Przeskocz nawigację

– Na stadionie jestem codziennie. Chodzę na spacery, robię kółka po okolicy. Lekarz mi zalecił, bez tego ciężko by z moim zdrowiem było. Zachodzę na Oporowską, tam pan Wiesiek pracuje, który dba o murawę. Przywitam się z nim, bo przecież byłem jego trenerem, znamy się. Dlaczego tam chodzę? Z sentymentu. Chociaż murawy mogę dotknąć.

– Mistrzu, jest coś do mnie? – mówi na klatce schodowej do listonosza pan Paweł. – Nie, szefie, dziś nic. Jeśli ktoś powinien się w tej sytuacji zwracać do kogoś per „mistrzu”, to na pewno nie Śpiewok. On swoje już w życiu osiągnął. Prowadzi mnie na pierwsze piętro bloku przy ul. Szczęśliwej. Po drodze mijamy jeszcze gościa, dla którego mimo przedpołudniowej pory ten dzień mógłby już się skończyć, tak jest urżnięty, i wchodzimy do małego mieszkania państwa Śpiewoków. Małżonki nie ma w środku, jest za to mały piesek, ale wątpliwe, żeby pilnował dobytku. Ewidentnie nie jest do tego stworzony. Może przydałby się, kiedy panu Pawłowi okradano piwnicę z dorobku jego życia. Nie poginęły żadne rowery, meble i drogie rzeczy, bo życiem pana Pawła była i jest piłka nożna. Złodzieje połasili się na trochę pucharów, statuetek, zdjęć i wycinków, czyli tak naprawdę zabrali to, co dla Śpiewoka stanowi największą frajdę do dziś. Jednak część z nich się uchowała.

Pan Paweł w tym roku skończy 71 lat, ale jego serce nadal bije dla futbolu. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Na stole aktualny numer „Przeglądu Sportowego”, tematem na topie jest akurat wyrzucenie Vuka Sotirovicia z cypryjskiego zgrupowania Śląska Wrocław. Śpiewok natychmiast mnie zagaduje. – Co sądzisz o tej całej sprawie? Ja sam nie wiem, co mam myśleć. Do końca nie wiemy, jak tam było, ale Lenczyk sobie nie pozwoli na takie numery. Zawsze mówiłem, że w drużynie muszą być piłkarze spokojni i narwańcy, ale ten to chyba przesadził. Czasami byłem świadkiem, jak schodził do szatni po treningu, klął na prawo i lewo, a do kolegi potrafił rzucić tylko krótkie „spierdalaj”.

Na meblach stoi kilka pucharów, ścianę zdobi parę dyplomów. Moją ciekawość wzbudza jednak zawartość barku. Za szybą nie ma alkoholu. Jest za to serwis do kawy, na dzbanku i każdej filiżance herb Śląska Wrocław. Serwis wysłużony, widać szczególnie po herbach, że czas odcisnął na nim piętno. Pan Paweł do rozmowy jest przygotowany perfekcyjnie. Opowiadania i anegdoty to rzecz gustu, ale wszystkie wycinki, zdjęcia i pamiątki leżą przygotowane na stole. – A jak czegoś zabraknie, to znajdę tutaj – mówi i otwiera pufę, gdzie ma schowane wszystkie materiały. Trzeba powiedzieć, że Śpiewok to bardzo skromny człowiek. Długo nie docierało do niego, że ja tu po jego historię przyszedłem, a nie Śląska i boiskowych kolegów. Że te wszystkie składy, zdjęcia i statystyki to świetny dodatek. Właśnie, dodatek do głównego bohatera, którym jest on. A pan Paweł przez kilka godzin zachowywał się tak, jakby w całej sportowej przygodzie, którą przeżył, grał drugoplanową rolę. Jakby mówił: „Ja tu tylko sprzątam”

Śpiewok urodził się 16 lipca 1940 r. w Katowicach. Jeśli ktoś spojrzy na polski futbol z lat 60., 70. i 80., to nie będzie miał żadnych wątpliwości, że wielkie piłkarskie talenty przychodziły na świat na Górnym Śląsku. Większość dorastała zazwyczaj w trudnych warunkach, bo w domu się nie przelewało. Co więc zostawało w tych trudnych czasach? Sport. To mniej więcej podobne historie do tych, które poznaje się z biografii mnóstwa brazylijskich piłkarzy. Slumsy, mieszkanie w kartonach, praca od świtu do nocy przy sprzedaży owoców i ryb, żeby jakoś związać koniec z końcem. Tylko że tutaj, zamiast plaży i owoców morza, zostawało gęste, zanieczyszczone powietrze i praca w kopalni. Ryzyko, że któregoś dnia zjedziesz na dół i już nie wrócisz. Żyć inaczej, bezpieczniej i lepiej udawało się tylko nielicznym.

Pan Paweł był jedynym chłopcem spośród czwórki rodzeństwa. Po ojca przyszli i zabrali go na wojnę. Matka musiała więc biegać od jednej roboty do drugiej, żeby utrzymać rodzinę. Sprzątała, imała się dorywczych zajęć. Pomagał też dziadek, ale było jasne, że mały Paweł musi szybko nauczyć się prawdziwego życia. – Szukaliśmy sposobów na zarobek, bo na Śląsku nie było miodu. Brało się drzewa, zapinało je specjalnym metalem i sprzedawało. No i wiadomo, na hałdy się po węgiel chodziło – wspomina Śpiewok. Chodziło się też na boisko. Dla wielu dzieciaków to była jedyna rozrywka, ucieczka od szarej rzeczywistości. Tam, gdzie mieszkał, czyli w dzielnicy Zawodzie, było dwóch talenciaków: on i Joachim Stachuła. Obaj bardzo zdolni, ciekawy materiał na piłkarzy. Dla pana Pawła nie było większej świętości niż futbol. Nawet Bóg musiał zaczekać, aż skończy się mecz. Dopiero wtedy mógł liczyć na chwilę uwagi. Śpiewok śmieje się z tego do dziś. – Jak miałem 8 lat, to ze świeczką uciekłem, bo szedłem do I Komunii Św. Po nabożeństwie, zamiast do domu, pobiegłem na boisko. Musiałem mecz rozegrać. Jak skończyliśmy, to dopiero się pokazałem matce. Ona stała już w drzwiach i mówi: Paweł, wszyscy goście na ciebie czekali, a ty na mecz pobiegłeś! Ale taki człowiek był, wiesz. Na podwórku ustawialiśmy bramki i graliśmy dzielnica na dzielnicę – mówi. Na każdym z takich meczów roiło się od trenerów. Przychodzili, oglądali, po niektórych chłopaków wracali i mówili: młody, dobry jesteś, przyjdź jutro na trening. Śpiewokowi i Stachule się poszczęściło. Zostali zauważeni i dostali angaż w drużynie trampkarzy Kolejarza Katowice.

W Kolejarzu Śpiewok pokonywał kolejne szczeble drużynowej hierarchii, którą często układano w najprostszy sposób – na podstawie wieku. Wraz z nim rosły też szanse na zaistnienie w poważnej piłce. A przesłanki ku temu, że w futbolu Śpiewok coś osiągnie, były niemałe, ponieważ dostawał regularne powołania do reprezentacji Górnego Śląska. Gra w jej barwach stanowiła wtedy wielki prestiż, bo na zgrupowania nie jeździł byle kto. Starannie wyselekcjonowana grupa. Zresztą, wystarczy spojrzeć na nazwiska piłkarzy, którzy stanowili reprezentację województwa. Pierwsi z brzegu – Józef Gałeczka, Eugeniusz Faber, Joachim Stachuła, Eugeniusz Lerch. Same legendy. Dziesiątki występów w reprezentacji Polski, setki meczów w ekstraklasie. Wielu zawodników kopiących dzisiaj piłkę marzy, żeby zagrać tyle razy w polskiej lidze, ile oni strzelili w niej bramek. Śpiewok występował u ich boku. Wierzył, że piłka da mu godne życie. Jednak nic za darmo. Standardem w tamtych czasach była druga, czasem nawet trzecia praca, jeśli za pierwszą uznać futbol. – Kolejarz załatwił mi etat na Torkacie, to było katowickie lodowisko, bo jego dyrektorem został mój znajomy. Pomagałem w maszynowni, jednocześnie chodząc na treningi. Człowiek zawsze znalazł na wszystko czas, młody był – opowiada Śpiewok. – Wieczorami w pracy często nie miałem co robić, więc kumpel za którymś razem mówi: Paweł, chodź tutaj, mamy sprzęt bramkarski, postrzelam ci. Weszliśmy na lodowisko, tylko że ja w gumowych butach, i tak graliśmy. Z góry obserwował nas Alfred Gansiniec (dwukrotny olimpijczyk, szkoleniowiec reprezentacji Polski, 47-krotny reprezentant kraju – przyp. MRS), trener Górnika Katowice. Nagle krzyczy: Ej, chopak, chodź tu, ino ja ci dam na łyżwy. Dostałem pieniądze, kupiłem łyżwy i zacząłem uczyć się na nich jeździć.

W ten sposób rozpoczął przygodę z hokejem, jednocześnie pracując i grając w piłkę. Wyobrażacie sobie taką sytuację dzisiaj? Mariusz Czerkawski albo Krzysztof Oliwa występują w Polskiej Lidze Hokeja. W tym samym czasie pracują w jakiejś firmie, a każdy z nich marzy o kontrakcie w dobrym klubie z Europy lub NHL. Nagle Czerkawski zaczyna dodatkowo trenować w zespole piłkarskim, a Oliwa stawia na karierę bokserską, do bicia to on akurat by się nadawał. Rzecz tak bardzo wątpliwa, że właściwie niemożliwa. Jednak lata 50. rządziły się swoimi prawami. Za uprawianie sportu na wysokim poziomie często nie dostawało się pieniędzy, bo w zamian czekały etaty w państwowych firmach. – I to z zaznaczeniem, że część zarobków szła do klubu, a reszta trafiała do nas – dodaje pan Paweł. W Górniku Katowice, podobnie jak w Kolejarzu, musiał czekać na swoją kolej. Najpierw był trzecim bramkarzem, potem drugim, aż wreszcie mógł założyć bluzę z numerem 1. Dzielił ją wespół ze znakomitym Józefem Wacławem. Obojętnie obok udanych interwencji Śpiewoka nie przeszedł selekcjoner młodzieżowej reprezentacji Polski. Nastolatek dostał zasłużone powołanie. – Grałem w lidze i reprezentacji Polski, a wtedy była to wielka sprawa. Matka się cieszyła, ja też, ponieważ mogłem jej pomóc, gdy byłem na swoim garnuszku. Pakowałem walizkę, wyjeżdżałem z domu i wracałem z powrotem. Na Śląsku to było wtedy… oj, ja pierniczę, jakie wyróżnienie. Dla całej rodziny święto niesamowite, coś wielkiego. Zresztą sama gra w Górniku Katowice to był ogromny prestiż – wspomina pan Paweł. Wówczas sprawa tytułów mistrza Polski co roku rozstrzygała się między Górnikiem właśnie, a Legią Warszawa. W końcu nadszedł 1960 r. i mistrzostwo Polski dla katowiczan. Dla Śpiewoka trofeum tym ważniejsze, że zdobyte z jego sporym udziałem.

Po przygodzie z Torkatem pracował później w kopalni. Jako kalfaktor, człowiek do robót na powierzchni i nie tylko. – Wchodziłem do magazynu, ładowałem narzędzia, a potem jeździłem z nimi na dół. I tak w kółko – tłumaczy. A jeśli ktoś miał wówczas etat w kopalni, nie mógł być wzięty w kamasze. Dlatego kiedy Śpiewoka przeniesiono na kolej, żeby sprawował tam funkcję elektryka, zainteresowało się nim wojsko. Zgodnie z zasadą: „Jeśli nie możesz pokonać wroga, to się z nim zaprzyjaźnij”, po Śpiewoka wybierano się z Warszawy. Miał grać w hokeja w stołecznej Legii. Ostatecznie nic z tego nie wyszło z bardzo prostej przyczyny – zwykłego kantu. Jeden z lekarzy założył panu Pawłowi gips na nogę. Zdrową nogę. – Zrobił to, popatrzył i mówi: no, to teraz cię nie wezmą. Zadzwonisz do Warszawy, że jesteś chory i masz nogę w gipsie – przypomina. Tak zrobił. W tym samym czasie zainteresował się nim Śląski Okręg Wojskowy. – Przyjechała WSW. Matka to zobaczyła i mówi: masz tutaj nóż, rozcinaj to cholerstwo, wsiadaj do pociągu i jedź. To była zima 1960 roku. Kto idzie 18 grudnia do wojska? – pyta z uśmiechem.

Wylądował we Wrocławiu, gdzie wojsko chowało go w jednostce na Klecinie. A dokładniej w kuchni. Potem pana Pawła przeniesiono do kompanii sportowej, która znajdowała się przy ul. Powstańców Śl. – Wszędzie zawodnicy. Pełno lekkoatletów, koszykarzy, piłkarzy. Do Śląska brali tylko najlepszych – mówi Śpiewok. Pokój dzielił z legendarnym koszykarzem WKS Mieczysławem Łopatką. Natomiast do drużyny piłkarskiej, występującej w II lidze, trafił razem ze Stachułą, kolegą z podwórka. Skoro wspólnie za młodu walili piłką w trzepak, dlaczego tak samo nie miałoby być we Wrocławiu? Rówieśnicy, obaj urodzeni w 1940 r. Mało tego, podczas gry w Śląsku w ręce koleżeńskiego duetu trafiły powołania do młodzieżowej reprezentacji Polski. Śpiewok zagrał z orłem na piersi pięć razy. W „młodzieżówce” zdążył pokonać 1:0 NRD, a debiutował nieco wcześniej przeciwko Rumunii. W seniorskiej reprezentacji nigdy nie wystąpił, w przeciwieństwie do Stachuły, który zaliczył w niej jeden występ – w wygranym 3:1 wyjazdowym meczu z Turcją w 1969 r. Dla wrocławskich kibiców najważniejszy był fakt, że Śląsk w sezonie 1963/64 wywalczył historyczny, bo pierwszy, awans do I ligi. Właśnie ze Śpiewokiem i Stachułą w składzie. W debiutanckim sezonie obaj wpisali się na stałe do historii klubu. Stachuła zdobył pierwszą bramkę w historii występów Śląska w najwyższej klasie rozgrywkowej – wykorzystał rzut karny w spotkaniu z Gwardią Warszawa. Śpiewok, nie dość, że zagrał wszystkie mecze w pełnym wymiarze czasowym, to jest również pierwszym zawodnikiem WKS, który strzelił dwie bramki w jednym spotkaniu w ekstraklasie. Dokonał tego w meczu z Górnikiem Zabrze (3:6), niestety, były to trafienia na 1:3 oraz 2:5. Jak się okazało, pan Paweł na zabrzan miał patent, bo jeszcze w tym samym sezonie wyczyn powtórzył. Działo się to za czasów trenera Władysława Giergiela. Ci, którzy znali szkoleniowca, uważali go za wspaniałego człowieka. Zarażał pasją do futbolu, opowieściami z boiska sypał jak z rękawa. – Zawsze żartował. Spotykaliśmy się rano w kawiarni albo w Orbisie. Dyskutowaliśmy, rozwiązywaliśmy problemy. Trener to był taki, jak ja to mówię, przyjaciel humorysta, zawsze jakieś kawały opowiadał. Zawsze mówił: „Jak chujowi dziób przyprawić, nigdy orłem nie będzie”, he he. Żarty ciężkie, ale w drużynie panowała dobra atmosfera – śmieje się Śpiewok. – Później, w latach 70., też się o nią dbało. Żartów sporo było, bo uważam, że atmosfera to podstawa, no nie? Kalinowskiemu zawsze kamienie do torby wkładałem. Dźwigał i krzyczał: „Kurwa, czemu to takie ciężkie?” – dodaje. Jeden z dziennikarzy dostał polecenie, że ma zdobyć wszystkie pseudonimy zawodników Śląska. Zadanie wykonał perfekcyjnie, a przy okazji kibice dowiedzieli się, że pan Paweł to we wrocławskiej szatni po prostu „Kwadracik”. – Czemu? Bo byłem dość nabity, sam widzisz na zdjęciach. Tak krzyczeliśmy do siebie, jeden do drugiego. Żmuda to był „Profesor”, Brola ochrzczono „Bamber”, a mnie nazywali „Kwadracik” – wyjaśnia.

Giergiel odszedł w końcu z Wrocławia. Po pewnym czasie objął Motor Lublin i ściągnął Śpiewoka do swojego zespołu. Pan Paweł w sezonie 1969/70 strzelił w Lublinie 6 bramek, w kolejnym – jedną. Co ciekawe, w 2005 roku „Kurier Lubelski” umieścił go w gronie kandydatów do tytułu najlepszego piłkarza w historii Motoru. Kiedy Śpiewok się o tym dowiaduje, nie kryje przyjemnego zaskoczenia. – Tak? – uśmiecha się. – Zupełnie o tym nie wiedziałem. Widzisz, to miło, że pamiętają. Po krótkim epizodzie na Lubelszczyźnie wrócił na Dolny Śląsk. Nie na długo, bo w 1973 roku wyjechał do USA. Konkretnie do Chicago. W latach 70. trzeba było się sporo napocić, żeby zdobyć paszport i wizę. Śpiewokowi pomógł Wojciech Łazarek, który pracował wówczas w Lechu Poznań. „Baryła” załatwił więc dokumenty, a za oceanem czekał już Henryk Apostel. Wyjechać wtedy z Polski do USA to jak trafić szóstkę w totka. Inne pieniądze, lepsze życie i perspektywy. W polonijnej drużynie „Eagles”, czyli „Orłów”, Śpiewok i Apostel wymieniali się funkcjami. Kiedy jeden prowadził treningi z pierwszą drużyną, drugi doglądał juniorów. I odwrotnie. Podobnie jak przed laty na Górnym Śląsku, tak w USA Śpiewok również złapał etat. Tym razem pracował jako barman. Gdy jechał na zajęcia lub mecz, zastępowali go koledzy. Z czasem w Ameryce powstała całkiem liczna kolonia przybyszów z Polski, którzy doskonale wiedzieli, jak obchodzić się z piłką. Jeden ściągał drugiego, drugi trzeciego, a ten kolejnego. Jak w łańcuszku. – Takie czasy były, więc sobie wzajemnie pomagaliśmy – tłumaczy pan Paweł. Właśnie, „Pan Paweł”, bo taki pseudonim zyskał w Stanach. W publikacjach z owych czasów, dotyczących jego pracy z dala od kraju, wyrażano się o Śpiewoku w ten sposób. – Z szacunku do mnie. Jak rodzice chłopaków, którzy u nas grali, pracowali od 8 do 20, to się podjeżdżało samochodem pod dom i zabierało do klubu. Naprawdę byli mi za to wdzięczni – mówi. Ponadto pod jego wodzą juniorzy Eagles zdobyli dwukrotnie tytuł mistrza Ligi Juniorów, wygrali także mistrzostwo stanu Illinois. „Paweł Śpiewok w ciągu dwuletniego pobytu był nie tylko czołowym zawodnikiem i trenerem, ale przyjacielem piłkarzy, jak i wszystkich sympatyków tego sportu. Nic więc dziwnego, że zjednał sobie setki przyjaciół” – tak pisano o nim w jednej z gazet, kiedy wracał do Polski.

Za ocean podróżował jednak często. Potrenował, popracował, zarobił trochę pieniędzy i znów obierał kurs na Polskę. Tutaj czekała na niego przecież rodzina. Poza tym tęsknił za domem. I za Śląskiem, z którym wiąże się słynna historia z roku 1982 r. Trenerem WKS był wówczas Jan Caliński, a swoim asystentem mianował Śpiewoka. W sezonie 1981/82 wrocławianie spisywali się znakomicie, byli rewelacją ligi. Został im ostatni mecz – na własnym stadionie z Wisłą Kraków, a zwycięstwo dawało Śląskowi pewny tytuł mistrzowski. Nawet remis przy korzystnych wynikach innych spotkań mógł ten tytuł zagwarantować. Zespół miał udać się na przedmeczowe zgrupowanie do Sycowa i zrobił to, lecz bez Calińskiego i kilku zawodników. Z drużyną pojechał Śpiewok, a część piłkarzy i działaczy, którzy zostali we Wrocławiu, miała zadbać o to, żeby boiskowe sprawy nie wymknęły się spod kontroli. Wyszło tragicznie, bo Śląsk przegrał 0:1 z Wisłą Kraków, Widzew zremisował w Chorzowie z Ruchem 1:1 i to łodzianie cieszyli się z mistrzostwa Polski. Okazało się, że wiślacy skasowali dwie premie, jednak ta z Łodzi była bardziej zachęcająca. O tamtym przekręcie mówi się do dziś. Na pytania o wspomniane wydarzenia pan Paweł odpowiada niechętnie. Ścisza głos i rzuca tylko: – Nie ma o czym gadać… Widać, że mimo upływu lat, trochę to w nim jeszcze siedzi. Z tamtego sezonu Śpiewokowi pozostała ciekawa pamiątka. Dziennik treningów, a w nim kary dla zawodników, rozkład zajęć, meczów i poszczególnych wyjazdów.

Dziś pan Paweł choruje na serce. Bije ono tylko dzięki specjalnej aparaturze. Niemal codziennie zagląda do pobliskiego szpitala, gdzie lekarze monitorują stan jego zdrowia. Emerytura? Około 1200 zł. Jak mówi Śpiewok, 300 zł na lekarstwa, 400 zł na mieszkanie i zostaje niewiele. Dobrze, że wciąż ma oparcie, także finansowe, w żonie. – Nie ma co narzekać, takie były kiedyś czasy. Niczego nie żałuję – szybko ucina. – Napisz na końcu, że ja marzę o tym, żeby Śląsk postarał się o świetny zespół. Bo może zdarzyć się tak, że będziemy mieć piękny stadion, a nie będziemy mieć drużyny. Przyjdzie na mecz 5 tysięcy kibiców i to będzie tragedia. I tego chyba najbardziej się teraz boję – przyznaje pan Paweł.

– Na stadionie jestem codziennie. Chodzę na spacery, robię kółka po okolicy. Lekarz mi zalecił, bez tego ciężko by z moim zdrowiem było. Zachodzę sobie na Oporowską, tam pan Wiesiek pracuje, dba o murawę. Przywitam się z nim, bo przecież byłem jego trenerem, znamy się. Dlaczego tam chodzę? Z sentymentu. Chociaż murawy mogę dotknąć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: