Przeskocz nawigację

Category Archives: publicystyka

Wspólny grill, spacery, regaty kajakowe i trening sztuk walki – to wszystko, oprócz piłkarskich zajęć, zafundował swoim graczom podczas przygotowań do sezonu nowy trener Miedzi Bogusław Baniak. Brzmi niepoważnie? Poważny jest za to cel. Miedź jest głównym faworytem do awansu na zaplecze ekstraklasy.

Podczas zgrupowania w wielkopolskich Łężęczkach zajęcia z piłkami, odprawy taktyczne oraz sparingi, owszem, były, ale 52-letni szkoleniowiec postawił również na budowanie atmosfery. Z dwóch powodów. Po pierwsze, do Miedzi trafiło wielu nowych graczy, więc trzeba było zadbać, by się w niej szybko zaaklimatyzowali. Po drugie, w ostatnim czasie coraz istotniejszą rolę w futbolu odgrywa trening mentalny, ważny przy tworzeniu czegoś, co na Zachodzie nazywa się „team spirit”. Baniak udowodnił już nie raz, że jest chodzącym oryginałem, więc i tym razem piłkarze się nie nudzili.

Pierwszy przykład z brzegu to jego reakcja po sparingowej porażce 0:2 ze Zniczem Pruszków. Rywal okazał się silniejszy nie tyle piłkarsko, co fizycznie. Mówiąc wprost: wdeptał legniczan w glebę. – Daliście im się porozbijać. Zamiast reklamować faule, zacznijcie z nimi walczyć – mówił trener do swoich podopiecznych. W tym samym czasie w ośrodku KS Posnania przebywała również grupa zawodników trenujących sporty walki. Baniak skorzystał więc z okazji, porozmawiał z ich szkoleniowcem i zorganizował drużynie trening… fighterski. Łuki brwiowe całe? Kości na swoich miejscach? To dawajcie na spływ. Regaty kajakowe na zakończenie zgrupowania dostarczyły nie mniej emocji niż dobry mecz. Zawodnicy ścigali się na dystansie 1000 m w dwuosobowych osadach. – Najlepsi okazali się Marcin Orłowski i Tomasz Laskowski, czyli dwaj bardzo silni mężczyźni. Jak zaczęli wiosłować, to ruszyli jak motorówka! Gdyby nie chcieli grać w piłkę, to wypożyczymy ich do klubu kajakowego – opowiadał w swoim stylu po wyścigach. Zgodnie ze zwyczajem, zwycięzcy zafundowali sobie… kąpiel w rzece. – Ci chłopcy stanowią fajną drużynę, w której panuje dobra atmosfera. A to służy wygrywaniu spotkań – dodał Baniak, który ma kilku znakomitych, jak na warunki II ligi, zawodników. Wszyscy, poza Jakubem Grzegorzewskim, trafili do Legnicy w letniej przerwie.

Wszystko zaczęło się od sprowadzenia duetu z Łodzi: Mariusza Mowlika i Adriana Woźniczki. Razem z nimi kontrakt podpisał Zbigniew Zakrzewski z Warty Poznań. Języczkiem u wagi stał się jednak transfer „ełkaesiaków”. Obaj działają bowiem w Stowarzyszeniu Profesjonalnych Piłkarzy i Amatorów, i mają sporo kontaktów. Mowlik pokazał już w ŁKS-ie, że żadnej pracy się nie boi. Działał w marketingu, biegał razem z kilkoma kolegami za licencją dla klubu, na kilka dni stał się również jego… rzecznikiem prasowym. O swojej obrotności zdążył już udowodnić także w Miedzi. To on, wraz z Woźniczką, stał za ściągnięciem „Zakiego”, a później maczał palce przy kolejnych ruchach na rynku. W rezultacie do Miedzi przyszli Piotr Madejski, Marcin Nowacki i Mariusz Zasada. Z kolei Baniak na bramkę „przytachał” z Poznania Andrzeja Bledzewskiego.

Wszyscy z doświadczeniem, każdy z nich mógłby poszukać – zapewne z dobrym skutkiem – klubu w wyższej lidze, ale zdecydowali się na Legnicę. Z tego powodu Miedź postrzega się jako głównego faworyta do awansu. Dlatego trzeba zdawać sobie sprawę, że kibice będą wymagać dobrych wyników już od pierwszej kolejki. Motorem drużyny ma być Piotr Madejski. – Na pewno nie czuję z tego powodu żadnej presji. Jakbym czuł presję, czy się bał, to w ogóle nie wychodziłbym na boisko – przyznał skrzydłowy. – W II lidze zwycięstwa przede wszystkim trzeba będzie wybiegać i wywalczyć. Jesteśmy faworytami, więc na mecz z nami każdy będzie nastawiał się na twardą grę. My też będziemy gotowi na taką walkę – zapewnia Madejski.

Czyli oryginalne treningi już dają efekty. W drodze po awans Miedź jednych rywali pobije, a drugim ucieknie kajakiem. I słusznie, niech spływają.

Reklamy

W zeszłą środę w klubie Bezsenność około godz. 1 w nocy stałeś przy barze z dwoma kolegami. Wymieniliśmy się spojrzeniami. Nie mogę przestać o tobie myśleć, więc znajdź mnie, proszę…

Na początku października ogłoszenie takiej treści pojawiło się na jednym z przystanków tramwajowych we Wrocławiu. Kartka wzbudzała spore zainteresowanie. Jedni podchodzili i szczerze się uśmiechali. Drudzy odwrotnie, wyglądali na zniesmaczonych. Przeczytałem ogłoszenie, pomyślałem: fajnie, dziewczyna postanowiła w oryginalny sposób odszukać faceta, który zawrócił jej w głowie jednym spojrzeniem. Ale dlaczego akurat w tej części Wrocławia? Aparatem w komórce zrobiłem zdjęcie, wsiadłem do tramwaju i chciałem wysłać je do kilku kumpli, gdy… od jednego z nich dostałem MMS-a. – Wisi na moim przystanku. Może to do Ciebie? – napisał. Do wiadomości dołączył zdjęcie ze znajomym ogłoszeniem. – W pobliżu mojego domu znalazłem identyczne! – odpowiedziałem niemal natychmiast. – No to dziewczyna nieźle zdesperowana, skoro całe miasto wykleiła takimi kartkami – odpisał rozbawiony sytuacją. Dopiero następnego dnia, kiedy spotkaliśmy się w pracy, zwróciliśmy uwagę na ważny szczegół, który kilkanaście godzin wcześniej zupełnie umknął naszej uwadze. Na końcu ogłoszenia ktoś umieścił nazwę strony internetowej. – (…) Nie mogę przestać o Tobie myśleć, więc znajdź mnie, proszę, na http://www.mateimet.com.

– Do kartek przyklejaliśmy taśmę, wsiadaliśmy w samochód i od godz. 22 do 2 w nocy, omijając uliczne bitwy, jeździliśmy po mieście. Robiliśmy to w czasie weekendów. Rozklejając ogłoszenia w okolicach kina Helios byliśmy świadkami totalnej bójki. Nieprzytomny facet leżał na ziemi i dostawał ciosy w twarz. Z takimi wydarzeniami w tle naklejaliśmy kartki na przystankach, przy okazji staraliśmy się nie trafić na trasie na służby porządkowe czy MPK, które nas prześladowały. Później śmialiśmy się, że chyba ją znały, bo w miejscach, które odwiedzaliśmy, były dosłownie minutę przed nami. Dobrze, że nie po nas, bo ogłoszenia natychmiast trafiłyby do kubła na śmieci – opowiadają o nietypowej akcji promocyjnej Bartek i Tomek, twórcy portalu, którzy nazywają go platformą społecznościową. Do promocji wykorzystują również Facebooka. Właśnie tam zostawiam prośbę, żeby się ze mną skontaktowali. Spotykamy się na początku listopada, mimo że chwilę wcześniej prawie porzuciłem nadzieję, że coś z tego będzie. Do kompletu brakuje tylko Jarka, ale on mieszka w Kopenhadze.

Tomek studiuje informatykę na Politechnice Wrocławskiej i prowadzi swoją działalność związaną z kierunkiem studiów. Bartek skończył specjalność corporate identity i public relations w Dolnośląskiej Szkole Wyższej. Współtworzy agencję eventowo-promocyjną Joytown, jest również współwłaścicielem jednego z wrocławskich klubów. Podział kompetencji wydaje się jasny. W Mateimet pierwszy zajmuje się sprawami technicznymi, drugi skupia na promocji portalu. Jarek, który studiuje w Danii, odpowiada za jego interfejs. Pomysł urodził się w głowie Tomka. A że często wpada do lokalu po części należącego do Bartka na kanapkę i szklankę coca-coli, koncepcją podzielił się z kumplem. – Natychmiast mi się spodobała. Tym bardziej że mieliśmy wizję tworzenia portalu, który można nazwać społecznościowym, bo taki ma być. Nie tylko jako płaszczyzna do poszukiwania ludzi, ale także komunikacji. W natłoku naszych rozmów i pomysłów dodaliśmy funkcję czatu. Spodobała mi się całość, ponieważ widziałem perspektywy szersze niż meritum, od którego wyszliśmy – wspomina Bartek. Gdy otrzymał od Tomka propozycję, by zrobili coś wspólnie, byli znajomymi od niedawna. Fakt, że mieli obok siebie jeszcze Jarka, też można nazwać zrządzeniem losu, bo poznali się podczas jednej z imprez. Prace nad portalem trwały kilka miesięcy. Na starcie trzeba było zbadać rynek. Uznali, że regularnie pojawiające się w kilku serwisach bądź bezpłatnych gazetach ogłoszenia, w których ludzie próbują znaleźć przypadkowo spotkaną osobę, są mało skuteczne. Z kolei istniejące już portale tematyczne, głównie z zagranicy, były mocno niedopracowane. W Polsce nie musieli obawiać się nikogo, ponieważ konkurencji właściwie nie zastali. – Stwierdziliśmy, że pora ruszyć z tematem. Trochę to trwało, bo to nie było takie proste, żeby z dnia na dzień odpalić. Jednak mamy finalny produkt, który nam się podoba. Zaakceptowaliśmy go i wypuściliśmy do ludzi – mówi Bartek. Serwis mateimet.com ruszył na początku października. Postanowiłem sprawdzić, jak działa.

Na wstępie wita nas przejrzysty interfejs. U góry hasło przewodnie, nieco niżej najnowsze ogłoszenia i możliwość błyskawicznej rejestracji, bo dołączenie do grona użytkowników portalu zabiera ledwie kilkadziesiąt sekund. Wystarczy wymyślić login i hasło, wpisać adres e-mail, wybrać płeć i podać datę urodzenia. Rozwiązanie zagadki, czy jako MrSuperfrajer już na starcie nie obniżam swoich szans, też trwa moment. No bo chyba nikt nie zobaczy logina, gdy akurat zainteresuje się mną w tramwaju albo na ulicy? Długo się nie zastanawiam. Kończę rejestrację, konto jest już aktywne, więc zaraz spróbuję dodać ogłoszenie. Wymyślam tytuł „Widziałem Cię w tramwaju nr 10”. Następnie wybieram okoliczności i miejsce spotkania, które z wielką dokładnością można zaznaczyć na mapie. To rzecz, która odróżnia Mateimet od pozostałych serwisów o podobnej charakterystyce. Bartek i Tomek podczas trwającej prawie godzinę rozmowy wspominają o tym kilka razy. Dalej określam czas, w którym dostrzegłem szukaną osobę, a na końcu jak najdokładniej staram się opisać jej wygląd. I swój, a nuż mnie zapamiętała. Gotowe. Teraz pozostaje czekać na reakcję zwrotną. – Nie chcemy, by Mateimet był odbierany jako portal randkowy – podkreśla Tomek. – W założeniu ludzie mają komentować ogłoszenia i sobie wzajemnie pomagać. Na zasadzie: to jest moja znajoma, spróbuj się z nią skontaktować. Albo coś w stylu: daj znać koleżance, że ktoś jej szuka. Nie chcemy być portalem, w którym ludzie pokazują swoje zdjęcia i wysyłają prezenty. Mamy jasny cel i do niego chcemy dążyć. Dajemy narzędzie, które umożliwi to, co mówi nasz slogan: możliwość odnalezienia osoby, którą się minęło. Koniec, kropka.

Serwis od początku istnienia działa w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. Zdaniem Tomka i Bartka głupio byłoby nie skorzystać z faktu, że Jarek na co dzień może promować portal w Danii. W pierwszym miesiącu stronę odwiedziło 3600 unikalnych użytkowników, a licznik odsłon zatrzymał się na 25 000. – Dowodem na to, że start z dwoma wersjami językowymi był trafiony, stał się fakt, że wśród fanów na Facebooku mamy wielu obcokrajowców. Także po statystykach wejść na mapie widać, że serwis odwiedzają nie tylko ludzie z Polski – mówi Tomek. – Klikają mieszkańcy USA, Anglii, Niemiec. Nawet Tajwanu i tak egzotycznego kraju, jak Pakistan – dodaje Bartek. Projekt zakłada, że Mateimet stanie się platformą ogólnoświatową. – Przykładowa sytuacja, z której bylibyśmy bardzo dumni, odpowiada historii ułożonej przez nas w maju. Mieszkaniec Japonii na lotnisku w Heathrow widzi dziewczynę z Francji, każde z nich wraca do siebie, dodaje ogłoszenie i poznają się przez Mateimet. Klucz do osiągnięcia sukcesu stanowi mapa, dzięki której będą mogli siebie odnaleźć, mimo różnych kultur i dwóch niezwiązanych ze sobą języków. To kwintesencja tego, czym miałby stać się portal za trzy lata – mówi podekscytowany Tomek.

Zresztą ekscytacja to nieodłączny element poznawania nowych ludzi. Jestem w klubie i widzę ją. Nasze oczy spotykają się na dłuższą chwilę. Ciało przeszywają dreszcze, poza tym ona tak ładnie się uśmiecha. Jeśli nie podejdę, może już nigdy jej nie spotkam. Zaraz, zaraz. A od czego jest Mateimet? – Nigdy nie zdarzy się tak, że jak ktoś ma jaja, by podejść do dziewczyny lub chłopaka, z powodu portalu tego nie zrobi. Dla nieśmiałych to po prostu dodatkowe narzędzie do nawiązania znajomości – oponuje Bartek. Wtóruje mu Tomek. – Zawsze zostaje element niepewności, czy dziewczyna, która mi się podoba, skorzysta z portalu. Wydaje mi się, że to dyskusja podobna do tej, którą wywołano 10 lat temu nad sensem działania komunikatorów oraz e-maili. Dotyczyła rzeczy, które ludzi strasznie dziwiły, a potem okazywało się, że nie mogą bez nich żyć – obrazuje. – Istnieje przecież zdrowy rozsądek użytkowników. Każdy skorzysta z portalu tyle, na ile czuje taką potrzebę.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Mateimet ma spore szanse, by stać się popularną platformą społecznościową, która rzeczywiście pomoże ludziom nawiązywać znajomości. Pierwsi użytkownicy przekonali się o tym na własnej skórze. – Możemy już pochwalić się pierwszą parą, która nawiązała kontakt przez Mateimet. Koleżanka, która wie o portalu, poznała chłopaka, chciał od niej numer telefonu. Wówczas powiedziała, że musi się z nią skontaktować przez Mateimet. Może trochę wymuszony sposób, ale się udało – śmieją się twórcy portalu. – Nie wiemy, jak wszystko później się potoczyło, ale funkcja Mateimet została spełniona.

Mamo, tato, to moja dziewczyna. Jak się poznaliśmy? Znalazłem ją na mapie.

Kluczbork, Stróże i Nieciecza. Nie, to nie jest krótki wycinek listy najmniejszych polskich miejscowości. Tam – ku zdziwieniu niektórych – gra się w piłkę. W dodatku na tym samym poziomie. Witajcie w I lidze.

 

W ekstraklasie jeszcze do niedawna można było znaleźć prawdziwe rodzynki. Kibice w Wodzisławiu Śl., Grodzisku Wlkp., Nowym Dworze Mazowieckim czy we Wronkach nie powinni się obrażać. Wielkie zespoły przyjeżdżały jednak na prawdziwą prowincję. Wielkie nie tylko w Polsce. Amica w Pucharze UEFA rywalizowała z hiszpańskim Atletico Madryt. Kilka lat później w tych samych rozgrywkach Groclin wyeliminował berlińską Herthę oraz Manchester City. Rozpędzony wóz Zbigniewa Drzymały, który w małej miejscowości zapragnął futbolu przez duże „f”, zatrzymało dopiero francuskie Girondins Bordeaux. Filantropia na dłuższą metę przestała być jednak opłacalna. W sezonie 2006/07 doszło do fuzji Amiki z Lechem Poznań. Dwa lata później Zbigniew Drzymała sprzedał spółkę Józefowi Wojciechowskiemu, a na licencji Groclinu w ekstraklasie mogła występować Polonia Warszawa. Ostatni bastion upadł niespełna trzy miesiące temu. Do I ligi spadła Odra Wodzisław. W najwyższej klasie rozgrywkowej grała nieprzerwanie od 1996 roku. Ta degradacja miała symboliczny wymiar. W składzie rozpoczętego niedawno sezonu ekstraklasy próżno szukać drużyn, których nazwy zwykłemu Kowalskiemu mówiłyby niewiele. Niemal każda z nich zapisała w historii polskiej piłki nożnej swoją kartę. Na placu boju pozostał wprawdzie GKS Bełchatów, ale każdą regułę potwierdzają przecież wyjątki. Ekstraklasa wraca do wielkich miast. Co nie oznacza, że na prowincji futbolu się nie kocha.

Kluczbork. Miasto w powiecie opolskim. Nieco ponad 25 tysięcy mieszkańców. Co dziesiąty odwiedza stadion MKS podczas każdym meczu. Gdyby takim zainteresowaniem cieszyły się wśród wrocławian spotkania Śląska, podopieczni Ryszarda Tarasiewicza nie musieliby się martwić, czy zapełnią budowany z okazji Euro 2012 obiekt na Pilczycach. – W tak małym mieście to znakomity wynik – komentuje Marcin, dziennikarz Nowej Trybuny Opolskiej. W Kluczborku istniały niegdyś dwa kluby. Metal oraz KKS upadły z braku pieniędzy, ale miasto szybko wzięło się do roboty. W 2003 roku powołało do życia MKS. Nikt wówczas nie przypuszczał, że po kilku latach zespołowi przyjdzie grać na zapleczu ekstraklasy. – To był swoisty eksperyment. Bardzo udany, ponieważ drużyna rok po roku zdobywała awans, tworząc wokół siebie świetny klimat – opowiada. Starania piłkarzy doceniły tamtejsze władze. Prócz wsparcia finansowego, stworzyły futbolowy ośrodek. Ładny stadion, kilka trawiastych płyt. Niewykluczone, iż za niespełna dwa lata któryś z finalistów EURO 2012 zatrzyma się właśnie w Kluczborku. Mieście, w którym ważniejsze od pieniędzy są czasami dobre chęci. W klubie pracuje grono społeczników gotowych pomagać w najdrobniejszych sprawach. Za darmo, rzecz jasna. – To wynik entuzjazmu, z jakim traktowany jest tam futbol – wyjaśnia Marcin. – Czapki z głów, że udało się stworzyć taką bazę i przyzwoitą drużynę – mówi i natychmiast dodaje: – Wszystko robione jest z głową. A co najważniejsze, w MKS grają chłopcy z regionu.

Przed jednym z nich wielka kariera stoi otworem. To Waldemar Sobota. Kibicom wrocławskiego Śląska wystarczyły dwa mecze obecnego sezonu ekstraklasy, by jego nazwisko wryć sobie do głów. W stolicy Dolnego Śląska na miano bohatera musi jeszcze zapracować. Inaczej niż w Kluczborku, gdzie traktowany jest niemal jak legenda. – Nie dość, że do klubu przyszedł jako junior, to grał znakomicie. Od razu zaskarbił sobie sympatię fanów. W najnowszej historii kluczborskiego futbolu jest na pewno największą gwiazdą – opowiada Marcin. W klubie szybko wpadli na pomysł, jak sprawić, by Sobota był pamiętany przez długie lata. Po przenosinach do Wrocławia numer 2, który nosił na koszulce, został zastrzeżony. W polskiej piłce przypadek rzadko spotykany. – Niczym w NBA. Sobota jest teraz jak Michael Jordan – dodaje z przymrużeniem oka.

Stróże. Wieś w gminie Rybów, województwo małopolskie. Niespełna 2500 mieszkańców. Oficjalna strona Stróżów próbuje ściągnąć turystów prostym hasłem reklamowym. – Malownicza wieś wśród gór. Przyjeżdżajcie! – krzyczą nagłówki. Kolejarz jeden szczyt już zdobył. Piłkarski, bo gra w I lidze dla klubu stanowi nie lada honor. Jeszcze na początku poprzedniej dekady występował w nowosądeckiej „okręgówce”. – Panie, ja jestem prosty człowiek. Proste pytania, prosta odpowiedź. Jak pan zaczniesz wymyślać, to się rozłączę – na wstępie zaznacza prezes Bolesław Dywan. W Stróżach wszystko jest bardzo proste. – Musi pan wiedzieć, że administracja klubu działa społecznie. Wie pan, ile wypłaty bierze prezes takiego ekstraklasowego klubu? – pyta. – Wspólnie z sekretarzem jesteśmy na emeryturach. Pracujemy tu, bo jesteśmy wielkimi fanami piłki nożnej. To zaszczyt, że możemy działać w I-ligowym klubie – mówi z dumą. Urząd Gminy Rybów piłkarzom pomaga w niewielkim stopniu. 35 tysięcy złotych, corocznie wpływających na konto klubu, wystarcza na utrzymanie zespołów juniorów. Na pierwszy zespół zostaje niewiele. Lwią część kosztów związanych z grą na centralnym szczeblu rozgrywek pokrywają sponsorzy. A o tych łatwiej, gdy za ich szukanie zabiera się człowiek z kontaktami w środowisku. – Tym zajmuje się wiceprezes ds. sportowych Staszek Kogut – mówi Dywan. Po drugiej stronie słuchawki czuć, że się przy tym szeroko uśmiecha. – Staszek jest senatorem, ma znajomości. Z tego względu pozyskał wielu sponsorów. Jest ich sporo, ale kwota nie jest aż tak duża. Pewien zasób gotówki jednak tworzy – dodaje prezes. Dlaczego w tak małej miejscowości się to udaje? – Pan senator organizuje spotkania, na których pokazujemy politykę klubu. Tacy biznesmeni są ciekawi, na co będą szły wydawane przez nich pieniądze. To im mówię: tylko na uzyskanie dobrego wyniku sportowego i utrzymanie klubu bez administracji! – krzyczy pan Bolesław. Jak reagują? – Są zaskoczeni. A po sprawdzeniu naszych informacji stwierdzają, że taki klub przyjemnie jest sponsorować.

W składzie pierwszoligowca nie ma wielkich nazwisk, ale kilku graczy kawałek piłki na dobrym poziomie liznęło. Choćby Krzysztof Radwański, Mateusz Broź czy Piotr Madejski. Przed przyjściem do Kolejarza oporów nie mieli. – A wie pan, dlaczego? Jesteśmy wypłacalni. Piłkarzom nie zalegamy ani złotówki – przyznaje Dywan. – W Urzędzie Skarbowym i ZUS-ie mówią, że chcieliby takiej współpracy z każdym klubem. Na obecność Kolejarza w I lidze reakcję są różne. Jedni zachwycają się, że w małej wsi można robić wielką piłkę. Ci wielcy na zapleczu ekstraklasy Kolejarza traktują nieco z przymrużeniem oka. Nawet mimo solidnej infrastruktury. – Mamy wszystko. Basen, halę sportową, odnowę biologiczną. No i stadion – wymienia prezes. – Jak inni będą traktować nas z góry i lekceważąco, szybko wybijemy im piłkę z głowy – odgraża się na koniec pan Bolesław.

Nieciecza. Wieś w województwie małopolskim. 726 mieszkańców. Nawet gdyby wszystkich sklonować, stadionu miejscowego LKS nie wypełnią. W sezonie 2006/07 drużyna występowała w V lidze. Po czterech awansach z rzędu znalazła się na zapleczu ekstraklasy. Największą gwiazdą zespołu jest… trener. Marcin Jałocha, który prowadzi LKS od 2006 roku, w 1992 roku z reprezentacją Polski sięgnął po srebrny medal igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Odbierał go w obecności 100 tysięcy widzów i króla Hiszpanii. Widownię ma dziś nieporównywalnie mniejszą, ale wśród miejscowych fanów futbolu traktowany jest po królewsku. – To nasz bohater. Świetny fachowiec – mówi pan Mieczysław, kibic miejscowego klubu, prywatnie kamerzysta. Spotkany przypadkowo, gdy kręci jeden z meczów Górnika Polkowice. Nagrywa pierwszoligowych rywali. – Podoba ci się mecz?  – pyta. – Wolny jakiś taki, no nie? Zobaczysz, jak nasza Nieciecza gra. To jest piłka! – dodaje z niezachwianym przekonaniem. Trudno to przewidzieć. LKS, a właściwie Termalica Bruk-Bet, bo tak nazywa się teraz zespół, dla rywali stanowi zagadkę. Nie mniejszą niż Krzysztof Witkowski. Właściciel firmy Bruk-Bet miejscową drużynę wspiera od początku biznesowej działalności. Dokładnie – od 1984 roku. Dopiero po 20 latach udało się go przekonać, by klub zaczął występować w lidze pod nazwą sponsora. To cały Witkowski. Nie zależy mu na rozgłosie, a zdobycie jego numeru telefonu przez dziennikarzy spoza zaufanego kręgu graniczy z cudem. – Do Marcina Jałochy owszem, mogę numer dać. Pan Witkowski nie chce jednak zbyt częstych kontaktów z mediami – wyjaśnia rzecznik klubu Andrzej Mizera. I nie jest to żadna poza, ani tym bardziej pycha. Witkowski to po prostu bardzo skromny człowiek. – Jego mama od wielu lat działa charytatywnie. Pan Witkowski jest identyczny. Kto się do niego nie zwróci o pomoc, zawsze ją otrzymuje – opowiada pan Mieczysław. Właściciel wspierania klubu nie traktuje jak biznesu. Dla niego to forma lokalnego patriotyzmu. – Pragnie zapewnić mieszkańcom rozrywkę na dobrym poziomie – mówi Mizera. Rozrywkę nie tylko sportową. Witkowski mocno wspiera bowiem także lokalną kulturę. A swoich piłkarzy darzy ogromnym szacunkiem. – Koncerty, pokazy filmów, zaproszenia dla wielu artystów – wymienia jednym tchem pan Mieczysław. – I jest przywiązany do zawodników i trenera. Jałochy w życiu nigdzie nie puści. A graczy, którzy biegali u nas jeszcze w niższych ligach, najwyżej przesunie do zespołu rezerw, jeśli będą za słabi na I ligę.

Futbolowe szaleństwo udzieliło się nawet księdzu. Godzina rozpoczęcia mszy jest bowiem często uzależniona od niedzielnych meczów. Meczów, które oglądają nie tylko mieszkańcy Niecieczy. – Wszystkie okoliczne wiochy się do nas zjeżdżają. Wpadają nawet kibice z Tarnowa – cieszy się pan Mieczysław. – Że co? Że na nas też mówią wiocha? – kręci głową z niedowierzeniem. Ripostuje natychmiastowo. – To jeszcze się zawiodą! Zobaczycie, usłyszycie jeszcze o Termalice. To nie są chłopcy do bicia. Uśmiech nie znika z jego twarzy nawet na chwilę. – Kochasz piłkę, co? Ja kocham. I cieszę się, że w Niecieczy jest i piłka, i kultura – mówi radośnie. – Też pochodzisz z małej wioski? Pięknie. To wiesz, jak wygląda nasze życie – dodaje. Tabliczka przy wjeździe do Wrocławia wywołuje w nim nie mniejsze emocje. Moja córka studiowała tu w szkole muzycznej. Piękne miasto, ale wróciła do nas. Gra teraz w orkiestrze – wspomina. – Młody, zakręcił cię Wrocław, co? – pyta na koniec w taki sposób, jakby znał już odpowiedź.

Zakręcił. Nie mniej niż futbol na głębokiej prowincji.