Przeskocz nawigację

Tag Archives: cristian diaz

Kiedy grał w Boliwii na wysokości prawie 4000 metrów nad poziomem morza, wydawało mu się, że umrze. Jednak w tamtejszej ekstraklasie pokazał instynkt kilera. Jako napastnik San Jose Oruro zdobył 35 bramek, a przy okazji dwa razy zgarnął koronę króla strzelców. Postanowił podbić Europę i trafił do Śląska Wrocław. Jak sam mówi, oferta gry w Polsce nie była dla niego zaskoczeniem. W przeciwieństwie do… śniegu.

Jak się czujesz po kontuzji, której nabawiłeś się podczas meczu z Legią Warszawa?

CRISTIAN OMAR DIAZ: – Powoli dochodzę do zdrowia. To było bardzo trudne przeżycie dla mnie. Musiałem nosić gips. Teraz wracam do formy i chcę spokojnie podążać odpowiednią drogą, żeby jak najszybciej wrócić na boisko.

To był pierwszy poważny uraz w Twojej karierze?

– Tak. Pierwszy tak poważny, odkąd gram w piłkę. Dlatego mam wrażenie, że było to dla mnie tak trudne, by przejść rehabilitację i psychicznie przetrwać ten okres, co jest bardzo ważne przy takich urazach.

Żeby strzelać bramki, musisz dojść do pełnej sprawności fizycznej. Poza tym rozegrałeś raptem kilka meczów pod wodzą nowego trenera Oresta Lenczyka, który nie zdążył Cię poznać. Ciężko będzie wywalczyć miejsce w podstawowym składzie.

– Nie boję się tego. Przeciwnie, mam wielką ochotę, żeby wrócić na boisko. Przeogromną ochotę! Poza tym jestem bardzo szczęśliwy, że moim kolegom idzie bardzo dobrze. Kiedy nabawiłem się kontuzji, chłopaków mocno to dotknęło, a nawet na nich wpłynęło. Na szczęście drużyna zdołała przezwyciężyć złe momenty. Koledzy musieli wyciągnąć klub z dołka i zrobili to.

Trener Lenczyk podobno nie darzy sympatią obcokrajowców.

– Słyszałem takie opinie także od innych dziennikarzy, ale nie odczułem tego na własnej skórze. Nawet przez moment się nad tym nie zastanawiałem. Będę trenował i dawał z siebie 100 procent, a trener zdecyduje, czy znajdzie dla mnie miejsce w składzie, czy zostawi mnie na ławce rezerwowych. Po prostu. Podczas gdy ja będę wykonywał swoją pracę najlepiej jak umiem, trener będzie miał prawo podjąć ostateczną decyzję.

Na początku pobytu w Polsce bardzo pomocni okazali się Antek Łukasiewicz i Marian Kelemen, którzy grali w Hiszpanii i znają tamtejszy język. Zdążyłeś już poznać język polski na tyle, że radzisz sobie bez pomocy kolegów?

Coś tam chwytam, ale nie za dużo. No i rozumiem niektórych kolegów. Wiesz, uczę się bardzo powolutku. Nauka polskiego idzie mi teraz trudniej, ponieważ mieszkam już z moją rodzina i w domu rozmawiamy po hiszpańsku. Trochę uciąłem naukę polskiego, ale mam nadzieję, że będę ją kontynuował. Obiecuję, że kiedy w czerwcu zakończą się rozgrywki, nauczę się polskiego najlepiej, jak mogę.

Jak czują się w Polsce Twoje ukochane dziewczyny: córka i małżonka?

– Dobrze i spokojnie, choć teraz kiepsko znoszą pogodę. Jest zimno. Nie, jest bardzo zimno (śmiech). Dopiero od niedawna staramy się odkrywać miasto i poznawać Wrocław, ponieważ wcześniej raczej nie wychodziliśmy często z domu ze względu na córeczkę. Jest jeszcze mała i dłużej adaptuje się do innego klimatu. Jesteśmy we Wrocławiu na stałe, więc stopniowo będziemy poznawać wszystkie zakątki miasta. Czujemy się tutaj szczęśliwi.

Zaskoczyła Cię oferta gry w Polsce?

– Nie dowiedziałem się o niej z dnia na dzień, ponieważ zajmował się tym mój menedżer. Wspominał, że mogę przenieść się do klubu z Europy.

W takim razie nie była to żadna niespodzianka.

– Nie, nie, nie. Spodziewałem się tego. Menedżer przekazał mi, że otrzymałem propozycję gry w Europie, a ja miałem dużo chęci, żeby spróbować swoich sił na tym kontynencie. To może okazać się ważne dla mojej przyszłości.

(W tym momencie w domu Cristiana rozlega się dźwięk domofonu. Przed domem czeka już nasz redakcyjny fotoreporter).

Przyjechał fotoreporter. Chyba powinniśmy zrobić przerwę.

– Dlaczego? Możemy kontynuować. Fotograf jest na dole, więc musi wziąć jeszcze windę (słowo „winda” Diaz mówi po polsku). Znajduję się w swoim domu, więc jestem spokojny (śmiech). Możemy zrobić, jak chcecie.

(Robimy krótką przerwę w rozmowie. Fotoreporter robi zdjęcia przede wszystkim córeczce Cristiana. On sam znika w łazience i wraca po kilku minutach)

Poprawiałeś fryzurę?

– Nie, wróciłem z fizjoterapii, a za chwilę pojawiliście się wy. Rozumiesz, musiałem szybko się przebrać i przygotować do rozmowy (śmiech).

To kontynuujmy poprzedni wątek. Dlaczego zdecydowałeś się na grę w Polsce? Nie chciałeś występować w niemieckim TSV Monachium?

– Wybór klubu zależał też w dużym stopniu od mojego menedżera. Przyjechałem tutaj, żeby się uczyć, a jeśli w przyszłości zgłosi się po mnie większy albo lepszy klub, to czemu miałbym nie spróbować? Jednak teraz jestem w Polsce i będę grał najlepiej, jak potrafię, żeby realizować cele naszego klubu. I mam nadzieję, że spędzę w Polsce trochę czasu.

Dla wielu zawodników z zagranicy Polska ma być tylko przystankiem w drodze do lepszego klubu.

– Nie dla mnie. Pracuję po to, żeby realizować swoje cele. To jest najważniejsze dla mnie jako człowieka, bo to moja zasada życiowa, i jako futbolisty. Myślę, że jak ktoś otwiera ci drzwi, a ty grasz coraz lepiej, w końcu przychodzą oferty z coraz większych klubów. Dla mnie ważne jest, jak klub traktuje zawodnika. Jeśli dba o mnie w najlepszy z możliwych sposobów, zawsze jestem mu za to wdzięczny. Cały czas będę pracował, a w przyszłości okaże się, czy zmienię klub, czy zostanę w Śląsku. Teraz jestem szczęśliwy tutaj.

Od dziecka wiedziałeś, że chcesz zostać zawodowym piłkarzem?

– Mogłem studiować, ale poświęciłem swoje życie piłce. Powiedziałem rodzicom, że nie nadaję się na studenta (śmiech). Dla mnie futbol zawsze był najważniejszy. OK, stało się tak, a nie inaczej, podjąłem taką decyzję i jestem teraz tutaj. Gram w Europie w ważnym klubie. Doceniam to, naprawdę, i chcę wykorzystać swoją szansę.

W Boliwii, gdzie dwukrotnie zostałeś królem strzelców tamtejszej ligi, kibice musieli traktować Cię jak gwiazdę.

– To było bardzo przyjemne. Jestem wdzięczny, że traktowano mnie tak miło. W futbolu są tacy, którzy cię kochają, albo tacy, którzy cię nienawidzą. To normalne. W San Jose zawsze mogłem liczyć na ludzi, którzy byli blisko, którzy mnie kochali. Dalej to czuję, bo dostaję mnóstwo maili i próśb, żebym do nich wrócił. Mam nadzieję, że wszystkie rzeczy, których dokonałem w San Jose, powtórzę tutaj.

Wcześniej grałeś w niższych ligach w Argentynie, a po transferze do Boliwii przez dwa sezony strzeliłeś w ekstraklasie aż 35 bramek. Dlaczego trafiłeś do San Jose tak późno?

– To dosyć długa historia. Miałem słabego menedżera i na jego temat nie warto nic mówić, ale ważnym momentem mojej kariery było znalezienie człowieka, dzięki któremu trafiłem do San Jose. On powiedział mi: jeśli będziesz dobrze grał w Boliwii, załatwię ci transfer do Europy. Skoncentrowałem się na tym i zachowywałem jak profesjonalista. W końcu przyszła oferta i znalazłem się we Wrocławiu.

A może byłeś po prostu za słaby, żeby wybić się w Argentynie, gdzie w piłkę gra mnóstwo zawodników?

– Rzeczywiście, w Argentynie jest to trudne i nie wszystko zależy tylko od ciebie. Połowa sukcesu opiera się na tym, czy robisz wszystko, żeby być profesjonalistą. Reszta to twój menedżer. Za dobrą grę dostajesz od niego nagrodę w postaci transferu do lepszego klubu, ale jest wielu piłkarzy, którzy nie mają szczęścia ani dobrego menedżera i zostają z niczym.

Prawdziwy z Ciebie Latynos. W meczu z Lechią Gdańsk trener zdjął Cię z boiska przed końcem, gdy przegrywaliście 0:2, a Ty po prostu się rozpłakałeś. Aż tak mocno przeżywasz mecze?

– Tak, w ogóle nie lubię przegrywać. Mam wrażenie, że porażki wpływały źle nie tylko na mnie, ale również na moich kolegów. W tamtym okresie nie wygrywaliśmy i nie potrafiliśmy tego zmienić. W ciągu tygodnia trenujesz i pracujesz po to, by wyjść na boisko i zagrać dobry mecz. Kiedy nie wychodzi, siłą rzeczy to wpływa na ciebie. I zawsze zbiera za to moja żona, bo przychodzę wkurzony do domu (śmiech). Ale ona pomaga odwrócić złą kartę i sprawić, że szczęście jest po mojej stronie.

Przez pierwsze miesiące musiałeś chodzić ciągle wkurzony.

Fakt, na początku wszystko było bardzo trudne. Nie rozumiałem języka, przegrywaliśmy i byłem tutaj sam, rozumiesz? To mnie przybijało, ale już jest po wszystkim.

Może nie utrzymałeś nerwów na wodzy, bo w Polsce nie było jeszcze Twojej rodziny?

– Nie, nie, nie. Żeby grać w futbol, trzeba być profesjonalistą i wszystkie rzeczy odłożyć na bok. Ale czasami to nie jest łatwe i one na ciebie oddziałują. No, wiesz o co chodzi.

Umiesz radzić sobie z presją? Śląsk zapłacił za Ciebie sporo pieniędzy i oczekuje, że będziesz strzelał bramki.

– Odkąd tu przyjechałem, nie czuję żadnej presji. Nie zwracam uwagi na pieniądze, które Śląsk za mnie zapłacił. Koncentruję się na swojej pracy. Jedyna presja, jaką odczuwam, to presja wewnętrzna, która motywuje mnie do jak najlepszej gry. Ona jest niezależna od ilości pieniędzy, które na mnie wydano.

Ale niektórzy uważają, że obcokrajowcy powinni być dużo lepsi od Polaków, żeby grać w naszych klubach.

– Ja zawsze staram się wykonywać swoją pracę na 100 procent możliwości. Wiesz, nie zawsze w życiu wszystko wychodzi tak, jak tego chcesz. Na początku gry w Polsce nie wszystko mi się udawało. Ponadto teraz dochodzę dopiero do zdrowia, ale w lutym chcę wrócić do najlepszej formy.

Polską ligę da się porównać do argentyńskiej i boliwijskiej?

– Są zupełnie różne. W Argentynie futbol jest bardzo szybki, liczy się technika. W Boliwii gra się dużo piłką. Z kolei w Europie wielką rolę odgrywa taktyka. Moim zdaniem polski futbol jest bardziej podobny do argentyńskiego.

Mówisz poważnie?

– Absolutnie nie twierdzę, że jest taki sam. Według mnie jest tylko bardziej podobny do argentyńskiego niż do boliwijskiego. Futbol w różnych krajach w Ameryce Płd. też różni się od siebie.

W Boliwii musiałeś grać na ogromnych wysokościach. Jak sobie z tym radziłeś?

– To bardzo trudne. Przez pierwsze miesiące miałem wrażenie, że umrę (śmiech). Niemożliwe jest przetrwanie w takich warunkach, jeśli nie uważasz na swoją dietę. Boli cię głowa, masz nudności. To straszne. Ale po jakimś czasie się przystosowujesz. Jeśli przetrwasz cztery miesiące gry na takich wysokościach, potem nie ma to na ciebie żadnego wpływu.

Dzięki występom w tym kraju polska zima chyba nie jest taka straszna.

– Oj, nie, nie ma żadnego porównania. To, co tu zastałem, jest przerażające (śmiech). W Boliwii nie było tak niskich temperatur. No i po raz pierwszy w życiu widzę śnieg.

No to kontuzja trochę Cię uratowała, bo za kilka dni Śląsk zagra w Białymstoku, jednym z najzimniejszych miejsc w Polsce (rozmowa przeprowadzona jeszcze przed odwołaniem ostatniej kolejki ekstraklasy).

– Nie ma problemu. Ja jestem szczęśliwy, że w sobotę lecę do Argentyny i będę wygrzewał się w 35 stopniach (śmiech).

Ponoć istnieje szansa, że niedługo zagrasz w reprezentacji Boliwii.

– Taka szansa rzeczywiście była, ale pojawił się spory problem. Federacja boliwijska musiałaby zapłacić sporo pieniędzy, żebym mógł zagrać w jej barwach, dlatego temat jest nieaktualny. Już o nim nie myślę.

To nie byłby problem, że Ty, Argentyńczyk, miałbyś zagrać w reprezentacji Boliwii? Nie miałbyś dylematu?

– Oj, miałbym, i to spory. Czuję się Argentyńczykiem, więc moje serce byłoby rozdarte. Musiałbym się poważnie zastanowić, czy przyjąć taką propozycję.

Masz sporo tatuaży.

– Dokładnie trzynaście. I wszystkie, prócz jednego, są związane z moją rodziną.

Jest ich jest tyle, że w Polsce pewnie pokusisz się o następny.

– To chyba jasne. Nawet mam już pewien pomysł. Wprawdzie moja żona jest temu przeciwna, ale jak tylko wyjedzie do Argentyny, to go zrealizuję (śmiech). (Cristian powiedział to w taki sposób, żeby nie usłyszała go żona)

Wspomniałeś, że prawie wszystkie są związane z Twoją rodziną.

– Tak, bo jestem bardzo związany ze swoją rodziną. Między nam istnieje duża i głęboka więź.

Nie macie teraz problemu z regularnym kontaktem, skoro grasz w Polsce?

– Piłka nożna to moja praca. Odkąd skończyłem 15 lat, ciągle gdzieś wyjeżdżam i podróżuję, dlatego jesteśmy przyzwyczajeni, że rzadko się widzimy. Rozmawiamy prawie codziennie przez Skype’a, więc słyszymy się bardzo często.

W Śląsku bardzo chciałeś grać w koszulce z imieniem swojej córeczki zamiast Twojego nazwiska.

– To moje wielkie marzenie. Na razie nie mogę go zrealizować, ponieważ znów zabroniła mi tego FIFA. Ale kiedyś zagram w takiej koszulce, obiecuję. Kiedy? Tego jeszcze nie wiem. Ale to nie jest powód, żeby zrywać w futbolem.

Twoja córeczka niedawno obchodziła urodziny. Świętowaliście je w Polsce?

– Jak tylko wrócimy do Argentyny, mamy zamiar zorganizować wielką imprezę dla Azul z okazji drugiej rocznicy jej urodzin. Dlatego chcę, żebyś przesłał mi zdjęcia. Planujemy przygotowanie multimedialnej prezentacji, żeby pokazać rodzinie i znajomym, jak żyjemy w Polsce i jak podoba się tu małej.

Po rozmowie Cristian wspólnie z żoną i córeczką cierpliwie pozował do zdjęć. Oprócz fotografii  w gronie rodziny i z piłką, Cristian wcielił się w rolę… kucharza.

Jak się czujesz w tym fartuszku?

DEBORAH (żona piłkarza): – Cristian sprząta, gotuje i prasuje. Niczego się nie boi.

CRISTIAN: – Żona się śmieje, ale to prawda! W czasie kontuzji i rehabilitacji miałem więcej czasu dla siebie. Serio, gotowałem bardzo często.

* tłumaczyła AGATA LANGE. Wielkie dzięki za wkład w powstanie materiału i czas temu poświęcony. :)

Reklamy