Przeskocz nawigację

Mariusz Mowlik piłkarzem wybitnym nigdy nie był i doskonale zdaje sobie sprawę, że już nie będzie. Nadrabia sympatią i zdrowym podejściem do życia. Przez kilkanaście lat kariery zebrał sporo przygód, które w tym fachu do standardowych nie należą. No bo nie wszyscy piłkarze mają okazję, żeby stać się rzecznikiem prasowym swojego klubu albo przed treningiem… dmuchać w alkomat. Kiedyś Grecy podrobili jego podpis, żeby mu nie płacić, ale przekręt wyszedł na jaw. Przed tygodniem Mowlik podpisał czteroletni kontrakt z Miedzią Legnica. Własnoręcznie i z własnej woli. Bez przymusu chce pomóc nie tylko w awansie do I ligi, ale również w budowie silnego klubu.

 W Miedzi nie zdążył Pan jeszcze kopnąć piłki, a już zyskał sympatię jej kibiców i władz klubu. Powód pierwszy: udział w negocjacjach ze Zbigniewem Zakrzewskim, który podobnie jak Pan podpisał kontrakt w Legnicy.

MARIUSZ MOWLIK: – Miło mi to słyszeć. Ale tak naprawdę, mimo że z Adrianem (Woźniczką – przyp. MRS.) pomagamy w negocjacjach, wskazujemy i szukamy zawodników do Miedzi, to najważniejszy jest aspekt sportowy, pomoc drużynie na boisku. Chcemy udowodnić, że Miedź zasługuje na I ligę, to jest w tej chwili dla nas najistotniejsze. A że oprócz tego pomagamy w negocjacjach i pozyskujemy zawodników, to druga sprawa.

Powód drugi: Pana usposobienie. Jedna z pracowniczek klubu powiedziała, że piłkarze rzadko robią na niej wrażenie, a Panu się to udało. Cytuję: „Mariusz Mowlik to strasznie pozytywny i zakręcony gość”.

– (śmiech) Może powiem tak: z żadnym klubem, w którym do tej pory grałem, nie rozstałem się w atmosferze skandalu. Nawet jeżeli nasze drogi się rozchodzą, to staram się odchodzić w pozytywny sposób. Takie jest życie piłkarza – raz się jest w jednym klubie, raz w drugim. Z Adrianem Woźniczką i Pawłem Drumlakiem jestem współtwórcą Stowarzyszenia Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów, mamy doświadczenie, wiele znajomości i kontaktów, dlatego służymy pomocą Miedzi Legnica. Ostatnie trzy lata w ŁKS-ie to dla mnie zakręcony czas. Był moment, że zająłem się tylko sprawami sportowymi, a później zostałem oddelegowany jeszcze do jakichś spraw marketingowych. Zyskałem bagaż doświadczeń.

Ma Pan teraz okazję dołożyć jeszcze powód nr 3, jeśli przyzna się, że był pod wrażeniem atmosfery, jaka panowała w Legnicy podczas meczu Miedzi z Chojniczanką. Takie słowa wówczas padły z ust któregoś gracza, a na trybunach w towarzystwie Andrzeja Dadełły znajdował się tylko Pan oraz Adrian Woźniczka.

– Zgadza się. Może nie była to bardzo liczna grupa kibiców, bo około 1500 osób, ale fajnie to wyglądało. Widać, że klub zrobił już dużo marketingowo. Pamiętam jeszcze, jak opowiadano mi, że na mecze Miedzi chodzi po 300 osób, a to było dwa lata temu. Jest więc wielka poprawa, do tego mnóstwo dzieci i przyjemna, rodzinna atmosfera na trybunach. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Za to należą się wielkie słowa uznania.

Jeżeli w komentarzach na Pana stronie internetowej nie ma cenzury, to znaczy, że fani ŁKS-u też nie dadzą na Pana powiedzieć złego słowa.

– Cieszę się z tego. Uważam, że zapracowałem sobie na ich szacunek nie tylko na boisku, ale również poza nim. Był moment, że ŁKS nie dostał licencji na grę w ekstraklasie. Istniała grupa zawodników, która o tę licencję walczyła, kontaktowała się z różnymi ludźmi tylko dlatego, żeby pomóc klubowi. Nie udało się ostatecznie tego dokonać, jednak serce i ducha walki zostawiliśmy nie tylko na murawie. Ja też byłem jedną z osób, które o tę licencję walczyły, choć tak naprawdę nigdy nie ukrywałem, że moją sportową miłością jest Lech Poznań. Jednak chciałem pomóc ŁKS-owi. W Łodzi spędziłem tylko trzy lata, ale bardzo ważne trzy lata w moim sportowym, i nie tylko, życiu.

Dlaczego nie udało się Panu porozumieć z ŁKS-em w sprawie nowego kontraktu?

– Na temat przedłużenia umowy rozmawialiśmy miesiąc temu. Mimo że z prezesem Dadełłą rozmowy toczyły się dużo wcześniej, wiedział, że priorytet w negocjacjach ma ŁKS. Nie ma co ukrywać, sportowo to przecież ekstraklasa. Nie doszedłem jednak do porozumienia, a później zaproponowano mi umowę na zaledwie rok. To nie do końca odpowiadało moim oczekiwaniom. Mimo iż w tym momencie pojawiły się zapytania z innych klubów, daliśmy słowo prezesowi Dadelle, że wchodzimy w to. Bardzo spodobała mi się wizja budowy klubu i fakt, że jesteśmy jej częścią. To z pewnością zaważyło, że dołączyliśmy do Miedzi. Budujemy ten klub z myślą o tym, żeby w tym roku awansować do I ligi, a w ciągu 2-3 lat do ekstraklasy. Niewątpliwie będziemy ściągać takich zawodników, żeby w niedalekiej przyszłości walczyć o najwyższą klasę rozgrywkową.

W swojej karierze najmocniej był Pan związany z Lechem Poznań. Do „Kolejorza” trafił Pan w 1999 roku, debiut w seniorskiej drużynie zaliczył rok później, a miejsce w podstawowym składzie wywalczył za kadencji Bogusława Baniaka.

– Zgadza się. Tak naprawdę jestem wychowankiem SP nr 13, która przez całe swoje istnienie jest bardzo związana z Lechem Poznań. Nigdy nie ukrywałem tej sympatii. Lech jest klubem, któremu zawdzięczam najwięcej, dlatego zawsze będę wspominał okres gry w nim najcieplej. Byłem przez 7 lat w pierwszej drużynie, zdobyłem Puchar i Superpuchar Polski, a do tego doszedł debiut w reprezentacji Polski. Trenerowi Baniakowi też sporo zawdzięczam, bo to on na mnie postawił. Od tego czasu istnieję jako piłkarz na szczeblu seniorskim.

W takim razie musiał się Pan chyba szeroko uśmiechnąć, gdy okazało się, że trenerem Miedzi będzie najprawdopodobniej właśnie Bogusław Baniak.

– Jeszcze chyba nie ma oficjalnej informacji, że trener Baniak jest szkoleniowcem Miedzi. Ale nie ma co ukrywać, że jest to kolejny plus. Trenera znam doskonale. Wiem, jakim jest człowiekiem, wiem też, że jako szkoleniowiec wyciągnie z nas maksimum, a wielu młodych chłopaków zmotywuje do ciężkiej pracy. Zrozumieją, że życie piłkarza jest może przyjemne, ale też bardzo trudne. Czeka w nim wiele wyrzeczeń, ale na niektóre z nich warto postawić, żeby za rok świętować awans do I ligi. W tym roku świętowałem awans z ŁKS-em i wiem, że jest to wspaniałe uczucie.

Januszowi Kudybie, byłemu trenerowi Miedzi, zabrakło twardej ręki. Bogusław Baniak potrafi trzymać piłkarzy krótko za pysk?

– Potrafi to zrobić, odpowiednio zmotywować i wywrzeć na piłkarzu pozytywną presję, która spowoduje, że wzniesie się on na wyżyny swoich umiejętności. Wiem, że pod względem taktycznym trener Baniak zrobił postępy. Jeździł na staże do Włoch, więc pewne wzorce ma teraz zakorzenione w sobie. Wraz z Adrianem Woźniczką szykujemy już dla sztabu szkoleniowego Miedzi staż właśnie we Włoszech lub w Szkocji. Miałby się odbyć w listopadzie, kiedy liga się już zakończy. Chcemy, by trenerzy się rozwijali.

Pana ojciec też był piłkarzem. Zdobył mistrzostwo i Puchar Polski, srebrny medal IO w Montrealu, zaliczył 21 występów w reprezentacji Polski. Jego dorobek był obciążeniem, kiedy zaczynał Pan przygodę z futbolem?

– Rzeczywiście, to było obciążenie, ale w pewnym momencie ludzie przestali zwracać na to uwagę z tego względu, że tata był bramkarzem, a ja zawodnikiem z pola, więc do porównań nie doszło. Za to zawsze były zapytania, czy doścignę ojca pod względem liczby występów w reprezentacji lub osiągnięć. Wiadomo, on wystąpił 21 razy w reprezentacji Polski, zdobył mistrzostwo i puchar kraju czy medal igrzysk olimpijskich. Trudno to zliczyć, a tak naprawdę do tej pory osiągnąłem niewiele w porównaniu do niego. Nie ma o czym gadać, tata był wielkim piłkarzem. Ja mam 30 lat i jeszcze wiele ambicji, ale ojca raczej nie dogonię.

Skoro ojciec był bramkarzem, to Pan w naturalny sposób powinien zostać napastnikiem. Mógł Pan trenować strzały do woli.

– Właściwie od dzieciństwa „cofałem się” na boisku. Najpierw byłem napastnikiem, później pomocnikiem, aż w końcu zostałem obrońcą. Zostaje mi jeszcze cofnąć się do bramki, ale tego chyba nie zrobię (śmiech). Faktycznie, był czas, kiedy grałem jako napastnik, ale dawno, dawno temu.

Ale z tego czasu coś Pan jeszcze pamięta, bo przy stałych fragmentach gry w polu karnym rywala gra dość skutecznie.

– Pod tym względem udane były ostatnie dwa sezony. Rok temu zdobyłem pięć bramek, w minionym sezonie tyle samo. Mam nadzieję, że w Legnicy będzie podobnie.

Podczas testów w Lechu, w których uczestniczył m.in. Kuba Błaszczykowski, zorganizowano miniturniej z udziałem czterech drużyn. To był ponoć jedyny raz w życiu, kiedy został Pan królem strzelców. Portal Weszło! zabrał jednak Panu ten triumf właśnie na rzecz Kuby, później trzeba było prostować informacje. To jak było naprawdę? Kuba podawał, a Pan strzelał?

– To było jeszcze zupełnie inaczej (śmiech). Grałem w jednej drużynie z Kubą, on miał bodaj 16 lat i już wtedy wszyscy widzieli, że zostanie wielkim piłkarzem. Miał niesamowitą szybkość, to odejście na kilku metrach i było jasne, że jest kwestią czasu, kiedy trafi do naprawdę silnej drużyny, gdzie będzie się rozwijał. Ale królem strzelców nie został wtedy ani Kuba, ani Mowlik. Fakt, strzeliłem w tamtym turnieju kilka bramek, Kuba więcej podawał, ale wtedy królem strzelców został chyba Marcin Pontus. Tak że jeżeli chodzi o tę historyjkę, to ta wersja jest prawidłowa (śmiech).

Z Błaszczykowskim może Pan znaleźć wspólny mianownik: pech. Kuba w ostatnich latach ma pecha do kontuzji, a Pan dodatkowo jeszcze do pracodawców.

– Z urazami bym nie przesadzał, bo tak naprawdę przytrafił mi się jeden poważny, kiedy grałem w Grecji. Ta Grecja to w ogóle jedna wielka całość, którą można nazwać sporym pechem w moim życiu. Poszedłem do klubu (PAE Aigaleo – przyp. MRS), który miał walczyć wtedy o Puchar UEFA, byliśmy na szóstym miejscu, a przyplątała mi się kontuzja i dwa czy trzy tygodnie po podpisaniu umowy zaczęły się dziać cuda. Klub nie płacił, przegraliśmy 10 meczów z rzędu, spadliśmy z Superligi. Pech niesamowity. Ale to jest chyba jedyny klub, na który mogę powiedzieć coś złego, bo nie dość, że ciągnęła się za mną ta kontuzja, to później jeszcze ciągłe sprawy przed sądem FIFA. Pobytu w Grecji z pewnością miło nie wspominam.

Pana podpis jest trudny do podrobienia?

– (śmiech) No, właśnie okazało się, że dość trudno go podrobić. Grecy podrobili mój podpis pod aneksem, w którym rozstajemy się za porozumieniem stron, a ja zrzekam się kilkunastu tysięcy euro. Niestety dla Greków, FIFA podważyła ten dokument i stwierdziła, że jest podrobiony. Ja byłem w szoku, że ktoś uskutecznia jeszcze takie praktyki w zawodowym futbolu. Musieli mi zapłacić odszkodowanie, ale klub przestał istnieć i odszkodowania nie dostałem.

Widziałem, że podpis pod kontraktem z Miedzią złożył Pan sam. W klubie jest też rzecznik prasowy, więc będzie mógł się Pan zająć tylko treningami. To kolejna ciekawa historia z Pana życiorysu.

– Można tak powiedzieć (śmiech). Był czas, że z ŁKS-em spadliśmy z ekstraklasy, więc w klubie zostali tylko piłkarze i sztab szkoleniowy. Nie było działaczy i rzecznika prasowego. Doskonale wiedzieliśmy, że informacje muszą jakoś przechodzić do mediów i z powrotem, więc przez kilka dni było ustalone, że to ja będę kontaktował się z prasą i przekazywał informacje dziennikarzom. To była dziwna sytuacja, ale, niestety, w profesjonalnym klubie też się taka zdarzyła.

Po transferze do Miedzi przyznał Pan: „Przekonała mnie wizja Pana Andrzeja Dadełło. Bardzo się cieszę, że mamy szansę wspólnie stworzyć bardzo ciekawy i silny zespół”. Co jest tak urzekającego w tej wizji, że przeniósł się Pan do II-ligowego zespołu?

– Z pewnością długofalowa praca, to, że nie ma wielkiego nacisku, oraz budowa akademii piłkarskiej, która w najbliższych latach ma stanowić o sile Miedzi Legnica. W Polsce niewiele klubów stawia teraz na swoich wychowanków. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że w tej chwili ciężko zrobić awans do I ligi, grając tylko swoimi zawodnikami. W ubiegłym sezonie Miedź próbowała wywalczyć awans właśnie młodymi piłkarzami i w pewnym momencie presję, która była zbyt duża, ten ciężar nie wszyscy udźwignęli. Obecnie próbujemy się wzmocnić zawodnikami z doświadczeniem ligowym, którzy będą stanowić i o sile tej drużyny, i podniosą jej jakość. Jednak w przyszłości chcemy, żeby trzon Miedzi stanowili jej wychowankowie. Wiadomo, że niedoścignionym wzorem pod tym względem jest Barcelona i jej słynna szkółka La Masia. Stwórzmy coś polskiego, sprawmy, żeby wszystkie grupy młodzieżowe grały takim systemem jak pierwsza drużyna, żeby nie było problemu, kiedy wychowanek Miedzi wchodzi do pierwszego zespołu. Wprawdzie to wizja daleko idąca, ale godna uwagi. I też miała wpływ na moją decyzję.

Wie Pan, co powiedzą złośliwi?

– No, co powiedzą? (śmiech)

Że poleciał Pan na pieniądze Andrzeja Dadełły.

– Powiem panu szczerze, że w ŁKS-ie proponowano mi kontrakt z wyższym wynagrodzeniem. To nie tak, że zdecydowaliśmy się na Miedź ze względu na finanse. Miedź jest klubem II-ligowym, który płaci dobre pieniądze i jest stabilny, ale o wiele większe pieniądze, nie ma co ukrywać, płaci się w ekstraklasie i w wielu klubach I-ligowych. Czynnik finansowy nie był głównym argumentem. Ważna jest również, oczywiście, ta stabilność. Ale jeśli chodzi o wysokość kontraktu, to uwierzcie mi: nie jesteśmy Manchesterem City i nie zdarzy się tak, że Miedź będzie płaciła gigantyczne pieniądze zawodnikom.

Zanim podpisał Pan kontrakt z Miedzią, sprawdził, czy w klubie mają alkomat?

– Nie, no ja akurat w Łodzi nie dmuchałem w alkomat (śmiech). Nigdy nie miałem problemów z alkoholem, więc o to byłem spokojny.

Należy Pan do bardzo spokojnych osób, ale w końcówce sezonu nerwy puściły. Po niesłusznym karnym za Pana faul w końcówce meczu z Sandecją (2:2) i wyrzuceniu z boiska za rzekomą dyskusję, na swojej stronie napisał Pan: „Ja nawet słowa do tego barana nie powiedziałem”.

– Trochę mnie poniosło, teraz mogę przyznać, że niepotrzebnie użyłem takich słów. Tym bardziej że arbiter po meczu sam przyznał, że popełnił błąd, wyrzucając mnie z boiska, bo do sędziego Karkuta rzeczywiście nie powiedziałem słowa. Futbol to emocje, poza tym to nie jest sport dla grzecznych osób. Poza boiskiem można być spokojnym i rozważnym człowiekiem, ale na boisku czasami puszczają nerwy.

Jak już wiemy, uczestniczy Pan w pertraktacjach z kolejnymi kandydatami do gry w Miedzi. Może Pan powie coś więcej na ten temat, bo transfery to w klubie najpilniej strzeżona tajemnica.

– Ja bardzo się cieszę, że traktowane jest to właśnie jak tajemnica. Mam nadzieję, że to spowoduje, iż Miedź nie będzie przepłacała za transfery. Rozmawiamy z wieloma zawodnikami z przeszłością ekstraklasową, nawet z przeszłością reprezentacyjną, ale priorytetem w wizji pana Dadełły jest to, żeby byli to zawodnicy do 30. roku życia, z którymi można związać się na dłuższy czas. Mogę zdradzić, że jesteśmy dogadani z kolejnym zawodnikiem, który wzmocni Miedź. Jeżeli udałoby się ściągnąć 3-4 głośne nazwiska, to powstałaby tu bardzo silna drużyna.

Nazwiska tak głośne jak Mowlik czy Zakrzewski?

– Nie wiem, czy Mowlik i Zakrzewski to są bardzo głośne nazwiska (śmiech). Jeżeli chodzi o II ligę, to raczej tak. Jeżeli powiem, że następny piłkarz, który podpisze z nami kontrakt, ma za sobą występy w ekstraklasie i był w kręgu zainteresowań selekcjonera, to tak, będzie to głośne nazwisko. Próbujemy dobierać też zawodników pod względem charakteru, żeby skupili się tylko na grze w piłkę. Nie szukamy tzw. grup imprezowych, ponieważ wszystko ma zmierzać ku temu, żeby w Legnicy powstał silny klub.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: