Przeskocz nawigację

Category Archives: Bez kategorii

Słuchaj: dzwoni do mnie jakiś tam dziennikarz i mówi, żebym ja mu o wszystkim opowiedział. On zadzwoni wtedy do trenera, powie mu to, co usłyszał ode mnie, i w ten sposób doprowadzi do konfrontacji. To ja mówię: czy ty jesteś, kurwa, normalny? Czy ty się na pewno dobrze czujesz?

„Podoba mi się trener Probierz. Dąży do sukcesu, nie chce grać o byle co”. Tak mówiłeś tuż po przyjściu do Jagiellonii. Minęło kilka tygodni, zostałeś wyrzucony z Białegostoku i stwierdziłeś, że Probierzowi odbiło.

VUK SOTIROVIĆ: – No tak. Najpierw mówiłem, że mi się podoba. Później w telewizji stałem za tym, że jest dobrym trenerem, ale jako człowiek jest… No, nie ma tych cech ludzkich. I tyle. Ja nic złego w Białymstoku nie zrobiłem. Wszyscy są świadkami, począwszy od zarządu, aż do wszystkich zawodników. Jaki był powód tego, że Probierz mnie wyrzucił? Nie wiem. Nie chce mi się już tego tłumaczyć. Wiadomo, że nie tylko mnie coś zrobił, bo jeszcze kilku innym zawodnikom. Przed transferem do Jagiellonii słyszałem, że jest dobrym trenerem, ale dziwnym człowiekiem. Powiedziałem, że mnie to nie interesuje. Idę tam, ponieważ trener jest charakterny. Mnie się to spodobało. Przeszedłem do Jagi, odbyliśmy rozmowę i wszystko zmierzało w dobrym kierunku. I nagle wszystko „bach!”. Jak usłyszałem tę decyzję, to mało powiedziane, że byłem w szoku. Wcześniej z czymś takim się nie spotkałem.

W oficjalnym piśmie, skierowanym do mediów, Probierz zarzucił Ci brak profesjonalnego podejścia do treningów i meczów.

– Jeżeli źle trenowałem, to dlaczego grałem w kilku meczach od pierwszej minuty? To są absolutnie bzdury. Z pewnego źródła wiem, że prezesi mówili, iż nie było nic takiego. Trenowałem normalnie. Miałem problemy z barkiem, złapałem kontuzję. Do tej pory nie mogę podnieść ręki. O, zobacz, dotąd i dalej się nie da. Przez pierwszy tydzień, gdy trwała przerwa na kadrę, to trenowałem tak (Sotirović trzyma zgiętą rękę przy klatce piersiowej – przyp. MRS). Wykonywałem wszystko normalnie, ale rękę trzymałem w ten sposób, bo nie mogłem inaczej. Może ja źle przez to wyglądałem, że mnie bolało i nie mogłem nic robić w normalny sposób? Gdy byłem zdrowy, na treningach prezentowałem się dobrze. Jakby było inaczej, nie grałbym od pierwszej minuty. To jest prosta odpowiedź na jego zarzuty. A to, co on mówi, to tylko jest alibi na to, co zrobił. Niech dalej sam siebie okłamuje, bo fakt, że źle trenowałem, jest właściwie nie do udowodnienia.

Jeśli zostałbyś w Białymstoku, to musiałbyś biegać dwa razy dziennie: o godz. 7 i 16, a między tymi zajęciami oglądać mecze Jagielloni na wideo. Jeden z internautów zauważył, że nawet w Klubie Kokosa u Józefa Wojciechowskiego mają lżej.

– To jest psychiczne znęcanie się nad zawodnikiem. Jaga ma takie zagrania. Nie jestem pierwszy, któremu je zaproponowano. Nie zgodziłem się, jakoś się dogadaliśmy i rozwiązaliśmy umowę, ale inni zawodnicy, którzy są w Białymstoku, robili to. Cały czas biegali. Nikt nie wytrzyma tego dłużej niż dwa tygodnie. Jakbym chciał trenować biegi, to zostałbym lekkoatletą, a nie piłkarzem. Bardzo chciałbym, żeby nie dochodziło do takich sytuacji. Żeby zawodnicy byli chronieni i coś takiego nie mogło przydarzyć im się w żadnym klubie. Jeżeli klub podpisuje z kimś kontrakt, a po pół roku lub nawet po miesiącu okazuje się, że już go nie chce, nie jest to problem zawodnika. Wówczas to jest problem klubu. Fakt, że piłkarz jest w słabszej dyspozycji lub cokolwiek innego? Trudno. Dzieje się podobnie, kiedy piłkarz dobrze gra i chce gdzieś odejść. Wtedy klub, który chce go kupić, musi zapłacić dotychczasowemu pracodawcy, tak?

Jeżeli piłkarz wciąż ma ważny kontrakt, to tak.

– No właśnie, piłkarz nie odejdzie wtedy za darmo. Jak gra dobrze, to jest super, a jak jest źle, to mówią mu: „na razie”? Tak nie może być. Zdarzają się również sytuacje, w których ktoś ci grozi i cię szantażuje. Dla mnie to jest tragedia polskiej piłki, że coś takiego się w niej dzieje. Ja się nie zgodziłem na takie rozwiązanie, dlatego jestem teraz wolny. Jadę do Serbii, tam będę trenował, rozgrywał mecze i uczestniczył w indywidualnych zajęciach ze swoim trenerem. Teraz, kiedy się pakuję i załatwiam różne sprawy przed wylotem z Polski, nie trenuję. Mówię szczerze, że mi się nie chce. Muszę odpocząć psychicznie, jest mi to potrzebne. Ale kiedy przyjadę do Serbii, kolejnego dnia będę już na treningu. Na pewno nie stracę tego czasu. Nie będę się obijał i nic nie robił. Zawsze trenowałem, kiedy jechałem do domu. A teraz muszę starać się jeszcze mocniej, ponieważ jestem w ciężkiej sytuacji. Tylko treningi mogą sprawić, że będę gotowy do gry, gdziekolwiek pójdę. Bo przecież nie wiadomo, czy w czerwcu wrócę do Wrocławia.

Wiadomo, że lubisz dłużej pospać. Spóźniałeś się przez to na treningi?

– We Wrocławiu nigdy nie spóźniłem się na trening. Owszem, spóźniałem się na zbiórki, tak samo, jak reszta zawodników. I powiem, że wśród spóźnialskich nie byłem w czołówce. Każdemu się zdarza, tylko ja mówię wprost: lubię spać. Funkcjonuję tak, że nawet jeśli jestem w domu, to nie położę się spać o godz. 22. Nie dam rady. Zajmuję się różnymi rzeczami, czytam książki i kładę się do łóżka o godz. 1 czy 2. Nawet jeśli wstanę wcześniej, wieczorem tego dnia nie usnę. Taki mam organizm, dlatego jak wstaję rano, jest mi ciężko. Mam problem z pobudką, ale to nie jest niczyj problem, tylko mój. W klubie, jak się spóźnisz, to zapłacisz. Nikt nie płacił za mnie. A to, że trener mówił, iż się spóźniałem na treningi, jest absolutną nieprawdą. Tylko że nikt z zawodników nie wypowie się o tym w prasie. Ja powiedziałbym o tym otwarcie. Inni już nie.

Dlaczego sugerujesz, że zawodnicy się boją?

– Nic nie sugeruję. Po prostu jestem taki, że mówię o pewnych sprawach. Dobra, byłem taki, bo teraz już nie będę. Jestem jednak przekonany, że jeśli ktoś inny znalazłby się w mojej sytuacji, zrobiłbym inaczej niż reszta zespołu. No, ale oni stanęli za mną, poszli do trenera, tylko że on nie chciał z nimi rozmawiać. Doszło do jakiejś rozmowy, że się spóźniam na treningi, że jestem pokłócony z drużyną. Przepraszam, ale ja nie odczułem, że mnie tutaj nie lubią. Mam dobry kontakt z wieloma zawodnikami. To mi wystarczy. A że ktoś chce pisać o pewnych rzeczach? Jego sprawa. W klubach, w których występowałem, mam wielu przyjaciół. Z nikim nie byłem pokłócony. Nie wiem, jaki trener miał cel, żeby tak mówić. Było, minęło. Nie rozmawiajmy o tym.

Zweryfikuj mi kilka faktów. Zaczniemy od zgrupowania na Cyprze. Miałeś powód, by Remka Jezierskiego nazwać pijakiem?

– Nawet jeżeli miałem, to ci tego nie powiem. Wiesz co, największy dramat w klubie dzieje się wtedy, gdy takie rzeczy wychodzą na zewnątrz. Tego nie mógł powiedzieć nikt inny, tylko któryś z piłkarzy. To jest dramat w szatni. Zdarza się nie pierwszy raz, że u nas… no, mówię u nas, w Śląsku, z szatni wychodziły na zewnątrz różne rzeczy. Nie wiem, jak nazwać takie zachowanie. Kiedy byłem mały i się wychowywałem, rodzice uczyli mnie , że rzeczy, o których rozmawia się w domu, nie wychodzą na zewnątrz. Widocznie niektórych tego nie uczyli. Miałem z Remkiem małe spięcie, teraz go nie ma. Gdy się widzimy, normalnie ze sobą rozmawiamy. W dużo większych klubach niż Śląsk zdarzają się gorsze rzeczy i nie robi się z nich afery.

Ktoś z piłkarzy wynosi informacje z szatni?

– My, jako zawodnicy, mniej więcej wiemy, kim jest ta osoba. Ale nie oskarżysz kogoś za coś, czego nie jesteś pewien. To przykre, że między nami nie ma zaufania. Na zasadzie: ktoś mi się zwierzy, a ja pójdę do dziennikarza i mu o tym powiem. Gdy grałem w Serbii jako junior, pobiłem się z kolegą na treningu. Trwała gierka, ktoś kogoś sfaulował, już dokładnie nie pamiętam, bo było to dawno temu. Kilka fauli, słowne starcie. Dziś z tym kolegą mam znakomity kontakt, jesteśmy bardzo dobrymi kumplami. Właściwie to mój przyjaciel. W sporcie tak jest, że jeździmy na obozy, jesteśmy daleko od rodzin. Takie rzeczy zbierają się w człowieku, aż w końcu następuje wybuch. Nie chodzi o to, czy ktoś kogoś nie lubi. Najważniejsze, żebyśmy się wzajemnie szanowali. To jest podstawa.

A Ty pijesz alkohol?

– (śmiech) Jak widzisz, mnie to śmieszy. Kiedy wychodzę na dyskotekę, znajomi się ze mnie śmieją, że piję wodę, więc jeśli ktoś mówi, że piję alkohol, niech robi to dalej, proszę bardzo. Spytaj zawodników, z którymi grałem, czy Vuk pije. W każdym klubie wiedzieli, że tego nie robię. Nikt mnie nie zobaczył z alkoholem. Powiem tak: czasami, ale naprawdę czasami, mogę wypić drinka, ale takiego damskiego (śmiech). Alkohol mi przeszkadza. Nie chodzi o to, że nigdy w życiu się nie upiłem. Upiłem się kilka razy, ale alkohol dotykam raz na rok, więc nie mam z czego się tłumaczyć. To są bzdury. Nie piję nawet soków, bo mają dużo cukru. Opowiem ci pewną historię. Był taki czas, że piłem mrożoną herbatę, ciągle tylko ice tea. Przebywałem w Serbii, normalnie trenowałem, wracałem do klubu i miałem pięć kilo nadwagi. Myślałem sobie: kurde, coś tu nie gra. A ja codziennie siadałem z kolegą – jednym, drugim, trzecim – i na spotkaniu piłem ice tea. Jak się dowiedziałem, że 100 ml tego napoju ma dwadzieścia parę gramów cukru… Zobacz, w jakich ilościach dostarczałem go do organizmu. Ciężko było nie przytyć. Dlatego teraz piję tylko wodę. Jeżeli ktoś mnie spotyka w wolnym czasie, to tylko z butelką wody.

Skąd wytrzasnąłeś informację, że Orest Lenczyk nazwał Cię alkoholikiem? Szukałem jej bardzo długo, ale nic nie znalazłem.

– Bo nigdzie jej nie ma. Ale to nie ja ją wymyśliłem. Trener Lenczyk rozmawiał z pewnym dziennikarzem. On zadzwonił do mnie i przyznał, że trener powiedział to o mnie. Jak go dziennikarz spytał, czy ma to napisać, trener powiedział: lepiej tego nie robić, bo to zaogni tylko sytuację. Zdaję sobie sprawę, że dziennikarz mógł kłamać. To też wchodzi w rachubę. Ale jaki miałby powód, żeby coś takie wymyślić?

Może szukał gorącego tematu?

– Może, ale ja tylko powtórzyłem to, co on mi powiedział. A czy trener rzeczywiście tak stwierdził? Faktycznie, nigdzie tego nie ma. Ale takie rzeczy, że ja jestem patentowany leń i jestem w konflikcie z drużyną, już mówił. Nie wiem, z jakiego powodu.

Może faktycznie jesteś leniem?

– Jeżeli ja jestem leniem, to kiedy jadę chociaż na dwa dni do domu, trenuję u swojego trenera? Leń tak robi? Nie. Przyjeżdżam do domu, dzwonię do niego, że jestem na miejscu i pracujemy. Robię przecież to, co lubię, i jestem z tego powodu szczęśliwy. Jak idę na trening, to się z tego cieszę, ponieważ mogę pokopać piłkę. Bo oprócz tego, że to jest moja praca, dla mnie to jest zabawa. Kiedy futbol przestanie być dla mnie zabawą, to ja przestanę grać. Proste.

„Lenczyk kaleczy treningi” – to są Twoje słowa. Jak na razie efekty tych treningów są bardzo dobre.

– Powiedziałem wystarczająco dużo na ten temat w mediach. Możemy pogadać prywatnie.

No dobra. Nawet jeśli te treningi polegają głównie na pracy nad przygotowaniem fizycznym i nie są nowoczesne, to dają rezultaty. Przecież o nie w piłce chodzi.

– I w tygodniu w ogóle piłki nie dotknąć? Niech będzie. Jakie są, takie są te treningi, ale jego bronią wyniki.

OK. To w takim razie zadam inne pytanie: lepiej trenować cały czas z piłkami, lekko i przyjemnie, ale mieć słabe wyniki, czy postawić mocniej na przygotowanie fizyczne poparte taktyką i osiągać dobre rezultaty?

– No dobrze, to popatrzmy na to od innej strony. Znajdź mi jeden klub na świecie, który trenuje w taki sposób, jak Śląsk Wrocław. Jeden klub. Ja w tym momencie kończę granie w piłkę. W tym momencie kończę granie w piłkę! Biorę się za cokolwiek innego, byle nie za futbol. Jeden klub w zachodniej Europie, który ma treningi takie jak my. Wiesz co, może być nawet z Bułgarii, Serbii i tej części Europy. No?

Nie wiem, jak wyglądają treningi w różnych zespołach, ale z pewnością wielu szkoleniowców stawia na przygotowanie fizyczne. Szczególnie, jeśli nie ma w swoim zespole indywidualności.

– To nie sposób jest dobry, a zawodnicy. To nie jest gra na komputerze albo playstation, gdzie tylko od nas zależy, co zrobimy. Po boisku biega jedenastu piłkarzy. Co z tego, że my wszystko ustalimy w szatni, dobierzemy taktykę, jak ktoś popełni indywidualny błąd. Futbol to przecież gra błędów. Kto ich mniej popełni, ten wygra mecz. Tak że możemy wszystko ustalić, a bramkarzowi piłka przejdzie między nogami i jest klops. Oby tylko dzisiaj tak nie było (rozmowa przeprowadzona przed meczem z Koroną Kielce, który Śląsk przegrał 0:1 po błędzie… bramkarza Mariana Kelemena – przyp. red.). Wychodzisz na boisko, jest pierwszy rzut rożny, gol i po ptakach.

OK. Tylko że możesz mieć umiejętności, do końca meczu zostaje pół godziny, a Ty nie masz czym oddychać, bo nie jesteś przygotowany do wysiłku. Przeciwnik, choćby piłkarsko był słabszy, zadepcze Cię.

– Teraz też mam odpowiedź na twoje pytanie. Obecnie wszyscy potrafią grać w piłkę. Kiedyś na przykład taki Azerbejdżan dostawał po siedem, osiem, dziesięć bramek. Teraz mocne zespoły też się z nim męczą. A wiesz, dlaczego? Dlatego, że wszyscy są przygotowani na porównywalnym poziomie. Pokaż mi zespół, który pada w lidze w 60. minucie i nie ma sił. Taki zespół nie istnieje. Wiesz, jak się trenuje przez cały czas, to siły po prostu się ma. Jeden ma ich więcej, drugi mniej, ale jedenastu zawodników nie siądzie od razu tak, że nie będzie mogło nawet łazić. Padnie jeden, drugi, trzeci, ale wejdą za nich następni. Dlatego jest potrzebna dobra ławka. Ale mówię, taktycznie to jakoś wygląda prawie w każdej drużynie, każdy potrafi też biegać. Zobacz na mecz Barcelony z Realem, który skończył się pogromem 5:0. Dwa zespoły, w których masz wszystko, a każdy z zawodników błyszczy umiejętnościami. No i co? Piątka. Futbol to dziwny sport. Zawsze powtarzam, że dużo zależy od szczęścia. W Śląsku za trenera Tarasiewicza graliśmy dobrze, ale czegoś nam brakowało. Mogliśmy np. strzelić bramkę, a ją traciliśmy. Tu ze spalonego, tam z karnego, jak na Widzewie, potem po jakimś indywidualnym błędzie. Ostatecznie robią się z tego porażki. Przyszedł trener Lenczyk i nagle wszystko się odwraca: tu jakiś gol ze spalonego, z Ruchem bramka samobójcza, gdzie indziej karny. Popatrz na mecz Lech – Jagiellonia (2:0 – przyp. ŁK). Przy stanie 0:0, w sytuacji z Arboledą sędzia nie odgwizdał faulu na mnie. Powiedz, czy był faul?

Z powtórek wynikało, że był.

– No właśnie. Nie powinno być rzutu karnego, ale już czerwona kartka owszem. Tak się nie stało, a później przegraliśmy. Teraz weź mecz Lech – Śląsk. Za faul na Gikiewiczu arbiter podyktował rzut karny, choć on był faulowany przed polem karnym. Zgadza się? Tu cię sędzia oszuka, a w następnym los ci zwróci. Możesz mieć umiejętności, być przygotowanym, a nic to nie da. Potrzebne jest szczęście i drobne detale. Ale trener ma sukcesy i to jest najważniejsze. Ja naprawdę życzę Śląskowi, żeby zajął trzecie miejsce i grał w pucharach, ale niektóre rzeczy po prostu mi się nie podobają, dlatego głośno o tym powiedziałem.

Ty po prostu najpierw mówisz, a później myślisz, zamiast robić odwrotnie.

– No tak. Na szczęście mam bardzo mądrą dziewczynę. której radzę się w wielu sprawach. Zazwyczaj to, co ona mówi, sprawdza się w rzeczywistości. Często okazuje się, że radziła mi dobrze. Ale ja jestem taki, że jak coś mi leży na sercu, to o tym mówię. Nie mogę się hamować. Zawsze chcę powiedzieć prawdę, tak samo chcę ją usłyszeć. Boli mnie, gdy ktoś opowiada kłamstwa. Teraz rozmawiam z tobą i muszę się szczypać, żeby nie mówić o niektórych rzeczach. Tutaj dostałem nauczkę, a w Białymstoku… No, nie zrobiłem nic, by tę nauczkę dostać. Ale to też jest jakaś szkoła. Może tak musiało się stać. Na pewno jest mi ciężko, że nie trenuję i nie gram. Tym bardziej teraz, w środku sezonu, kiedy wszystko się rozstrzyga, a ja nie mogę w tym uczestniczyć. To mnie boli najbardziej. Jednak jakoś muszę przetrwać, poradzić sobie i wyjść z tego silniejszym.

Na jednym z treningów zapolowałeś na nogi kolegów z drużyny – Jarka Fojuta i Łukasza Gikiewicza…

– Tak, wspominałem o tym w jednym z wywiadów.

Jesteś nadpobudliwy?

– Nie. Znam kilku takich, co naprawdę mają ADHD. Ale było wtedy ostro. Już ci mówię, dlaczego. Na treningach jest rąbanka. Taka, że kości pękają. A to działo się w obecnym sezonie, kiedy przegrywaliśmy i graliśmy mecze bez faulu, bez jaj. To mnie najbardziej bolało. Na treningach nigdy nie grałem w ten sposób. Ja w ogóle nie biję obrońców, nie walę w nich celowo łokciami. Jeśli kogoś przypadkowo uderzę, natychmiast staję obok i przepraszam go milion razy. Ale wtedy miałem klapki na oczach. Akurat tak się złożyło, że graliśmy z Amirem przeciw parze Jarek Fojut – Łukasz Gikiewicz. OK, pierwszy wślizg, w Jarka, był celowy, zdenerwowałem się. Ale w drugim przypadku chciałem już trafić w piłkę. Łukasz w ostatnim momencie przesunął piłkę, więc przejechałem mu po nodze. To tylko groźnie wyglądało. To był pierwszy i ostatni raz. Poza tym, jak ja dostawałem na treningach po kostkach, nikt o tym nie pisał. A że trener przerwał trening? Mógł zrobić to milion razy, a ja wcześniej zrobiłbym to samo. Tylko że jak jesteś na treningu kozakiem i napierdalasz, to napierdalaj też w meczu. To był powód całego zajścia. A czy tam stałby Mila, Amir czy ktokolwiek inny, to też by dostał po nogach. Ale nie jestem nadpobudliwy. Lubię za to żartować. Zarówno z siebie, jak i z innych.

Piłka wrzucona na boisko podczas meczu z Ruchem Chorzów to był Twój żart?

– To nie był żart (śmiech). Powiedziałem, że to nie ja wrzuciłem ją na boisko. A nawet gdyby, to bym się do tego nie przyznał. Nikt by się do tego nie przyznał. Ktokolwiek to zrobił, to po to, żeby pomóc drużynie. Jeżeli ktoś został skrzywdzony, możemy za to przeprosić. Jest tak samo, gdy zawodnik przewraca się na boisku i długo leży, mimo że może się podnieść. To takie samo oszustwo.

Jak wygląda Twoja obecna sytuacja?

– Dramatycznie. Jestem bezrobotny, ale za kawę chyba zapłacę (śmiech). Jest kiepsko. Akurat teraz nie mam gdzie trenować, ale ojciec mojego przyjaciela jest szkoleniowcem klubu w serbskiej ekstraklasie. Tam będę trenował, grał mecze w rezerwach i dokładał indywidualne zajęcia. Vuk wróci w czerwcu dobrze przygotowany. Czy wrócę do Polski, czy wyjadę do innego kraju, o formę się nie martwię. Na razie obijam się i nic nie robię. Chciałem iść pobiegać, ale mam popakowane rzeczy. A żeby iść do klubu i się spotykać z… Zostałem odsunięty, przyjdzie trener Lenczyk i mnie zobaczy. Nie chcę się pokazywać. Nawet po treningach Śląska. Mnie jest przykro, że tak się zdarzyło. Chciałem tutaj nadal grać, rozmawiałem na temat przedłużenia kontraktu. We Wrocławiu czuję się świetnie z wielu powodów.

Jeśli Lenczyk chciałby wyjaśnić z Tobą wszystkie nieporozumienia, przystałbyś na taką propozycję?

– Po pierwsze, on czegoś takiego nie zrobi. To wszyscy wiemy. Po drugie, raz już trenerowi rękę podałem, w momencie jego przyjścia do Śląska. W pierwszym meczu za jego kadencji, przeciwko Wiśle, nie zagrałem. Już po nim zrodził się konflikt. Dodatkowo trener powiedział pewne rzeczy w prasie. To wszyscy wiedzą. Nie miał żadnego powodu. Dlaczego więc to robił? Nie wiem. W rozmowie ze mną stwierdził nawet, że chciał mieć mnie u siebie, gdy prowadził Cracovię. Mnie namówiła dziewczyna, żebym przyszedł do trenera i wyjaśnił wszystkie nieporozumienia. Zrobiliśmy to dość szybko, trener ma taki sposób bycia. Mnie najbardziej bolało, że on mówił, iż ja mam konflikt z drużyną, a nie z nim. To było dla mnie poniżej pasa. Tak samo ktoś mnie spytał, czy trenerowi Probierzowi podałbym rękę. Pewnie, ale nie do ręki, tylko gdzie indziej. Sebastian (Mila – przyp. MRS.) powiedział, że sytuacja z Probierzem to było kopanie leżącego. Dla mnie Śląsk jest ważniejszy niż sam trener. Dzisiaj jest, jutro go nie ma. Ja w tym klubie grałem, coś mu dałem i w dalszym ciągu chciałem tu być. Gdziekolwiek nie pójdę, zawsze będę miał sentyment do Śląśka.

W niektórych momentach wydawało się, że Ty jesteś najważniejszy, a Śląsk kręci się wokół Ciebie.

– Każdy ma prawo do swojego zdania. W ogóle słuchaj: dzwoni do mnie jakiś tam dziennikarz i mówi, żebym ja mu o wszystkim opowiedział. On zadzwoni wtedy do trenera, powie mu to, co usłyszał ode mnie, i w ten sposób doprowadzi do konfrontacji. To ja mówię: czy ty jesteś, kurwa, normalny? Czy ty się na pewno dobrze czujesz? Jak chcesz być mądry, to zróbcie konferencję prasową, na której będą wszyscy zainteresowani. Trener będzie coś mówił, a ja będę obok. Tak samo było na Cyprze. Dostałem komunikat, że jestem odesłany do domu. Trener chciał, żebym wyszedł z odprawy. Czekałem, aż zacznie mówić, ale nie zaczął, dopóki nie wyszedłem. W końcu zrobiłem to i słuchałem zza drzwi. To nie było nawet śmieszne, tylko żałosne. Zobacz, pomagałem Amirowi, od kiedy przyszedł tutaj. W każdej sprawie. Jesteśmy bardzo dobrymi kolegami, dzieliliśmy razem pokój. I trener mówi, że on był terroryzowany przeze mnie. Uważam, że wielu ludzi nie zna prawdziwego oblicza trenera, nie wie, jaki on jest.

Po tych dwóch głośnych sprawach wierzysz, że w polskiej lidze ktoś skusi się jeszcze na Sotirovicia?

– Nie musi. Ja nikomu nie będę się narzucał. Zrobiłem tu wiele dobrych rzeczy. Czy ktoś z ludzi, którzy mnie krytykują, wziął głodnego z ulicy na obiad? Niech każdy skupi się na sobie. Ja mogę ze spokojem spojrzeć w lustro, bo wiem, że jestem dobrym człowiekiem i nie mam żadnych wyrzutów sumienia. I na tym skończmy, bo tylko się zdenerwowałem.

Reklamy

– Na stadionie jestem codziennie. Chodzę na spacery, robię kółka po okolicy. Lekarz mi zalecił, bez tego ciężko by z moim zdrowiem było. Zachodzę na Oporowską, tam pan Wiesiek pracuje, który dba o murawę. Przywitam się z nim, bo przecież byłem jego trenerem, znamy się. Dlaczego tam chodzę? Z sentymentu. Chociaż murawy mogę dotknąć.

– Mistrzu, jest coś do mnie? – mówi na klatce schodowej do listonosza pan Paweł. – Nie, szefie, dziś nic. Jeśli ktoś powinien się w tej sytuacji zwracać do kogoś per „mistrzu”, to na pewno nie Śpiewok. On swoje już w życiu osiągnął. Prowadzi mnie na pierwsze piętro bloku przy ul. Szczęśliwej. Po drodze mijamy jeszcze gościa, dla którego mimo przedpołudniowej pory ten dzień mógłby już się skończyć, tak jest urżnięty, i wchodzimy do małego mieszkania państwa Śpiewoków. Małżonki nie ma w środku, jest za to mały piesek, ale wątpliwe, żeby pilnował dobytku. Ewidentnie nie jest do tego stworzony. Może przydałby się, kiedy panu Pawłowi okradano piwnicę z dorobku jego życia. Nie poginęły żadne rowery, meble i drogie rzeczy, bo życiem pana Pawła była i jest piłka nożna. Złodzieje połasili się na trochę pucharów, statuetek, zdjęć i wycinków, czyli tak naprawdę zabrali to, co dla Śpiewoka stanowi największą frajdę do dziś. Jednak część z nich się uchowała.

Pan Paweł w tym roku skończy 71 lat, ale jego serce nadal bije dla futbolu. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Na stole aktualny numer „Przeglądu Sportowego”, tematem na topie jest akurat wyrzucenie Vuka Sotirovicia z cypryjskiego zgrupowania Śląska Wrocław. Śpiewok natychmiast mnie zagaduje. – Co sądzisz o tej całej sprawie? Ja sam nie wiem, co mam myśleć. Do końca nie wiemy, jak tam było, ale Lenczyk sobie nie pozwoli na takie numery. Zawsze mówiłem, że w drużynie muszą być piłkarze spokojni i narwańcy, ale ten to chyba przesadził. Czasami byłem świadkiem, jak schodził do szatni po treningu, klął na prawo i lewo, a do kolegi potrafił rzucić tylko krótkie „spierdalaj”.

Na meblach stoi kilka pucharów, ścianę zdobi parę dyplomów. Moją ciekawość wzbudza jednak zawartość barku. Za szybą nie ma alkoholu. Jest za to serwis do kawy, na dzbanku i każdej filiżance herb Śląska Wrocław. Serwis wysłużony, widać szczególnie po herbach, że czas odcisnął na nim piętno. Pan Paweł do rozmowy jest przygotowany perfekcyjnie. Opowiadania i anegdoty to rzecz gustu, ale wszystkie wycinki, zdjęcia i pamiątki leżą przygotowane na stole. – A jak czegoś zabraknie, to znajdę tutaj – mówi i otwiera pufę, gdzie ma schowane wszystkie materiały. Trzeba powiedzieć, że Śpiewok to bardzo skromny człowiek. Długo nie docierało do niego, że ja tu po jego historię przyszedłem, a nie Śląska i boiskowych kolegów. Że te wszystkie składy, zdjęcia i statystyki to świetny dodatek. Właśnie, dodatek do głównego bohatera, którym jest on. A pan Paweł przez kilka godzin zachowywał się tak, jakby w całej sportowej przygodzie, którą przeżył, grał drugoplanową rolę. Jakby mówił: „Ja tu tylko sprzątam”

Śpiewok urodził się 16 lipca 1940 r. w Katowicach. Jeśli ktoś spojrzy na polski futbol z lat 60., 70. i 80., to nie będzie miał żadnych wątpliwości, że wielkie piłkarskie talenty przychodziły na świat na Górnym Śląsku. Większość dorastała zazwyczaj w trudnych warunkach, bo w domu się nie przelewało. Co więc zostawało w tych trudnych czasach? Sport. To mniej więcej podobne historie do tych, które poznaje się z biografii mnóstwa brazylijskich piłkarzy. Slumsy, mieszkanie w kartonach, praca od świtu do nocy przy sprzedaży owoców i ryb, żeby jakoś związać koniec z końcem. Tylko że tutaj, zamiast plaży i owoców morza, zostawało gęste, zanieczyszczone powietrze i praca w kopalni. Ryzyko, że któregoś dnia zjedziesz na dół i już nie wrócisz. Żyć inaczej, bezpieczniej i lepiej udawało się tylko nielicznym.

Pan Paweł był jedynym chłopcem spośród czwórki rodzeństwa. Po ojca przyszli i zabrali go na wojnę. Matka musiała więc biegać od jednej roboty do drugiej, żeby utrzymać rodzinę. Sprzątała, imała się dorywczych zajęć. Pomagał też dziadek, ale było jasne, że mały Paweł musi szybko nauczyć się prawdziwego życia. – Szukaliśmy sposobów na zarobek, bo na Śląsku nie było miodu. Brało się drzewa, zapinało je specjalnym metalem i sprzedawało. No i wiadomo, na hałdy się po węgiel chodziło – wspomina Śpiewok. Chodziło się też na boisko. Dla wielu dzieciaków to była jedyna rozrywka, ucieczka od szarej rzeczywistości. Tam, gdzie mieszkał, czyli w dzielnicy Zawodzie, było dwóch talenciaków: on i Joachim Stachuła. Obaj bardzo zdolni, ciekawy materiał na piłkarzy. Dla pana Pawła nie było większej świętości niż futbol. Nawet Bóg musiał zaczekać, aż skończy się mecz. Dopiero wtedy mógł liczyć na chwilę uwagi. Śpiewok śmieje się z tego do dziś. – Jak miałem 8 lat, to ze świeczką uciekłem, bo szedłem do I Komunii Św. Po nabożeństwie, zamiast do domu, pobiegłem na boisko. Musiałem mecz rozegrać. Jak skończyliśmy, to dopiero się pokazałem matce. Ona stała już w drzwiach i mówi: Paweł, wszyscy goście na ciebie czekali, a ty na mecz pobiegłeś! Ale taki człowiek był, wiesz. Na podwórku ustawialiśmy bramki i graliśmy dzielnica na dzielnicę – mówi. Na każdym z takich meczów roiło się od trenerów. Przychodzili, oglądali, po niektórych chłopaków wracali i mówili: młody, dobry jesteś, przyjdź jutro na trening. Śpiewokowi i Stachule się poszczęściło. Zostali zauważeni i dostali angaż w drużynie trampkarzy Kolejarza Katowice.

W Kolejarzu Śpiewok pokonywał kolejne szczeble drużynowej hierarchii, którą często układano w najprostszy sposób – na podstawie wieku. Wraz z nim rosły też szanse na zaistnienie w poważnej piłce. A przesłanki ku temu, że w futbolu Śpiewok coś osiągnie, były niemałe, ponieważ dostawał regularne powołania do reprezentacji Górnego Śląska. Gra w jej barwach stanowiła wtedy wielki prestiż, bo na zgrupowania nie jeździł byle kto. Starannie wyselekcjonowana grupa. Zresztą, wystarczy spojrzeć na nazwiska piłkarzy, którzy stanowili reprezentację województwa. Pierwsi z brzegu – Józef Gałeczka, Eugeniusz Faber, Joachim Stachuła, Eugeniusz Lerch. Same legendy. Dziesiątki występów w reprezentacji Polski, setki meczów w ekstraklasie. Wielu zawodników kopiących dzisiaj piłkę marzy, żeby zagrać tyle razy w polskiej lidze, ile oni strzelili w niej bramek. Śpiewok występował u ich boku. Wierzył, że piłka da mu godne życie. Jednak nic za darmo. Standardem w tamtych czasach była druga, czasem nawet trzecia praca, jeśli za pierwszą uznać futbol. – Kolejarz załatwił mi etat na Torkacie, to było katowickie lodowisko, bo jego dyrektorem został mój znajomy. Pomagałem w maszynowni, jednocześnie chodząc na treningi. Człowiek zawsze znalazł na wszystko czas, młody był – opowiada Śpiewok. – Wieczorami w pracy często nie miałem co robić, więc kumpel za którymś razem mówi: Paweł, chodź tutaj, mamy sprzęt bramkarski, postrzelam ci. Weszliśmy na lodowisko, tylko że ja w gumowych butach, i tak graliśmy. Z góry obserwował nas Alfred Gansiniec (dwukrotny olimpijczyk, szkoleniowiec reprezentacji Polski, 47-krotny reprezentant kraju – przyp. MRS), trener Górnika Katowice. Nagle krzyczy: Ej, chopak, chodź tu, ino ja ci dam na łyżwy. Dostałem pieniądze, kupiłem łyżwy i zacząłem uczyć się na nich jeździć.

W ten sposób rozpoczął przygodę z hokejem, jednocześnie pracując i grając w piłkę. Wyobrażacie sobie taką sytuację dzisiaj? Mariusz Czerkawski albo Krzysztof Oliwa występują w Polskiej Lidze Hokeja. W tym samym czasie pracują w jakiejś firmie, a każdy z nich marzy o kontrakcie w dobrym klubie z Europy lub NHL. Nagle Czerkawski zaczyna dodatkowo trenować w zespole piłkarskim, a Oliwa stawia na karierę bokserską, do bicia to on akurat by się nadawał. Rzecz tak bardzo wątpliwa, że właściwie niemożliwa. Jednak lata 50. rządziły się swoimi prawami. Za uprawianie sportu na wysokim poziomie często nie dostawało się pieniędzy, bo w zamian czekały etaty w państwowych firmach. – I to z zaznaczeniem, że część zarobków szła do klubu, a reszta trafiała do nas – dodaje pan Paweł. W Górniku Katowice, podobnie jak w Kolejarzu, musiał czekać na swoją kolej. Najpierw był trzecim bramkarzem, potem drugim, aż wreszcie mógł założyć bluzę z numerem 1. Dzielił ją wespół ze znakomitym Józefem Wacławem. Obojętnie obok udanych interwencji Śpiewoka nie przeszedł selekcjoner młodzieżowej reprezentacji Polski. Nastolatek dostał zasłużone powołanie. – Grałem w lidze i reprezentacji Polski, a wtedy była to wielka sprawa. Matka się cieszyła, ja też, ponieważ mogłem jej pomóc, gdy byłem na swoim garnuszku. Pakowałem walizkę, wyjeżdżałem z domu i wracałem z powrotem. Na Śląsku to było wtedy… oj, ja pierniczę, jakie wyróżnienie. Dla całej rodziny święto niesamowite, coś wielkiego. Zresztą sama gra w Górniku Katowice to był ogromny prestiż – wspomina pan Paweł. Wówczas sprawa tytułów mistrza Polski co roku rozstrzygała się między Górnikiem właśnie, a Legią Warszawa. W końcu nadszedł 1960 r. i mistrzostwo Polski dla katowiczan. Dla Śpiewoka trofeum tym ważniejsze, że zdobyte z jego sporym udziałem.

Po przygodzie z Torkatem pracował później w kopalni. Jako kalfaktor, człowiek do robót na powierzchni i nie tylko. – Wchodziłem do magazynu, ładowałem narzędzia, a potem jeździłem z nimi na dół. I tak w kółko – tłumaczy. A jeśli ktoś miał wówczas etat w kopalni, nie mógł być wzięty w kamasze. Dlatego kiedy Śpiewoka przeniesiono na kolej, żeby sprawował tam funkcję elektryka, zainteresowało się nim wojsko. Zgodnie z zasadą: „Jeśli nie możesz pokonać wroga, to się z nim zaprzyjaźnij”, po Śpiewoka wybierano się z Warszawy. Miał grać w hokeja w stołecznej Legii. Ostatecznie nic z tego nie wyszło z bardzo prostej przyczyny – zwykłego kantu. Jeden z lekarzy założył panu Pawłowi gips na nogę. Zdrową nogę. – Zrobił to, popatrzył i mówi: no, to teraz cię nie wezmą. Zadzwonisz do Warszawy, że jesteś chory i masz nogę w gipsie – przypomina. Tak zrobił. W tym samym czasie zainteresował się nim Śląski Okręg Wojskowy. – Przyjechała WSW. Matka to zobaczyła i mówi: masz tutaj nóż, rozcinaj to cholerstwo, wsiadaj do pociągu i jedź. To była zima 1960 roku. Kto idzie 18 grudnia do wojska? – pyta z uśmiechem.

Wylądował we Wrocławiu, gdzie wojsko chowało go w jednostce na Klecinie. A dokładniej w kuchni. Potem pana Pawła przeniesiono do kompanii sportowej, która znajdowała się przy ul. Powstańców Śl. – Wszędzie zawodnicy. Pełno lekkoatletów, koszykarzy, piłkarzy. Do Śląska brali tylko najlepszych – mówi Śpiewok. Pokój dzielił z legendarnym koszykarzem WKS Mieczysławem Łopatką. Natomiast do drużyny piłkarskiej, występującej w II lidze, trafił razem ze Stachułą, kolegą z podwórka. Skoro wspólnie za młodu walili piłką w trzepak, dlaczego tak samo nie miałoby być we Wrocławiu? Rówieśnicy, obaj urodzeni w 1940 r. Mało tego, podczas gry w Śląsku w ręce koleżeńskiego duetu trafiły powołania do młodzieżowej reprezentacji Polski. Śpiewok zagrał z orłem na piersi pięć razy. W „młodzieżówce” zdążył pokonać 1:0 NRD, a debiutował nieco wcześniej przeciwko Rumunii. W seniorskiej reprezentacji nigdy nie wystąpił, w przeciwieństwie do Stachuły, który zaliczył w niej jeden występ – w wygranym 3:1 wyjazdowym meczu z Turcją w 1969 r. Dla wrocławskich kibiców najważniejszy był fakt, że Śląsk w sezonie 1963/64 wywalczył historyczny, bo pierwszy, awans do I ligi. Właśnie ze Śpiewokiem i Stachułą w składzie. W debiutanckim sezonie obaj wpisali się na stałe do historii klubu. Stachuła zdobył pierwszą bramkę w historii występów Śląska w najwyższej klasie rozgrywkowej – wykorzystał rzut karny w spotkaniu z Gwardią Warszawa. Śpiewok, nie dość, że zagrał wszystkie mecze w pełnym wymiarze czasowym, to jest również pierwszym zawodnikiem WKS, który strzelił dwie bramki w jednym spotkaniu w ekstraklasie. Dokonał tego w meczu z Górnikiem Zabrze (3:6), niestety, były to trafienia na 1:3 oraz 2:5. Jak się okazało, pan Paweł na zabrzan miał patent, bo jeszcze w tym samym sezonie wyczyn powtórzył. Działo się to za czasów trenera Władysława Giergiela. Ci, którzy znali szkoleniowca, uważali go za wspaniałego człowieka. Zarażał pasją do futbolu, opowieściami z boiska sypał jak z rękawa. – Zawsze żartował. Spotykaliśmy się rano w kawiarni albo w Orbisie. Dyskutowaliśmy, rozwiązywaliśmy problemy. Trener to był taki, jak ja to mówię, przyjaciel humorysta, zawsze jakieś kawały opowiadał. Zawsze mówił: „Jak chujowi dziób przyprawić, nigdy orłem nie będzie”, he he. Żarty ciężkie, ale w drużynie panowała dobra atmosfera – śmieje się Śpiewok. – Później, w latach 70., też się o nią dbało. Żartów sporo było, bo uważam, że atmosfera to podstawa, no nie? Kalinowskiemu zawsze kamienie do torby wkładałem. Dźwigał i krzyczał: „Kurwa, czemu to takie ciężkie?” – dodaje. Jeden z dziennikarzy dostał polecenie, że ma zdobyć wszystkie pseudonimy zawodników Śląska. Zadanie wykonał perfekcyjnie, a przy okazji kibice dowiedzieli się, że pan Paweł to we wrocławskiej szatni po prostu „Kwadracik”. – Czemu? Bo byłem dość nabity, sam widzisz na zdjęciach. Tak krzyczeliśmy do siebie, jeden do drugiego. Żmuda to był „Profesor”, Brola ochrzczono „Bamber”, a mnie nazywali „Kwadracik” – wyjaśnia.

Giergiel odszedł w końcu z Wrocławia. Po pewnym czasie objął Motor Lublin i ściągnął Śpiewoka do swojego zespołu. Pan Paweł w sezonie 1969/70 strzelił w Lublinie 6 bramek, w kolejnym – jedną. Co ciekawe, w 2005 roku „Kurier Lubelski” umieścił go w gronie kandydatów do tytułu najlepszego piłkarza w historii Motoru. Kiedy Śpiewok się o tym dowiaduje, nie kryje przyjemnego zaskoczenia. – Tak? – uśmiecha się. – Zupełnie o tym nie wiedziałem. Widzisz, to miło, że pamiętają. Po krótkim epizodzie na Lubelszczyźnie wrócił na Dolny Śląsk. Nie na długo, bo w 1973 roku wyjechał do USA. Konkretnie do Chicago. W latach 70. trzeba było się sporo napocić, żeby zdobyć paszport i wizę. Śpiewokowi pomógł Wojciech Łazarek, który pracował wówczas w Lechu Poznań. „Baryła” załatwił więc dokumenty, a za oceanem czekał już Henryk Apostel. Wyjechać wtedy z Polski do USA to jak trafić szóstkę w totka. Inne pieniądze, lepsze życie i perspektywy. W polonijnej drużynie „Eagles”, czyli „Orłów”, Śpiewok i Apostel wymieniali się funkcjami. Kiedy jeden prowadził treningi z pierwszą drużyną, drugi doglądał juniorów. I odwrotnie. Podobnie jak przed laty na Górnym Śląsku, tak w USA Śpiewok również złapał etat. Tym razem pracował jako barman. Gdy jechał na zajęcia lub mecz, zastępowali go koledzy. Z czasem w Ameryce powstała całkiem liczna kolonia przybyszów z Polski, którzy doskonale wiedzieli, jak obchodzić się z piłką. Jeden ściągał drugiego, drugi trzeciego, a ten kolejnego. Jak w łańcuszku. – Takie czasy były, więc sobie wzajemnie pomagaliśmy – tłumaczy pan Paweł. Właśnie, „Pan Paweł”, bo taki pseudonim zyskał w Stanach. W publikacjach z owych czasów, dotyczących jego pracy z dala od kraju, wyrażano się o Śpiewoku w ten sposób. – Z szacunku do mnie. Jak rodzice chłopaków, którzy u nas grali, pracowali od 8 do 20, to się podjeżdżało samochodem pod dom i zabierało do klubu. Naprawdę byli mi za to wdzięczni – mówi. Ponadto pod jego wodzą juniorzy Eagles zdobyli dwukrotnie tytuł mistrza Ligi Juniorów, wygrali także mistrzostwo stanu Illinois. „Paweł Śpiewok w ciągu dwuletniego pobytu był nie tylko czołowym zawodnikiem i trenerem, ale przyjacielem piłkarzy, jak i wszystkich sympatyków tego sportu. Nic więc dziwnego, że zjednał sobie setki przyjaciół” – tak pisano o nim w jednej z gazet, kiedy wracał do Polski.

Za ocean podróżował jednak często. Potrenował, popracował, zarobił trochę pieniędzy i znów obierał kurs na Polskę. Tutaj czekała na niego przecież rodzina. Poza tym tęsknił za domem. I za Śląskiem, z którym wiąże się słynna historia z roku 1982 r. Trenerem WKS był wówczas Jan Caliński, a swoim asystentem mianował Śpiewoka. W sezonie 1981/82 wrocławianie spisywali się znakomicie, byli rewelacją ligi. Został im ostatni mecz – na własnym stadionie z Wisłą Kraków, a zwycięstwo dawało Śląskowi pewny tytuł mistrzowski. Nawet remis przy korzystnych wynikach innych spotkań mógł ten tytuł zagwarantować. Zespół miał udać się na przedmeczowe zgrupowanie do Sycowa i zrobił to, lecz bez Calińskiego i kilku zawodników. Z drużyną pojechał Śpiewok, a część piłkarzy i działaczy, którzy zostali we Wrocławiu, miała zadbać o to, żeby boiskowe sprawy nie wymknęły się spod kontroli. Wyszło tragicznie, bo Śląsk przegrał 0:1 z Wisłą Kraków, Widzew zremisował w Chorzowie z Ruchem 1:1 i to łodzianie cieszyli się z mistrzostwa Polski. Okazało się, że wiślacy skasowali dwie premie, jednak ta z Łodzi była bardziej zachęcająca. O tamtym przekręcie mówi się do dziś. Na pytania o wspomniane wydarzenia pan Paweł odpowiada niechętnie. Ścisza głos i rzuca tylko: – Nie ma o czym gadać… Widać, że mimo upływu lat, trochę to w nim jeszcze siedzi. Z tamtego sezonu Śpiewokowi pozostała ciekawa pamiątka. Dziennik treningów, a w nim kary dla zawodników, rozkład zajęć, meczów i poszczególnych wyjazdów.

Dziś pan Paweł choruje na serce. Bije ono tylko dzięki specjalnej aparaturze. Niemal codziennie zagląda do pobliskiego szpitala, gdzie lekarze monitorują stan jego zdrowia. Emerytura? Około 1200 zł. Jak mówi Śpiewok, 300 zł na lekarstwa, 400 zł na mieszkanie i zostaje niewiele. Dobrze, że wciąż ma oparcie, także finansowe, w żonie. – Nie ma co narzekać, takie były kiedyś czasy. Niczego nie żałuję – szybko ucina. – Napisz na końcu, że ja marzę o tym, żeby Śląsk postarał się o świetny zespół. Bo może zdarzyć się tak, że będziemy mieć piękny stadion, a nie będziemy mieć drużyny. Przyjdzie na mecz 5 tysięcy kibiców i to będzie tragedia. I tego chyba najbardziej się teraz boję – przyznaje pan Paweł.

– Na stadionie jestem codziennie. Chodzę na spacery, robię kółka po okolicy. Lekarz mi zalecił, bez tego ciężko by z moim zdrowiem było. Zachodzę sobie na Oporowską, tam pan Wiesiek pracuje, dba o murawę. Przywitam się z nim, bo przecież byłem jego trenerem, znamy się. Dlaczego tam chodzę? Z sentymentu. Chociaż murawy mogę dotknąć.

Historia Kamila Bilińskiego pokazuje, że talent i potencjał niepoparte pracą to w futbolu naprawdę niewiele.

Janusz Kudyba, kiedyś wyrastający ponad ligową przeciętność napastnik Śląska Wrocław i Motoru Lublin, a dziś trener Miedzi Legnica, miał okazję pracować z Bilińskim w sezonie 2007/2008. Prowadził wtedy Gawina Królewska Wola, który występował w III lidze. Przed rozpoczęciem rozgrywek sprowadził napastnika Śląska Wrocław do siebie na zasadzie wypożyczenia. Biliński nie zdążył się w Królewskiej Woli dobrze zaaklimatyzować, a już musiał pakować walizki i wracać z podkulonym ogonem do Wrocławia. W pierwszych trzech meczach III ligi spędził łącznie na boisku raptem 35 minut. W czwartej serii spotkań Gawin podejmował Miedź Legnica. Po nieco ponad godzinie gry gospodarze prowadzili 2:1. Wtedy Kudyba zdjął z murawy Damiana Szczęsnego i wprowadził za niego Bilińskiego. Niespełna kwadrans wystarczył, żeby trener Gawina stracił cierpliwość do swojego podopiecznego. Biliński po zaledwie 14 minutach gry mógł biec pod prysznic. W żargonie piłkarskim na taką zmianę mówi się, że piłkarz „dostał wędkę”. Każdy, kto kiedykolwiek uprawiał futbol choćby na poziomie juniorskim, wie, że dla piłkarza to jedna z najbardziej wstydliwych rzeczy, ogromny dyshonor. – Kamila nie interesowała agresywna gra. Jak się wpuszcza w takim momencie napastnika w pełni sił na boisko, to on ma stwarzać zagrożenie i walczyć za dwóch. Dokonałem więc szybkiej zmiany. Wówczas Kamil wzburzony zszedł z boiska i udał się do szatni – przypomina tamten incydent Kudyba. Szkoleniowiec szybko przeanalizował sytuację i uznał, że po takim zdarzeniu dla Bilińskiego nie ma miejsca w zespole. Jak mówi, sprawę „przyklepał” prezes klubu Andrzej Gawin i zawodnik wrócił do drużyny rezerw Śląska. – Później Kamil zadzwonił i przeprosił za swoje zachowanie, ale było już po wszystkim. Dla niego na pewno był to szczególny okres – dodaje Kudyba.

Zawodnik nie rozpamiętywał długo niepowodzenia w Gawinie, bo i nie musiał tego robić. W kolejnym sezonie Śląsk awansował do ekstraklasy. A skoro pierwsza drużyna znajdowała się w najwyższej klasie rozgrywkowej, to zgodnie z normami przyjętymi przez PZPN „drugi sort” i mniej doświadczeni zawodnicy mieli ogrywać się w Młodej Ekstraklasie. To oznaczało tyle, że nadarza się znakomita okazja do promocji własnej osoby, a przede wszystkim do częstszych występów. Biliński dobrze ją wykorzystał. W rozgrywkach Młodej Ekstraklasy zdobył 21 bramek. Został królem strzelców, wyprzedzając kolejnych w klasyfikacji Adriana Świątka i Łukasza Burligę aż o 9 goli. W dużej mierze dzięki jego świetnej postawie Śląsk zajął wysokie, szóste miejsce w tabeli. Jego znakomita gra nie umknęła też uwadze rywali, ponieważ kapitanowie i trenerzy drużyn wybrali Bilińskiego najlepszym zawodnikiem Młodej Ekstraklasy. Ponadto zawodnik dołożył cegiełkę do zdobycia Pucharu Ligi (2 bramki w 5 spotkaniach) oraz zaliczył pierwsze i, jak do tej pory jedyne, trafienie w ekstraklasie podczas wygranego 2:0 meczu z Jagiellonią Białystok (10,91668,6541057,25__kolejka__Slask___Jagiellonia_2_0__Bilinski__2_0_.html). Kiedy wszystkim dookoła, Kamilowi pewnie też, wydawało się, że droga do dużej kariery po udanym sezonie jest już bardzo prosta, te przypuszczenia boleśnie zweryfikowało boisko.

Trener Ryszard Tarasiewicz w kolejnych rozgrywkach po Bilińskiego sięgał niechętnie. Nawet kiedy notorycznie kontuzjowany był Vuk Sotirović, opiekun Śląska wolał wystawiać w pierwszym składzie Tomasza Szewczuka. Szewczuk może nie należy do wirtuozów, ale zawsze walczy za dwóch i nogi nie odstawi. Bilińskiemu takiej waleczności brakuje do dziś. Ale to niejedyny powód tego, że Biliński, mimo młodego wieku, już teraz uznawany jest przez liczne grono ludzi związanych z futbolem za stracony talent. – Na treningach trzeba było stać nad nim z batem. Jak się go przypilnuje, to pracuje jak należy – mówi Andrzej Ignasiak, szkoleniowiec, który prowadził Śląsk w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy w czasach, gdy brylował w niej Biliński. Kudyba wyszedł z innego założenia. – Z niewolnika nie ma pracownika. Ja nie zamierzam być dla zawodników katem. Jeśli ktoś podchodzi do zawodu profesjonalnie, to powinien zdawać sobie sprawę, że każdy trening to sprawdzian umiejętności i element rywalizacji wewnątrz zespołu. Kamil do treningów miał lekkie podejście, coś na zasadzie: „miejsce w składzie należy mi się bez względu na wszystko”. Takie zachowanie jest niedopuszczalne. Uznałem wtedy, że jeśli mam go zmuszać albo motywować, że powinien coś robić dla pieniędzy, to nie jestem do tego odpowiednim człowiekiem – tłumaczy.

Postanowiliśmy dowiedzieć się, czy Biliński rzeczywiście miał dwie lewe ręce do pracy, u samego źródła. Zadzwoniliśmy więc do piłkarza. – Nie ma pan o czym pisać artykułu, tylko o takich głupotach? Możemy porozmawiać na mnóstwo innych tematów, ale na takie pytania nie lubię i nie będę odpowiadał – odpowiedział stanowczo, ale bardzo spokojnie, Biliński. Za chwilę jednak dodał: – Oczywiście, że to nieprawda. Ludzie szukają sensacji i dziury w całym. Chyba to jasne, że każdy piłkarz trenuje na 100 procent możliwości i daje z siebie wszystko, żeby grać jak najlepiej. Ja nie jestem wyjątkiem.

Opinie dwóch trenerów, którzy mieli pod skrzydłami młodego napastnika, coś jednak znaczą. Czym więc Biliński, którego okrzyknięto wielkim talentem, wyróżniał się spośród pozostałych napastników i dlaczego miał tak udany sezon w Młodej Ekstraklasie, skoro nigdy nie był skory do pracy? – Imponował techniką i szybkością – charakteryzuje go Ignasiak. – No i miał tę jedną cechę: niesamowite szczęście. Piłka szukała go w polu karnym. Gdy wydawało się, że z akcji nic już nie wyjdzie, to piłka odbijała się od trzech obrońców i zawsze trafiała pod jego nogi – dodaje.

W połowie sezonu 2009/2010 Bilińskiego wypożyczono do pierwszoligowego Znicza Pruszków. Tam w 9 meczach strzelił 4 gole i ponownie wrócił do macierzystego klubu. Latem 2010 do Wrocławia sprowadzono dwóch napastników: Cristiana Omara Diaza i Łukasza Gikiewicza. To oznaczało, że Bilińskiego znów czekała zsyłka, tym razem do Górnika Polkowice. Tam, występując w I lidze, nie zdobył żadnej bramki. Mało tego, w wielu spotkaniach grywał tak zwane „ogony”, pojawiał się na boisku dopiero w końcowych minutach. Kiedy do niezłej dyspozycji wrócił Zbigniew Grzybowski, zawodnik nie pierwszej młodości, a Mateusz Piątkowski nadrobił zaległości treningowe spowodowane kontuzją, którą leczył w czasie letnich przygotowań, Biliński właściwie nie wstawał z ławki rezerwowych. Jeszcze w grudniu trener polkowiczan Dominik Nowak uznał, że piłkarz nie będzie mu potrzebny wiosną i zrezygnował z wypożyczenia. Za oznakę słabości Bilińskiego niech posłuży fakt, że dziś Górnik, po pożegnaniu Bilińskiego, ma w swojej kadrze tylko dwóch napastników. Mimo to klub nie chciał go zatrzymać. Kolejne pół roku napastnik spędzi ponownie w innym zespole. Wszystko wskazuje na to, że trafi do MKS Kluczbork, z którym pojechał na obóz przygotowawczy. Według niektórych źródeł trener Grzegorz Kowalski wcale nie jest zwolennikiem sprowadzenia Bilińskiego, a jego wypożyczenie będzie spowodowane finansowymi problemami MKS.

Czy po takich perturbacjach i kilku nieudanych epizodach napastnik Śląska ma szanse zaistnieć jeszcze w poważnym futbolu? Ignasiak twierdzi, że zbyt dawno oglądał go w akcji, by cokolwiek wyrokować. Jednak zaraz dodaje, zresztą podobnie jak Nowak, że Biliński potrzebuje stabilizacji. – To, że ciągle tuła się po różnych klubach, na pewno ma wpływ na jego formę – mówi. Innego zdania jest Kudyba, który stawia sprawę jasno: – Nikogo nie przekreślam, ale Kamil ma 23 lata i ciężko będzie mu zrobić prawdziwą karierę. To sprawa charakteru. Miał potencjał i talent, ale to za mało, żeby stać się dobrym piłkarzem. Niewielu jest graczy, którym coś przychodzi łatwo, bez wysiłku. Kamil tego nie zrozumiał i jest teraz w takim, a nie innym miejscu.

Swego czasu Biliński był nawet na testach w warszawskiej Legii. W sparingu zagrał zaledwie 26 minut, więc siłą rzeczy je oblał. Kiedy odbierał zasłużone nagrody za błyskotliwy sezon w Młodej Ekstraklasie, niektóre serwisy sugerowały stołecznym działaczom, że popełnili wielki błąd. Dziś przy Łazienkowskiej pewnie nie pamiętają, że taki napastnik jak Biliński jeszcze istnieje.

Kiedy grał w Boliwii na wysokości prawie 4000 metrów nad poziomem morza, wydawało mu się, że umrze. Jednak w tamtejszej ekstraklasie pokazał instynkt kilera. Jako napastnik San Jose Oruro zdobył 35 bramek, a przy okazji dwa razy zgarnął koronę króla strzelców. Postanowił podbić Europę i trafił do Śląska Wrocław. Jak sam mówi, oferta gry w Polsce nie była dla niego zaskoczeniem. W przeciwieństwie do… śniegu.

Jak się czujesz po kontuzji, której nabawiłeś się podczas meczu z Legią Warszawa?

CRISTIAN OMAR DIAZ: – Powoli dochodzę do zdrowia. To było bardzo trudne przeżycie dla mnie. Musiałem nosić gips. Teraz wracam do formy i chcę spokojnie podążać odpowiednią drogą, żeby jak najszybciej wrócić na boisko.

To był pierwszy poważny uraz w Twojej karierze?

– Tak. Pierwszy tak poważny, odkąd gram w piłkę. Dlatego mam wrażenie, że było to dla mnie tak trudne, by przejść rehabilitację i psychicznie przetrwać ten okres, co jest bardzo ważne przy takich urazach.

Żeby strzelać bramki, musisz dojść do pełnej sprawności fizycznej. Poza tym rozegrałeś raptem kilka meczów pod wodzą nowego trenera Oresta Lenczyka, który nie zdążył Cię poznać. Ciężko będzie wywalczyć miejsce w podstawowym składzie.

– Nie boję się tego. Przeciwnie, mam wielką ochotę, żeby wrócić na boisko. Przeogromną ochotę! Poza tym jestem bardzo szczęśliwy, że moim kolegom idzie bardzo dobrze. Kiedy nabawiłem się kontuzji, chłopaków mocno to dotknęło, a nawet na nich wpłynęło. Na szczęście drużyna zdołała przezwyciężyć złe momenty. Koledzy musieli wyciągnąć klub z dołka i zrobili to.

Trener Lenczyk podobno nie darzy sympatią obcokrajowców.

– Słyszałem takie opinie także od innych dziennikarzy, ale nie odczułem tego na własnej skórze. Nawet przez moment się nad tym nie zastanawiałem. Będę trenował i dawał z siebie 100 procent, a trener zdecyduje, czy znajdzie dla mnie miejsce w składzie, czy zostawi mnie na ławce rezerwowych. Po prostu. Podczas gdy ja będę wykonywał swoją pracę najlepiej jak umiem, trener będzie miał prawo podjąć ostateczną decyzję.

Na początku pobytu w Polsce bardzo pomocni okazali się Antek Łukasiewicz i Marian Kelemen, którzy grali w Hiszpanii i znają tamtejszy język. Zdążyłeś już poznać język polski na tyle, że radzisz sobie bez pomocy kolegów?

Coś tam chwytam, ale nie za dużo. No i rozumiem niektórych kolegów. Wiesz, uczę się bardzo powolutku. Nauka polskiego idzie mi teraz trudniej, ponieważ mieszkam już z moją rodzina i w domu rozmawiamy po hiszpańsku. Trochę uciąłem naukę polskiego, ale mam nadzieję, że będę ją kontynuował. Obiecuję, że kiedy w czerwcu zakończą się rozgrywki, nauczę się polskiego najlepiej, jak mogę.

Jak czują się w Polsce Twoje ukochane dziewczyny: córka i małżonka?

– Dobrze i spokojnie, choć teraz kiepsko znoszą pogodę. Jest zimno. Nie, jest bardzo zimno (śmiech). Dopiero od niedawna staramy się odkrywać miasto i poznawać Wrocław, ponieważ wcześniej raczej nie wychodziliśmy często z domu ze względu na córeczkę. Jest jeszcze mała i dłużej adaptuje się do innego klimatu. Jesteśmy we Wrocławiu na stałe, więc stopniowo będziemy poznawać wszystkie zakątki miasta. Czujemy się tutaj szczęśliwi.

Zaskoczyła Cię oferta gry w Polsce?

– Nie dowiedziałem się o niej z dnia na dzień, ponieważ zajmował się tym mój menedżer. Wspominał, że mogę przenieść się do klubu z Europy.

W takim razie nie była to żadna niespodzianka.

– Nie, nie, nie. Spodziewałem się tego. Menedżer przekazał mi, że otrzymałem propozycję gry w Europie, a ja miałem dużo chęci, żeby spróbować swoich sił na tym kontynencie. To może okazać się ważne dla mojej przyszłości.

(W tym momencie w domu Cristiana rozlega się dźwięk domofonu. Przed domem czeka już nasz redakcyjny fotoreporter).

Przyjechał fotoreporter. Chyba powinniśmy zrobić przerwę.

– Dlaczego? Możemy kontynuować. Fotograf jest na dole, więc musi wziąć jeszcze windę (słowo „winda” Diaz mówi po polsku). Znajduję się w swoim domu, więc jestem spokojny (śmiech). Możemy zrobić, jak chcecie.

(Robimy krótką przerwę w rozmowie. Fotoreporter robi zdjęcia przede wszystkim córeczce Cristiana. On sam znika w łazience i wraca po kilku minutach)

Poprawiałeś fryzurę?

– Nie, wróciłem z fizjoterapii, a za chwilę pojawiliście się wy. Rozumiesz, musiałem szybko się przebrać i przygotować do rozmowy (śmiech).

To kontynuujmy poprzedni wątek. Dlaczego zdecydowałeś się na grę w Polsce? Nie chciałeś występować w niemieckim TSV Monachium?

– Wybór klubu zależał też w dużym stopniu od mojego menedżera. Przyjechałem tutaj, żeby się uczyć, a jeśli w przyszłości zgłosi się po mnie większy albo lepszy klub, to czemu miałbym nie spróbować? Jednak teraz jestem w Polsce i będę grał najlepiej, jak potrafię, żeby realizować cele naszego klubu. I mam nadzieję, że spędzę w Polsce trochę czasu.

Dla wielu zawodników z zagranicy Polska ma być tylko przystankiem w drodze do lepszego klubu.

– Nie dla mnie. Pracuję po to, żeby realizować swoje cele. To jest najważniejsze dla mnie jako człowieka, bo to moja zasada życiowa, i jako futbolisty. Myślę, że jak ktoś otwiera ci drzwi, a ty grasz coraz lepiej, w końcu przychodzą oferty z coraz większych klubów. Dla mnie ważne jest, jak klub traktuje zawodnika. Jeśli dba o mnie w najlepszy z możliwych sposobów, zawsze jestem mu za to wdzięczny. Cały czas będę pracował, a w przyszłości okaże się, czy zmienię klub, czy zostanę w Śląsku. Teraz jestem szczęśliwy tutaj.

Od dziecka wiedziałeś, że chcesz zostać zawodowym piłkarzem?

– Mogłem studiować, ale poświęciłem swoje życie piłce. Powiedziałem rodzicom, że nie nadaję się na studenta (śmiech). Dla mnie futbol zawsze był najważniejszy. OK, stało się tak, a nie inaczej, podjąłem taką decyzję i jestem teraz tutaj. Gram w Europie w ważnym klubie. Doceniam to, naprawdę, i chcę wykorzystać swoją szansę.

W Boliwii, gdzie dwukrotnie zostałeś królem strzelców tamtejszej ligi, kibice musieli traktować Cię jak gwiazdę.

– To było bardzo przyjemne. Jestem wdzięczny, że traktowano mnie tak miło. W futbolu są tacy, którzy cię kochają, albo tacy, którzy cię nienawidzą. To normalne. W San Jose zawsze mogłem liczyć na ludzi, którzy byli blisko, którzy mnie kochali. Dalej to czuję, bo dostaję mnóstwo maili i próśb, żebym do nich wrócił. Mam nadzieję, że wszystkie rzeczy, których dokonałem w San Jose, powtórzę tutaj.

Wcześniej grałeś w niższych ligach w Argentynie, a po transferze do Boliwii przez dwa sezony strzeliłeś w ekstraklasie aż 35 bramek. Dlaczego trafiłeś do San Jose tak późno?

– To dosyć długa historia. Miałem słabego menedżera i na jego temat nie warto nic mówić, ale ważnym momentem mojej kariery było znalezienie człowieka, dzięki któremu trafiłem do San Jose. On powiedział mi: jeśli będziesz dobrze grał w Boliwii, załatwię ci transfer do Europy. Skoncentrowałem się na tym i zachowywałem jak profesjonalista. W końcu przyszła oferta i znalazłem się we Wrocławiu.

A może byłeś po prostu za słaby, żeby wybić się w Argentynie, gdzie w piłkę gra mnóstwo zawodników?

– Rzeczywiście, w Argentynie jest to trudne i nie wszystko zależy tylko od ciebie. Połowa sukcesu opiera się na tym, czy robisz wszystko, żeby być profesjonalistą. Reszta to twój menedżer. Za dobrą grę dostajesz od niego nagrodę w postaci transferu do lepszego klubu, ale jest wielu piłkarzy, którzy nie mają szczęścia ani dobrego menedżera i zostają z niczym.

Prawdziwy z Ciebie Latynos. W meczu z Lechią Gdańsk trener zdjął Cię z boiska przed końcem, gdy przegrywaliście 0:2, a Ty po prostu się rozpłakałeś. Aż tak mocno przeżywasz mecze?

– Tak, w ogóle nie lubię przegrywać. Mam wrażenie, że porażki wpływały źle nie tylko na mnie, ale również na moich kolegów. W tamtym okresie nie wygrywaliśmy i nie potrafiliśmy tego zmienić. W ciągu tygodnia trenujesz i pracujesz po to, by wyjść na boisko i zagrać dobry mecz. Kiedy nie wychodzi, siłą rzeczy to wpływa na ciebie. I zawsze zbiera za to moja żona, bo przychodzę wkurzony do domu (śmiech). Ale ona pomaga odwrócić złą kartę i sprawić, że szczęście jest po mojej stronie.

Przez pierwsze miesiące musiałeś chodzić ciągle wkurzony.

Fakt, na początku wszystko było bardzo trudne. Nie rozumiałem języka, przegrywaliśmy i byłem tutaj sam, rozumiesz? To mnie przybijało, ale już jest po wszystkim.

Może nie utrzymałeś nerwów na wodzy, bo w Polsce nie było jeszcze Twojej rodziny?

– Nie, nie, nie. Żeby grać w futbol, trzeba być profesjonalistą i wszystkie rzeczy odłożyć na bok. Ale czasami to nie jest łatwe i one na ciebie oddziałują. No, wiesz o co chodzi.

Umiesz radzić sobie z presją? Śląsk zapłacił za Ciebie sporo pieniędzy i oczekuje, że będziesz strzelał bramki.

– Odkąd tu przyjechałem, nie czuję żadnej presji. Nie zwracam uwagi na pieniądze, które Śląsk za mnie zapłacił. Koncentruję się na swojej pracy. Jedyna presja, jaką odczuwam, to presja wewnętrzna, która motywuje mnie do jak najlepszej gry. Ona jest niezależna od ilości pieniędzy, które na mnie wydano.

Ale niektórzy uważają, że obcokrajowcy powinni być dużo lepsi od Polaków, żeby grać w naszych klubach.

– Ja zawsze staram się wykonywać swoją pracę na 100 procent możliwości. Wiesz, nie zawsze w życiu wszystko wychodzi tak, jak tego chcesz. Na początku gry w Polsce nie wszystko mi się udawało. Ponadto teraz dochodzę dopiero do zdrowia, ale w lutym chcę wrócić do najlepszej formy.

Polską ligę da się porównać do argentyńskiej i boliwijskiej?

– Są zupełnie różne. W Argentynie futbol jest bardzo szybki, liczy się technika. W Boliwii gra się dużo piłką. Z kolei w Europie wielką rolę odgrywa taktyka. Moim zdaniem polski futbol jest bardziej podobny do argentyńskiego.

Mówisz poważnie?

– Absolutnie nie twierdzę, że jest taki sam. Według mnie jest tylko bardziej podobny do argentyńskiego niż do boliwijskiego. Futbol w różnych krajach w Ameryce Płd. też różni się od siebie.

W Boliwii musiałeś grać na ogromnych wysokościach. Jak sobie z tym radziłeś?

– To bardzo trudne. Przez pierwsze miesiące miałem wrażenie, że umrę (śmiech). Niemożliwe jest przetrwanie w takich warunkach, jeśli nie uważasz na swoją dietę. Boli cię głowa, masz nudności. To straszne. Ale po jakimś czasie się przystosowujesz. Jeśli przetrwasz cztery miesiące gry na takich wysokościach, potem nie ma to na ciebie żadnego wpływu.

Dzięki występom w tym kraju polska zima chyba nie jest taka straszna.

– Oj, nie, nie ma żadnego porównania. To, co tu zastałem, jest przerażające (śmiech). W Boliwii nie było tak niskich temperatur. No i po raz pierwszy w życiu widzę śnieg.

No to kontuzja trochę Cię uratowała, bo za kilka dni Śląsk zagra w Białymstoku, jednym z najzimniejszych miejsc w Polsce (rozmowa przeprowadzona jeszcze przed odwołaniem ostatniej kolejki ekstraklasy).

– Nie ma problemu. Ja jestem szczęśliwy, że w sobotę lecę do Argentyny i będę wygrzewał się w 35 stopniach (śmiech).

Ponoć istnieje szansa, że niedługo zagrasz w reprezentacji Boliwii.

– Taka szansa rzeczywiście była, ale pojawił się spory problem. Federacja boliwijska musiałaby zapłacić sporo pieniędzy, żebym mógł zagrać w jej barwach, dlatego temat jest nieaktualny. Już o nim nie myślę.

To nie byłby problem, że Ty, Argentyńczyk, miałbyś zagrać w reprezentacji Boliwii? Nie miałbyś dylematu?

– Oj, miałbym, i to spory. Czuję się Argentyńczykiem, więc moje serce byłoby rozdarte. Musiałbym się poważnie zastanowić, czy przyjąć taką propozycję.

Masz sporo tatuaży.

– Dokładnie trzynaście. I wszystkie, prócz jednego, są związane z moją rodziną.

Jest ich jest tyle, że w Polsce pewnie pokusisz się o następny.

– To chyba jasne. Nawet mam już pewien pomysł. Wprawdzie moja żona jest temu przeciwna, ale jak tylko wyjedzie do Argentyny, to go zrealizuję (śmiech). (Cristian powiedział to w taki sposób, żeby nie usłyszała go żona)

Wspomniałeś, że prawie wszystkie są związane z Twoją rodziną.

– Tak, bo jestem bardzo związany ze swoją rodziną. Między nam istnieje duża i głęboka więź.

Nie macie teraz problemu z regularnym kontaktem, skoro grasz w Polsce?

– Piłka nożna to moja praca. Odkąd skończyłem 15 lat, ciągle gdzieś wyjeżdżam i podróżuję, dlatego jesteśmy przyzwyczajeni, że rzadko się widzimy. Rozmawiamy prawie codziennie przez Skype’a, więc słyszymy się bardzo często.

W Śląsku bardzo chciałeś grać w koszulce z imieniem swojej córeczki zamiast Twojego nazwiska.

– To moje wielkie marzenie. Na razie nie mogę go zrealizować, ponieważ znów zabroniła mi tego FIFA. Ale kiedyś zagram w takiej koszulce, obiecuję. Kiedy? Tego jeszcze nie wiem. Ale to nie jest powód, żeby zrywać w futbolem.

Twoja córeczka niedawno obchodziła urodziny. Świętowaliście je w Polsce?

– Jak tylko wrócimy do Argentyny, mamy zamiar zorganizować wielką imprezę dla Azul z okazji drugiej rocznicy jej urodzin. Dlatego chcę, żebyś przesłał mi zdjęcia. Planujemy przygotowanie multimedialnej prezentacji, żeby pokazać rodzinie i znajomym, jak żyjemy w Polsce i jak podoba się tu małej.

Po rozmowie Cristian wspólnie z żoną i córeczką cierpliwie pozował do zdjęć. Oprócz fotografii  w gronie rodziny i z piłką, Cristian wcielił się w rolę… kucharza.

Jak się czujesz w tym fartuszku?

DEBORAH (żona piłkarza): – Cristian sprząta, gotuje i prasuje. Niczego się nie boi.

CRISTIAN: – Żona się śmieje, ale to prawda! W czasie kontuzji i rehabilitacji miałem więcej czasu dla siebie. Serio, gotowałem bardzo często.

* tłumaczyła AGATA LANGE. Wielkie dzięki za wkład w powstanie materiału i czas temu poświęcony. :)

Ale to mistrzostwo świata.

12 sierpnia 2009 roku, stadion bydgoskiego Zawiszy. Towarzyski mecz Polska – Grecja nagle urasta do rangi bezprecedensowego wydarzenia. Obie bramki dla biało-czerwonych zdobywa Ludovic Obraniak, który kilka tygodni wcześniej otrzymał polski paszport. Wtedy jeszcze mało kto wie, że za wszystkim stoi jeden człowiek. Nieco w cieniu, choć niebawem z niego wyjdzie.

 

Nieprawdą byłoby stwierdzenie, iż wszystko zaczęło się 1 stycznia 2007 roku. Wtedy bowiem Maciej Chorążyk oficjalnie rozpoczął pracę w Polskim Związku Piłki Nożnej jako szef sekcji monitoringu zagranicznych piłkarzy polskiego pochodzenia. Pomysł stworzenia podobnej komórki zrodził się w jego głowie dużo wcześniej. Zanim go zrealizował, przebył długą drogę. Usłana różami nie była.

 

Życie w szybkim tempie

 

Pewnego razu dostałem w swoje ręce wydawany przez „Tempo” periodyk ze statystykami. Piłkarze, drużyny, ich wyniki, bramki. Nieźle to przestudiowałem – wspomina Chorążyk. To było jeszcze w czasach podstawówki. – Jeśli ktoś ze szkoły ma mnie kojarzyć, to właśnie z powodu tej gazety. Nosiłem ją ze sobą codziennie. Później okaże się, że dodatkowa lektura nie poszła na marne.

Zanim zainteresował się futbolem, nie opuszczał prawie żadnego spotkania hokeistów. W Krynicy, skąd pochodzi, ta dyscyplina popularnością biła piłkę nożną na głowę. Tym bardziej, że miejscowe KTH jak równy z równym rywalizowało z Podhalem Nowy Targ czy Unią Oświęcim. Z Krynicy wyfrunął jednak rok po osiągnięciu pełnoletniości. Na ochotnika znalazł się w wojsku. Zwykła służba nie wchodziła w grę. – To byłoby zbyt nudne – mówi Maciek. Po kursie przygotowującym do misji ONZ wylądował w Jugosławii. Na Bałkanach spędził 15 miesięcy, po których wrócił do domu. Studium turystyczne również go nudziło. Pięć kolejnych lat walczył o tytuł magistra politologii na Uniwersytecie Opolskim. Z przerwą na staż naukowy we Lwowie, który zaliczył mniej więcej w środku drogi po wyższe wykształcenie. Studia się skończyły, a rozpoczęły problemy ze znalezieniem pracy. – No bo kto poszukiwał politologów bez doświadczenia w zawodzie? – pyta retorycznie. Przystał na propozycję znajomych, którzy wyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych. Za Oceanem pracował trzy lata. I znów to samo. Powrót do Polski i chwytanie się zajęć, które od jego oczekiwań nieco się różniły. – Pewnego dnia wstąpiłem do redakcji „Tygodnika Kibica” w Opolu – mówi Maciek. Zajrzał tam przypadkowo, spacerując po ulicach miasta. Szkolny romans z „Tempem” bardzo mu pomógł. Współtworzył gazetę, co tydzień otrzymując 50 zł. – Nic wielkiego, ale kasa mnie cieszyła – przyznaje ze szczerością. Gdy pokonywał kolejne szczeble redakcyjnej drabinki, zbliżały się mistrzostwa świata w Niemczech. „Tygodnik Kibica” miał dostarczać statystyki Telewizji Polskiej, która transmitowała spotkania niemieckiego mundialu. – Wraz z dwiema innymi osobami wspomagaliśmy ekspertów w studiu. Od statystycznej strony – dodaje. Tak poznał Jerzego Engela, który przy Woronicza 17 był częstym gościem. Okazji do spotkań miał wkrótce jeszcze więcej. Po mistrzostwach „Tygodnik Kibica” pomagał również TVP podczas meczów Ligi Mistrzów. Pomysł stworzenia wspomnianej sekcji monitoringu siedział już w jego głowie, by w końcu ujrzeć światło dzienne. – Pomyślałem, że nie będzie głupio, jeśli tą myślą podzielę się z Jerzym Engelem. Po transmisji jednego ze spotkań zagadnąłem go na ten temat – opowiada Maciek. Byłemu szkoleniowcowi reprezentacji Polski musiał przypaść do gustu. Chorążyk swój autorski projekt przedstawił Wydziałowi Szkolenia PZPN. Kilku znanych trenerów, wśród których był także Engel, dało mu zielone światło. Tak rozpoczął pracę w strukturach piłkarskiego związku.

Od zera do bohatera

Początki były ciężkie. Przez pierwszy rok do interesu dokładał. Z własnej kieszeni wydawał pieniądze na telefony i podróże. Szukał współpracowników, gotowych pomóc przy realizacji ambitnego planu. Do stworzenia siatki skautów wykorzystał internet. – Umieściłem ogłoszenia na wielu zagranicznych stronach i forach. Zostawiałem swoje namiary, ludzie zaczęli się zgłaszać. Potem zacząłem ich weryfikować. Tak powstała siatka – mówi o pierwszych miesiącach walki. – Nie byłem jeszcze zmuszony, by wtedy podejmować jakąś pracę na etat, więc mogłem sobie pozwolić na działalność charytatywną. Nie miałem chwili zwątpienia. Wręcz przeciwnie, czułem euforię, że w ogóle coś robię – odpowiada zapytany, czy w którymś momencie w jego głowie nie zapaliło się czerwone światło. Upór popłacił. Po roku mógł wreszcie liczyć na stałą pensję. W przeciwieństwie do współpracowników, którzy mrówczą robotę wykonywali całkowicie społecznie. Wielu z nich z tego powodu musiało zrezygnować. – Nie dziwię im się. To dorośli ludzie, też mają swoje wydatki – tłumaczy Chorążyk. – Szkoda, bo były to osoby z doświadczeniem menedżerskim i sportowym – wzdycha.

Pierwszy raz zrobiło się o nim głośniej, gdy w reprezentacji Polski zadebiutował Sebastian Tyrała, który wcześniej grał w młodzieżowej kadrze Niemiec. Chorążyk pofatygował się do niego osobiście. Na spotkanie zabrał kilka pamiątek – proporczyki, szalik oraz mniej wartościowe gadżety. – Na więcej nie pozwalają finanse. Wiem, że może to wyglądać mało profesjonalnie, ale co mieliśmy zrobić? Podobne upominki otrzymują wszyscy gracze, którzy mają okazję osobiście spotkać się z Chorążykiem. Najważniejsza jest jednak chęć występów z orłem na piersi. Tyrale jej nie zabrakło, ale w biało-czerwonych barwach zdążył zaliczyć zaledwie jeden występ. Dokładnie – w listopadzie 2008 roku. Potem słuch o nim zaginął. Prawdziwa bomba wybuchła niespełna siedem miesięcy później.

Chorążyk pierwszy raz spotkał się z Obraniakiem rok przed jego debiutem w kadrze. W paryskiej restauracji towarzyszył im również Tadeusz Fogiel, piłkarski menedżer działający na rynku francuskim, a prywatnie przyjaciel piłkarza. Robił za tłumacza. – Zapewniałem Ludovica, że dołożymy wszelkich starań, by otrzymał polski paszport – wspomina Maciek. Sprawę ułatwiał fakt, iż z Polski pochodzili dziadkowie zawodnika. Chodziło zatem o przywrócenie obywatelstwa, a nie nadanie. Problemy pojawiły się, gdy do konsulatu trzeba było dostarczyć odpowiednie dokumenty. – Ludo powierzył je osobie, która zarzekała się, że je tam przekaże. Ta osoba zniknęła wraz z dokumentami i więcej się już nie pojawiła – mówi Chorążyk, który musiał wówczas uruchomić prywatne kontakty. Dotarł do wojewody mazowieckiego, który 7 czerwca 2009 roku wydał decyzję potwierdzającą posiadanie polskiego obywatelstwa przez Obraniaka. Chorążyk do piłkarza wybrał się raz jeszcze. Tym razem z gratulacjami. – Zawiozłem mu kilka gadżetów i śliwowicę łącką, która podobno ostro sponiewierała jego przyjaciela – śmieje się na to wspomnienie. Miesiąc później ówczesny selekcjoner biało-czerwonych, Leo Beenhakker, po raz pierwszy powołał Obraniaka do kadry.

Następni w kolejce

Obraniak to niejedyny zawodnik z Francji, który może grać w polskiej reprezentacji. Obecnie parol zagięto na Laurenta Koscielnego oraz Damiena Perquisa. Pierwszy trafił ostatnio do londyńskiego Arsenalu, drugi regularnie występuje we francuskiej ekstraklasie. W Polsce podobnych zawodników ze świecą szukać. – Przeprowadziliśmy z nimi rozmowy, wstępnie wyrazili zainteresowanie. W ich przypadku musi jednak dojść do nadania obywatelstwa, a nie przywrócenia, jak w przypadku Obraniaka. Sytuacja ciężka jak z Rogerem Guerreiro – porównuje Chorążyk. Bacznie obserwuje także młodych piłkarzy, których rodzice wyemigrowali z Polski w latach 80. Szczególnie do Niemiec. W Kolonii corocznie spotyka się z 40-50 chłopakami. Na zaproszenie przyjeżdżali też Andrzej Kowalik, Tomasz Wałdoch, Janusz Kowalik i Roman Geszlecht. Nie obyło się również bez Jerzego Engela. – Wszyscy traktujemy to poważnie. Skoro mamy sprawić, by chłopcom i ich rodzinom zależało, pokażmy jak bardzo nam zależy – przyznaje Maciek. Za granicą znają go już nie tylko młodzi piłkarze. – Z Jackiem Protasewiczem, który pracuje dla nas na terenie Niemiec, wywiad przeprowadził „Bild”. Na stronie obok widniała rozmowa z Zinedinem Zidanem – opowiada z dumą. – Tuż przed mistrzostwami Europy w Austrii i Szwajcarii zgłosił się do mnie austriacki dziennikarz. Zrobił ogromny reportaż, na połowę wydania gazety, łącznie w wywiadami z Podolskim i Klose. Pisali także o nas we Francji, a przedruki wędrowały po całym świecie. Nie zdziwiłbym się, gdyby w Tajlandii zaczęli się zastanawiać, czy podbierzemy im jakiegoś zawodnika – Maciek się śmieje. – Niemiecki „Kicker” nazwał nas nawet kłusownikami. Mimo pejoratywnego zabarwienia tego wyrazu, nawet mi to schlebia. To oznacza, że dobrze wykonujemy swoją pracę. Na takie komplementy nie może liczyć ze strony działaczy PZPN. Tym się jednak nie przejmuje. Szczególnie, iż wciąż pamięta uczucie po pamiętnym debiucie Obraniaka. – Niesamowita euforia – wspomina z radością w głosie. – To było lepsze niż seks.

* SPECJALNE PODZIĘKOWANIA DLA KUBY ZAKRZEWSKIEGO ZA POMOC W REALIZACJI TEMATU