Przeskocz nawigację

Tag Archives: koszykarski śląsk

Bogatą w sukcesy karierę, ale trochę niespełnioną, zakończył w 2008 roku. Wówczas mało kto przypuszczał, że Dominik Tomczyk, który media traktował z wielkim dystansem, do koszykówki wróci jako… rzecznik prasowy. Teraz ma nieco inne spojrzenie na sport. Wie, że kilka minut spędzonych przed kamerą lub parę słów w gazecie to dla gracza i klubu promocja równie ważna, jak dobry występ na boisku. Skoro więc debiutancka trema związana z nową dla siebie rolą już minęła, Tomczyk zabrał się do pracy. A w jego przypadku praca będzie polegać na kontaktach z dziennikarzami.

Często bywa Pan teraz na treningach i meczach Śląska Wrocław?
DOMINIK TOMCZYK: – Tak, jestem – że tak powiem – zobligowany do tego. Muszę wiedzieć, co się dzieje w drużynie i jaka panuje w niej sytuacja. Czy ktoś nie ma urazu, czy nie ma z czymś problemu. Wiadomo, że muszę mieć kontakt z zespołem, żeby utrzymywać kontakt również z mediami i mieć o czym opowiadać.

I nie nachodzą Pana myśli, żeby przebrać się na trening i pokazać chłopakom, że Tomczyk nie zapomniał, jak się gra w koszykówkę?
– Czasem mam wrażenie, że wszedłbym na boisko, przez chwilę zagrał i przypomniał o sobie. Z drugiej strony, jak nieraz patrzę na ich zajęcia i na trenera Rajkovicia, to mi szybko mija (śmiech). Te treningi są ciężkie, a jednak kiedy przypomnę sobie ostatnie lata, moje urazy i wszystko, co przeszedłem, nie dałbym już rady. To byłoby za duże wyzwanie dla mojego organizmu.

Przez kontuzje, mimo wielu sukcesów, można uznać Pana za koszykarza nie do końca spełnionego.
– Wiadomo, że kontuzji nabawiłem się sporo, w dodatku były dość poważne. Od pewnego momentu mojego życia i mojej kariery nieodzownym hasłem było leczenie urazów. Niestety, życie sportowca tak też wygląda. Nawet ci najlepsi, którzy mają niesamowite kariery za sobą, przechodzili przez ciężkie kontuzje. Z tym trzeba umieć żyć, trzeba umieć dać sobie radę. Wydaje mi się, że kontuzje to także pewien etap kariery. Jeżeli ktoś nie umie się z tym uporać, nigdy nie będzie sportowcem. Jeżeli po kontuzji się załamuje, nie umie wrócić do czynnego sportu, to będzie mu ciężko odnieść sukces w życiu.

Miał Pan momenty takiego załamania, kiedy chciał rzucić koszykówkę w cholerę?
– Oczywiście. Na początku, kiedy przytrafia się uraz i człowiek staje przed diagnozą, że spędzi pół roku bez gry i treningów, to w pewnym sensie jest załamujące. Ale to też nie jest tak, że przez pół roku nic się nie robi. Później człowiek walczy z organizmem, kontuzją i ze swoim ciałem. To również jest trening – fizyczny, psychiczny, mentalny. Przez kilka miesięcy nie pojawia się na boisku, nie może pokazać przed publicznością z drużyną, ale gra zupełnie inny mecz. Kiedy przez pół roku nie było mnie na boisku, nie leżałem w domu, oglądając telewizję, a noga goiła się sama. Ciężko pracowałem. Może nawet ciężej niż wtedy, gdy przygotowywałem się do spotkań.

Po zakończeniu kariery w 2008 roku trudno było trafić na informacje o Panu. Co robił Pan przez ten czas, zanim został rzecznikiem Śląska?
– Tak się złożyło, że postanowiłem zakończyć karierę, a miesiąc później przestał istnieć klub. Nie wiedziałem, że tak się stanie, to był zbieg okoliczności. Może nawet dobrze wyszło. Gdybym zaczął grać, to znalazłbym się w takiej sytuacji, jak większość chłopaków, którzy wtedy w Śląsku występowali. Musiałbym zakończyć karierę albo szukać klubu poza Wrocławiem. W takiej chwili pewnie skończyłbym ze sportem, bo z Wrocławia już nie chciałem wyjeżdżać i tułać się z rodziną po innych klubach. Po skończeniu kariery poświęciłem więc czas swoim bliskim. Mam małe dzieci, poza tym budowałem wtedy dom.

Kiedy został Pan w sierpniu rzecznikiem Śląska, powiedział, że ma debiutancką tremę. Zdążyła już minąć?
– Tak. Wiadomo, że poza grą w koszykówkę, nigdy nie robiłem nic innego. A trzeba przyznać, że bycie rzecznikiem prasowym to dla mnie coś nowego. Nowe wyzwanie, nowa praca, a ponadto – szczerze powiedziawszy – nie mam żadnego doświadczenia w tym zawodzie. Jednak widzę, że to kwestia czasu, by do pewnych rzeczy dojść i się ich nauczyć. Przede mną jeszcze dużo nauki, ale chyba idzie mi nieźle (śmiech).

Jak doszło do tego, że ponownie związał się Pan ze Śląskiem?
– Zadzwoniła do mnie Krystyna Wójcik, żona Adama, ponieważ ona jest tutaj generalnym menedżerem i zaproponowała taką funkcję. Powiedziała, że jej zdaniem moja osoba się do tego nadaje. Dostałem chwilę do namysłu. Po dwóch dniach spotkaliśmy się – ja, Krystyna oraz pan Przemysław Koelner – i wtedy oficjalnie przedstawiono mi propozycję. Zdecydowałem się.

Gdyby ktoś po zakończeniu Pana kariery obstawił u bukmachera, że Dominik Tomczyk w 2011 roku zostanie rzecznikiem Śląska, teraz żyłby w luksusach. Ciężko było wyciągnąć Pana przed kamery.
– To jest normalna rzecz. Według mnie 80 procent sportowców ma takie podejście do mediów. Teraz myślę nieco inaczej, ponieważ media promują zawodnika i klub, w którym on gra, dlatego sportowcy powinni patrzeć na sprawę w ten sposób. Wtedy wydawało mi się to niepotrzebne. Wszystkie mecze i treningi to nie tylko duże obciążenie fizyczne. Umawianie się na wywiady pochłania również dużo czasu. Poza tym, nie oszukujmy się – wszystkie wywiady, przed- i pomeczowe konferencje to trochę lanie wody. No bo pytania, co trzy dni, typu: co myślisz o kolejnym przeciwniku, co było przyczyną porażki lub sukcesu, to sztampa. Wiadomo, kibice lubią sobie poczytać i mają z tego satysfakcję, ale dla mnie, jako zawodnika, wiele podobnych rzeczy wydawało się bez sensu.

Ale propozycję zagrania w jednym z odcinków sitcomu „13. Posterunek 2” Pan przyjął.
– Przyjąłem, aczkolwiek były to pewne zobowiązania reklamowe klubu wobec sponsora. W tamtym czasie wybrano mnie i Tyrice’a Walkera, byśmy zagrali w jednym z odcinków. Traktuję to jako super przygodę. Nagrywanie filmu trwało trzy dni, pamiętam je bardzo dobrze. Było sympatycznie, w „13. Posterunku” występowało wówczas wielu znanych aktorów i miło to wspominam.

Praca na planie filmowym była cięższa niż podczas treningów?
– Fakt, jest to ciężka praca, ale o zupełnie innej specyfice. Trening koszykarski jest krótki i intensywny, ale po nim zostaje dużo wolnego czasu na odpoczynek. Natomiast praca aktora jest nieprzewidywalna. W tamtym czasie, kiedy nagrywaliśmy odcinek, pracowaliśmy od rana do wieczora. I była to praca bardzo zwariowana. Nagrywało się pewne sceny, ale nie mieliśmy narzuconego z góry planu, że teraz kręcimy jedną scenę, a za chwilę inną. Reżyser serialu, pan Maciej Ślesicki, wyznawał swoją filozofię. Nagraliśmy jakąś scenę, a za chwilę on mówi: nie, dobra, kręcimy teraz coś zupełnie innego. Przy tym wszyscy aktorzy musieli być do jego dyspozycji. To naprawdę męczące, ponieważ w każdej chwili musieliśmy być zwarci i gotowi do pracy.

Wróćmy do Pana nowej roli. Po miesiącu pracy zmieniło się trochę Pana spojrzenie na koszykówkę?
– Tak. Jak już mówiłem wcześniej, z perspektywy zawodnika wiele rzeczy wydawało mi się mało istotnych, jak np. wywiady. W tamtym czasie dla mnie media mogły właściwie nie istnieć. Uważałem, że taka promocja jest mi niepotrzebna, bo ja promuję się na boisku. Po części jest to prawdą. Jeżeli gram dobrze, to dlaczego mam się wychylać poza parkietem? Ale żyjemy w tak medialnych czasach, że jednak praca na treningach to jedna, a kontakt z mediami druga sprawa, równie istotna. Po to, żeby reklamować siebie i klub. Teraz o tym wiem, dlatego będę starał się przekazywać to naszym koszykarzom.

W środowisku zawsze miał Pan opinię bardzo spokojnego, opanowanego człowieka. Istnieje jakaś rzecz, która potrafi wyprowadzić Pana z równowagi?
– Ludzie mówią, że jestem spokojny i opanowany, ale nie ma osoby, która do wszystkiego podchodzi na luzie. Może ja duszę wiele rzeczy w sobie, nie pokazuję irytacji i złości, ale denerwuję się jak każdy. Po prostu kumuluję to w sobie.

Dlaczego?
– Żeby wywrzeć wrażenie, że nie jestem cholerykiem i wariatem. Jeśli pokazujesz, że nie panujesz nad sobą, to wiele osób uważa cię za czubka (śmiech).

Nie denerwuje Pana konflikt z drugoligowym Śląskiem? Dawni koledzy z boiska, Tomczyk i Wójcik, znaleźli się po jednej, a Zieliński i Hyży po drugiej stronie barykady. Niektórzy chętnie skłóciliby was na zawsze.
– Na pewno sytuacja jest trudna i nie znajdzie swojego rozwiązania w ciągu kilku tygodni. Staramy się z tym żyć i robimy swoje. Skoro postawiło się pierwszy krok, to trzeba iść do przodu. Drużyna, którą mamy, mistrzostwa Polski nie zdobędzie, ale małe zamieszanie w lidze może zrobić. Nas interesuje sport. Uważam, że żadnego konfliktu we Wrocławiu nie ma. Skoro II-ligowy Śląsk chce awansować do ekstraklasy, to będziemy mu kibicować, ponieważ trzymamy się tego, że kochamy koszykówkę. Jeżeli ktoś chce w tym mieście grać w koszykówkę, to nic, tylko przyklasnąć.

Mimo wszystko część kibiców podzieliła się na dwa obozy. Jedni deklarują, że będą kibicować Śląskowi w ekstraklasie, drudzy zarzekają się natomiast, że interesuje ich tylko II liga. Zdaje Pan sobie sprawę, że sporo zaryzykował, decydując się współpracę z Przemysławem Koelnerem?
– Rzeczywiście, powstał jakiś podział. Jeżeli są kibice, którzy będą wspierać nas, a inni deklarują, że Śląsk II-ligowy, to pozostaje zadać pytanie o liczby. Wydaje mi się, że większość wrocławskich kibiców wybierze ekstraklasowy. Nie ze względu na „prawdziwość” Śląska, o której dyskutuje się w mediach i która jest powodem rzekomego konfliktu, tylko z uwagi na poziom sportowy. Nasza filozofia polega na tym, żeby przyciągać na spotkania w ekstraklasie wszystkich kibiców koszykówki we Wrocławiu. Owszem, jeżeli są kibice tak bardzo zafascynowani zespołem drugoligowym i twierdzą, że nigdy nie wybiorą się na mecz ekstraklasowego Śląska, to radziłbym, żeby nie mówili „nigdy”. Bo jeżeli będą mieli ochotę, to my ich zapraszamy. Nie interesują nas żadne podziały.

Tyle że kibic często widzi tylko czarne i białe, poza tym jego zachowania są determinowane przez silne emocje. Nie boi się Pan, że ludzie, którzy kiedyś skandowali Pana nazwisko, teraz będą na nie pluć?
– Na mnie już pluli. Pamiętam, kiedy występowałem w Pruszkowie i wygraliśmy w fazie play-off mecz rozgrywany w Hali Ludowej we Wrocławiu, że pluło na mnie wielu. Ale taki jest kibic. Reaguje impulsywnie, a ten impuls jest bardzo mocny, stąd takie zachowania.

Pamięta Pan słowa, których użył w czasie jednego z ubiegłorocznych wywiadów, zapytany, co powinien zrobić Śląsk, aby ponownie grać w ekstraklasie?
– Nie.

„To proste. Właścicielem klubu powinien zostać człowiek, najlepiej obrzydliwie bogaty, którego pasją będzie koszykówka, a nie chęć zysku”.
– Już sobie przypominam.

Nieświadomie zabawił się Pan w proroka.
– Fakt, trochę tak (śmiech). Z tym obrzydliwie bogatym właścicielem tak do końca nie wyszło, bo pan Koelner, owszem, bogaty jest, ale ma również swoje zobowiązania finansowe wobec WKK. Wiadomo więc, że potrzebujemy także pieniędzy od innych sponsorów. Na razie budżet klubu nie jest zamknięty, pewni sponsorzy się pojawili, ale szukamy kolejnych. To prosta zależność. Im więcej sponsorów, tym więcej pieniędzy, a im więcej pieniędzy, tym lepsza drużyna.

Za Przemysławem Koelnerem przemawia pasja do koszykówki, a nie chęć zysku?
– O chęci zysku nie może być mowy. Ludzie, którzy pałali taką chęcią, mieli już ten klub w swoich rękach i przekonali się, że jest ciężko. Pan Koelner chyba jest świadomy, że wielkiego zysku i zarobku z tego nie będzie. Czyli co? To jest ta druga strona medalu – jego wielkie serce do koszykówki.

W trakcie kariery przylgnął do Pana ciekawy pseudonim. „Baby face killer”. Dla rzecznika prasowego już tak wdzięczny nie jest.
– (śmiech) O ile sobie dobrze przypominam, to chyba już w trakcie gry w Pruszkowie dość często mnie tak nazywano. Każdy ma jakiś pseudonim boiskowy, to normalne. Jeżeli ktoś wymyśli mi teraz nowy, jako rzecznikowi Śląska, to czemu nie.

Może Pan ma pomysł?
– Nie, czekam na waszą kreatywność (śmiech).

Reklamy