby w ciągu 90 minut nie zapominać, że przed meczem mamy jeden punkt. Również aby uchronić zespół i go utrzymać, naprawdę trzeba wykonać sporą robotę na boisku. A sprawa zdobywania bramek? Może okazało się, że – po pierwsze, nie jest to takie proste w aktualnej formie zawodników, a po drugie, po kilku tygodniach straciliśmy Diaza, czyli znów mamy nie ten atak, który startował na początku rundy. W międzyczasie kilku zawodników ruszyło z formą i mam nadzieję, że znajdują się w takim miejscu, że stać ich jeszcze na lepszą grę.

Te rezerwy tkwiły w psychice i przygotowaniu fizycznym piłkarzy?

– W każdym elemencie i nie chodzi o to, by uważać się za mądralę i krytykanta wszystkiego, co się robiło. Zawsze w sytuacji kilku kolejnych porażek coś się dzieje nie tak. Ja doskonale pamiętam, że miałem najwięcej kłopotów w ciągu najbliższego tygodnia do kolejnego meczu po wygranej. Wówczas panuje radość, optymizm, jest podniesiona głowa, ale to wszystko trzeba sprowadzać na ziemię, bo za kilka dni jest następny mecz. Teraz nie mamy porażek, jest pewna seria nieprzegranych meczów, ale staram się absolutnie dawać do zrozumienia, że to było, a weryfikacją pracy jest najbliższa kolejka. Mamy szansę, i mogę powiedzieć to wprost, zakończenia tej rundy z pełnym honorem. Mnie, jako trenerowi, bardzo na tym zależy.

Z drugiej strony ten optymizm po zwycięskich meczach można wykorzystać, by zawodników zachęcić do jeszcze cięższej pracy.

– I to odczuwam na treningu. Mam szacunek do zawodników, którzy po pierwszych treningach popatrzyli i pomyśleli: „co tutaj się dzieje?”, jednak zaakceptowali to, co robimy. Nie chcę powiedzieć, że robimy jakieś cuda, ale może wykonujemy rzeczy niepopularne w okresie startowym, które dają nam szansę doskonalenia formy w ten sposób. Nie chodzi o to, by wybiegać na boisko i tylko grać w piłkę. Chodzi o to, by po każdym meczu dać piłkarzom odpocząć, ale doprowadzić ich do najwyższej formy na kolejne spotkanie w inny sposób.

Po rozpoczęciu pracy nie dziwiły Pana pytania o taktykę? Wielokrotnie porównywano Śląsk pod wodzą Ryszarda Tarasiewicza i Śląsk pod skrzydłami Oresta Lenczyka i próbowano nakłonić Pana do odpowiedzi na pytanie, czy będzie pracował nad jednym systemem czy ustawienie będzie zależne od przeciwnika.

– Uważam to za nietakt, jeśli ktoś sobie pozwala porównywać mnie po trzech meczach do poprzedniego trenera, który pracował tu kilka lat. I tak się zastanawiam, kto to jest, że mnie o to pyta? Fakt, że ktoś jest dziennikarzem, nie znaczy, że pozjadał wszystkie rozumy dotyczące taktyki i tego wszystkiego, co na co dzień powinno się robić z drużyną i tego, co powinno się wykonywać z pewnym wyprzedzeniem. Oprócz bieżących zadań, istnieje pewna strategia pracy, które nie pozwala zapominać, że po każdym meczu jest następny. W sytuacji, gdy tych meczów jest coraz mniej, sprawą absolutnie najważniejszą w momencie objęcia zespołu przeze mnie oraz Marka Wleciałowskiego jest ilość zdobytych punktów. Jeżeli teraz oglądam mecz Lecha Poznań z Polonią Warszawa, mogę powiedzieć, że to jest wspaniały poziom. Ale grają drużyny, które w dalszym ciągu mają walczyć o mistrzostwo Polski. Taki miały cel przed sezonem, a gdzie są tabeli? Tam, gdzie są. Jeśli Śląsk krytykowało się również za mojej bytności, to daj Bóg, byśmy po najbliższym meczu z Górnikiem (rozmowa przeprowadzona przed sobotnim spotkaniem – przyp. MRS) mieli 16 punktów, bo to stworzy nam możliwość bezpośredniego kontaktu z drużynami środka tabeli. A to już będzie coś.

Mnie te pytania bardziej dziwiły z tego względu, że…

– Ja jeszcze raz wracam do tego, kto pyta. Wie pan, czasem można zadać pytanie, ale jest to pytanie nie na miejscu albo zadane przez człowieka, który szuka kwadratowych jaj.

Mnie zdziwiło to tylko dlatego, że w szanującym się klubie przed każdym meczem przeciwnik powinien być rozpracowywany, a taktyka zespołu ustawiana pod niego.

– Tak powinno być. My robimy to, na co nam warunki pozwalają, ale w aktualnej sytuacji najbardziej interesowały nas możliwości poszczególnych zawodników. To, jak będzie grał przeciwnik, jest bardzo ważne i przed meczem trzeba to powiedzieć. Potem podczas meczu okazuje się, że różnie to wygląda, a my odpowiadamy za zespół, który prowadzimy i dosłownie po pięciu, dziesięciu minutach widzimy, czy założenia są realizowane. To przypomina pojazd, który przed meczem niby ma doskonałe warunki do wspaniałej jazdy, a po drodze zaczynają się problemy. Utrata bramki powoduje, że ten pojazd zaczyna się chwiać. Mam ogromny szacunek do zawodników choćby za mecz z Polonią Warszawa, w którym grali do końca i nie przegrali. Mecz w Bełchatowie był meczem bardzo trudnym z uwagi na błotniste boisko. Nie trenowaliśmy przez kilka tygodni na mokrej nawierzchni. Wiedziałem, że to nie będzie walka pod względem umiejętności piłkarskich na wysokim poziomie. Szacunek dla piłkarzy, że w tych warunkach powalczyli o jak najlepszy wynik, a zdobywszy bramkę włożyli wiele sił, by ten mecz doprowadzić zwycięsko do końca.

Te możliwości indywidualne są obecnie większe niż gdy obejmował Pan zespół? Z pewnością przeprowadził Pan kolejne testy po kilku tygodniach.

– Kolejne testy nie dadzą odpowiedzi, czy ktoś gra lepiej czy gorzej. Są tylko wskazówką dla trenera, jakie obciążenia ma aplikować zawodnikom. Natomiast widać, że istnieje kilka pozycji – trzy, cztery, na których dochodzi do zmian. Raz gra ten, innym razem tamten. Istotne jest, że nastąpiła stabilizacja na sześciu pozycjach. No, na pięciu na pewno. To jest istotne, ponieważ ci zawodnicy już trochę ze sobą grają, a chodzi o to, by swoje doświadczenie i praktyczną stronę rozwiązywania akcji na boisku doskonalić. Każda zmiana w tym ustawieniu jest dowodem, że nie mamy w tej chwili jedenastki, którą „w ciemno” można wpuścić do grania. Nawet patrząc na treningi w tygodniu, mamy kilka wersji składu na najbliższe mecze.

Mówiąc o stabilizacji, ma Pan na myśli linię obrony, która ostatnio spisuje się dobrze? Dyspozycja całej defensywy w dużej mierze zależy od powtarzania poszczególnych schematów.

– Z pewnością, chociaż przed meczem z Bełchatowem mieliśmy problem i nawet trzech podstawowych zawodników defensywy mogło nie zagrać. Po kontuzji, która mogła wykluczyć go z występu w Bełchatowie, wrócił Krzysiu Wołczek. Jest przeambitnym zawodnikiem. Z kolei Tadziu Socha bodaj pierwszy raz w tej rundzie grał na prawej obronie, choć z tego co pamiętam jest… prawym obrońcą. Ta defensywa grała skutecznie, nie straciła bramki, ale dopuszczaliśmy do wielu sytuacji, w których przeciwnik znajdował się zbyt blisko bramki i zbyt łatwo zdobywał miejsca w pobliżu rogów „szesnastki”, z których dośrodkowywał. A jeżeli przeciwnik oddaje w kierunku naszej „szesnastki”, a nawet „piątki”, około 40 dośrodkowań, to przyczyna takiej gry obronnej zaczyna się w okolicach trzydziestego metra. Tam są, w cudzysłowie, przecieki, czyli przeciwnik drybluje, łatwo dośrodkowuje, a my nie nadążamy z podwojeniem krycia. Jeśli umożliwiamy mu łatwe dośrodkowanie, to potem – nie chcę powiedzieć, że przypadkowo, bo to się w meczach często zdarza – takie dośrodkowanie wpada wprost na głowę napastnika i obrońca nie ma szansy. Oczywiście, po tym co się wydarzyło w Krakowie i Bełchatowie, czyli około 40 dośrodkowań w nasze pole karne, to szacunek należy się szczególnie środkowym obrońcom, ponieważ wygrywali prawie wszystkie powietrzne pojedynki.

Rotacja w składzie, powrót Dariusza Sztylki i Tadeusza Sochy czy awans z zespołu Młodej Ekstraklasy Dawida Abramowicza, to, abstrahując od ich formy, także element psychologiczny? Chce Pan powiedzieć: pracujcie, bo każdy ma szansę?

– Czasem nie mam wyjścia, a czasem dwóch lub trzech piłkarzy w danym momencie znajduje się w jednakowej formie. To też jest loteria, jak zagra po wyjściu na boisko. Ja mogę mieć zastrzeżenia co najmniej do dwóch zawodników, że w Bełchatowie nie grali tak, jak na to liczyłem, ale wynik był jaki był. Rozmawiamy z piłkarzami na ten temat. Musimy być otwarci nawet na krytykę, ponieważ na ławce siedzą zawodnicy, którzy na to patrzą i widzą, że ktoś nie gra tak dobrze, by można było go pochwalić i liczą, że w następnym meczu dojdzie do zmiany.

Gdy przychodził Pan do Wrocławia, zespół był niemal na dnie. Teraz…

– Nadal jest na dnie.

Zgadza się, ale w pięciu ostatnich spotkaniach, mimo iż miejsce w tabeli tego nie pokazuje, zdobył 9 punktów.

– Podsumuję to w ten sposób: jesienią absolutnie gra się o punkty. Z tego co pamiętam, w każdym meczu trzeba o nie walczyć, by zespół w przerwie zimowej zweryfikował plany, a wiosną grał o konkretne miejsce, bo wtedy dochodzi do różnych niespodzianek. Jeden zespół przygotuje się lepiej do sezonu, a drugi gorzej. Wtedy jest szansa na kalkulacje, które miejsce można zdobyć.

Żeby te szanse zwiększyć, zimą może dojść we Wrocławiu do małego wietrzenia składu? Ma Pan z pewnością zdanie na temat piłkarzy Śląska i ich przydatności do drużyny.

– Wszyscy zawodnicy, których mam obecnie w kadrze, są mi potrzebni do ostatniego meczu z Jagiellonią.

To znaczy, że…

– Skończyłem temat.

To wróćmy do tematu Vuka Sotirovicia. Po meczu z Wisłą w Krakowie rzeczywiście zareagował nerwowo na fakt, że przesiedział 90 minut na ławce rezerwowych?

– Po co go ponownie rozgrzebywać?

– Kibice mają prawo wiedzieć, jak było naprawdę. Spotkał się Pan z Serbem, by o tym porozmawiać?

– Ja się z nim codziennie spotykam.

– To oczywiste, ale przed jednym z meczów mieli Panowie wyjaśniać sobie nieporozumienia w cztery oczy.

– Nie mam zamiaru brać zawodnika na dywan i udowadniać mu, że ja jestem trenerem, a on tylko piłkarzem. Potwierdzam, że Vuk, widząc co się dzieje, lepiej trenuje. Jest napastnikiem, który zdobywa bramki i moim obowiązkiem jest to, by grał. Po meczach zawsze wszyscy są mądrzy i uważają, że na boisko wyszedł nie ten skład. Mając obecną kadrę, a dodam, że w ataku właśnie odpadł Diaz, staram się na co dzień tak prowadzić zespół, by żadnego zawodnika nie stracić z byle jakiego powodu. Ja nie mam zamiaru udowadniać swojej racji i robić z siebie wielkiego trenera, ale też nie pozwolę, by żaden piłkarz dawał do zrozumienia, że jest aż tak wielki, że bez niego Śląsk przestanie istnieć. W obu przypadkach musi zostać zachowana pewna równowaga.

Z mojej strony to wszystko. Bardzo dziękuję za rozmowę.

– (W tym momencie Orest Lenczyk długo wpatruje się w stojąca na stole filiżankę – przyp. MRS) Zaaferowałem się rozmową, ale przez cały czas wiedziałem, że coś mi nie pasuje, że o czymś zapomniałem.

O czym?

– Herbaty nie posłodziłem. (Orest Lenczyk po chwili wskazuje na drugą filiżankę) Ja już muszę iść, ale pan niech sobie spokojnie dopije. Na mnie czeka Marek (Wleciałowski – przyp. MRS). Mamy dziś dużo pracy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: