Przeskocz nawigację

Tag Archives: orest lenczyk

Słuchaj: dzwoni do mnie jakiś tam dziennikarz i mówi, żebym ja mu o wszystkim opowiedział. On zadzwoni wtedy do trenera, powie mu to, co usłyszał ode mnie, i w ten sposób doprowadzi do konfrontacji. To ja mówię: czy ty jesteś, kurwa, normalny? Czy ty się na pewno dobrze czujesz?

„Podoba mi się trener Probierz. Dąży do sukcesu, nie chce grać o byle co”. Tak mówiłeś tuż po przyjściu do Jagiellonii. Minęło kilka tygodni, zostałeś wyrzucony z Białegostoku i stwierdziłeś, że Probierzowi odbiło.

VUK SOTIROVIĆ: – No tak. Najpierw mówiłem, że mi się podoba. Później w telewizji stałem za tym, że jest dobrym trenerem, ale jako człowiek jest… No, nie ma tych cech ludzkich. I tyle. Ja nic złego w Białymstoku nie zrobiłem. Wszyscy są świadkami, począwszy od zarządu, aż do wszystkich zawodników. Jaki był powód tego, że Probierz mnie wyrzucił? Nie wiem. Nie chce mi się już tego tłumaczyć. Wiadomo, że nie tylko mnie coś zrobił, bo jeszcze kilku innym zawodnikom. Przed transferem do Jagiellonii słyszałem, że jest dobrym trenerem, ale dziwnym człowiekiem. Powiedziałem, że mnie to nie interesuje. Idę tam, ponieważ trener jest charakterny. Mnie się to spodobało. Przeszedłem do Jagi, odbyliśmy rozmowę i wszystko zmierzało w dobrym kierunku. I nagle wszystko „bach!”. Jak usłyszałem tę decyzję, to mało powiedziane, że byłem w szoku. Wcześniej z czymś takim się nie spotkałem.

W oficjalnym piśmie, skierowanym do mediów, Probierz zarzucił Ci brak profesjonalnego podejścia do treningów i meczów.

– Jeżeli źle trenowałem, to dlaczego grałem w kilku meczach od pierwszej minuty? To są absolutnie bzdury. Z pewnego źródła wiem, że prezesi mówili, iż nie było nic takiego. Trenowałem normalnie. Miałem problemy z barkiem, złapałem kontuzję. Do tej pory nie mogę podnieść ręki. O, zobacz, dotąd i dalej się nie da. Przez pierwszy tydzień, gdy trwała przerwa na kadrę, to trenowałem tak (Sotirović trzyma zgiętą rękę przy klatce piersiowej – przyp. MRS). Wykonywałem wszystko normalnie, ale rękę trzymałem w ten sposób, bo nie mogłem inaczej. Może ja źle przez to wyglądałem, że mnie bolało i nie mogłem nic robić w normalny sposób? Gdy byłem zdrowy, na treningach prezentowałem się dobrze. Jakby było inaczej, nie grałbym od pierwszej minuty. To jest prosta odpowiedź na jego zarzuty. A to, co on mówi, to tylko jest alibi na to, co zrobił. Niech dalej sam siebie okłamuje, bo fakt, że źle trenowałem, jest właściwie nie do udowodnienia.

Jeśli zostałbyś w Białymstoku, to musiałbyś biegać dwa razy dziennie: o godz. 7 i 16, a między tymi zajęciami oglądać mecze Jagielloni na wideo. Jeden z internautów zauważył, że nawet w Klubie Kokosa u Józefa Wojciechowskiego mają lżej.

– To jest psychiczne znęcanie się nad zawodnikiem. Jaga ma takie zagrania. Nie jestem pierwszy, któremu je zaproponowano. Nie zgodziłem się, jakoś się dogadaliśmy i rozwiązaliśmy umowę, ale inni zawodnicy, którzy są w Białymstoku, robili to. Cały czas biegali. Nikt nie wytrzyma tego dłużej niż dwa tygodnie. Jakbym chciał trenować biegi, to zostałbym lekkoatletą, a nie piłkarzem. Bardzo chciałbym, żeby nie dochodziło do takich sytuacji. Żeby zawodnicy byli chronieni i coś takiego nie mogło przydarzyć im się w żadnym klubie. Jeżeli klub podpisuje z kimś kontrakt, a po pół roku lub nawet po miesiącu okazuje się, że już go nie chce, nie jest to problem zawodnika. Wówczas to jest problem klubu. Fakt, że piłkarz jest w słabszej dyspozycji lub cokolwiek innego? Trudno. Dzieje się podobnie, kiedy piłkarz dobrze gra i chce gdzieś odejść. Wtedy klub, który chce go kupić, musi zapłacić dotychczasowemu pracodawcy, tak?

Jeżeli piłkarz wciąż ma ważny kontrakt, to tak.

– No właśnie, piłkarz nie odejdzie wtedy za darmo. Jak gra dobrze, to jest super, a jak jest źle, to mówią mu: „na razie”? Tak nie może być. Zdarzają się również sytuacje, w których ktoś ci grozi i cię szantażuje. Dla mnie to jest tragedia polskiej piłki, że coś takiego się w niej dzieje. Ja się nie zgodziłem na takie rozwiązanie, dlatego jestem teraz wolny. Jadę do Serbii, tam będę trenował, rozgrywał mecze i uczestniczył w indywidualnych zajęciach ze swoim trenerem. Teraz, kiedy się pakuję i załatwiam różne sprawy przed wylotem z Polski, nie trenuję. Mówię szczerze, że mi się nie chce. Muszę odpocząć psychicznie, jest mi to potrzebne. Ale kiedy przyjadę do Serbii, kolejnego dnia będę już na treningu. Na pewno nie stracę tego czasu. Nie będę się obijał i nic nie robił. Zawsze trenowałem, kiedy jechałem do domu. A teraz muszę starać się jeszcze mocniej, ponieważ jestem w ciężkiej sytuacji. Tylko treningi mogą sprawić, że będę gotowy do gry, gdziekolwiek pójdę. Bo przecież nie wiadomo, czy w czerwcu wrócę do Wrocławia.

Wiadomo, że lubisz dłużej pospać. Spóźniałeś się przez to na treningi?

– We Wrocławiu nigdy nie spóźniłem się na trening. Owszem, spóźniałem się na zbiórki, tak samo, jak reszta zawodników. I powiem, że wśród spóźnialskich nie byłem w czołówce. Każdemu się zdarza, tylko ja mówię wprost: lubię spać. Funkcjonuję tak, że nawet jeśli jestem w domu, to nie położę się spać o godz. 22. Nie dam rady. Zajmuję się różnymi rzeczami, czytam książki i kładę się do łóżka o godz. 1 czy 2. Nawet jeśli wstanę wcześniej, wieczorem tego dnia nie usnę. Taki mam organizm, dlatego jak wstaję rano, jest mi ciężko. Mam problem z pobudką, ale to nie jest niczyj problem, tylko mój. W klubie, jak się spóźnisz, to zapłacisz. Nikt nie płacił za mnie. A to, że trener mówił, iż się spóźniałem na treningi, jest absolutną nieprawdą. Tylko że nikt z zawodników nie wypowie się o tym w prasie. Ja powiedziałbym o tym otwarcie. Inni już nie.

Dlaczego sugerujesz, że zawodnicy się boją?

– Nic nie sugeruję. Po prostu jestem taki, że mówię o pewnych sprawach. Dobra, byłem taki, bo teraz już nie będę. Jestem jednak przekonany, że jeśli ktoś inny znalazłby się w mojej sytuacji, zrobiłbym inaczej niż reszta zespołu. No, ale oni stanęli za mną, poszli do trenera, tylko że on nie chciał z nimi rozmawiać. Doszło do jakiejś rozmowy, że się spóźniam na treningi, że jestem pokłócony z drużyną. Przepraszam, ale ja nie odczułem, że mnie tutaj nie lubią. Mam dobry kontakt z wieloma zawodnikami. To mi wystarczy. A że ktoś chce pisać o pewnych rzeczach? Jego sprawa. W klubach, w których występowałem, mam wielu przyjaciół. Z nikim nie byłem pokłócony. Nie wiem, jaki trener miał cel, żeby tak mówić. Było, minęło. Nie rozmawiajmy o tym.

Zweryfikuj mi kilka faktów. Zaczniemy od zgrupowania na Cyprze. Miałeś powód, by Remka Jezierskiego nazwać pijakiem?

– Nawet jeżeli miałem, to ci tego nie powiem. Wiesz co, największy dramat w klubie dzieje się wtedy, gdy takie rzeczy wychodzą na zewnątrz. Tego nie mógł powiedzieć nikt inny, tylko któryś z piłkarzy. To jest dramat w szatni. Zdarza się nie pierwszy raz, że u nas… no, mówię u nas, w Śląsku, z szatni wychodziły na zewnątrz różne rzeczy. Nie wiem, jak nazwać takie zachowanie. Kiedy byłem mały i się wychowywałem, rodzice uczyli mnie , że rzeczy, o których rozmawia się w domu, nie wychodzą na zewnątrz. Widocznie niektórych tego nie uczyli. Miałem z Remkiem małe spięcie, teraz go nie ma. Gdy się widzimy, normalnie ze sobą rozmawiamy. W dużo większych klubach niż Śląsk zdarzają się gorsze rzeczy i nie robi się z nich afery.

Ktoś z piłkarzy wynosi informacje z szatni?

– My, jako zawodnicy, mniej więcej wiemy, kim jest ta osoba. Ale nie oskarżysz kogoś za coś, czego nie jesteś pewien. To przykre, że między nami nie ma zaufania. Na zasadzie: ktoś mi się zwierzy, a ja pójdę do dziennikarza i mu o tym powiem. Gdy grałem w Serbii jako junior, pobiłem się z kolegą na treningu. Trwała gierka, ktoś kogoś sfaulował, już dokładnie nie pamiętam, bo było to dawno temu. Kilka fauli, słowne starcie. Dziś z tym kolegą mam znakomity kontakt, jesteśmy bardzo dobrymi kumplami. Właściwie to mój przyjaciel. W sporcie tak jest, że jeździmy na obozy, jesteśmy daleko od rodzin. Takie rzeczy zbierają się w człowieku, aż w końcu następuje wybuch. Nie chodzi o to, czy ktoś kogoś nie lubi. Najważniejsze, żebyśmy się wzajemnie szanowali. To jest podstawa.

A Ty pijesz alkohol?

– (śmiech) Jak widzisz, mnie to śmieszy. Kiedy wychodzę na dyskotekę, znajomi się ze mnie śmieją, że piję wodę, więc jeśli ktoś mówi, że piję alkohol, niech robi to dalej, proszę bardzo. Spytaj zawodników, z którymi grałem, czy Vuk pije. W każdym klubie wiedzieli, że tego nie robię. Nikt mnie nie zobaczył z alkoholem. Powiem tak: czasami, ale naprawdę czasami, mogę wypić drinka, ale takiego damskiego (śmiech). Alkohol mi przeszkadza. Nie chodzi o to, że nigdy w życiu się nie upiłem. Upiłem się kilka razy, ale alkohol dotykam raz na rok, więc nie mam z czego się tłumaczyć. To są bzdury. Nie piję nawet soków, bo mają dużo cukru. Opowiem ci pewną historię. Był taki czas, że piłem mrożoną herbatę, ciągle tylko ice tea. Przebywałem w Serbii, normalnie trenowałem, wracałem do klubu i miałem pięć kilo nadwagi. Myślałem sobie: kurde, coś tu nie gra. A ja codziennie siadałem z kolegą – jednym, drugim, trzecim – i na spotkaniu piłem ice tea. Jak się dowiedziałem, że 100 ml tego napoju ma dwadzieścia parę gramów cukru… Zobacz, w jakich ilościach dostarczałem go do organizmu. Ciężko było nie przytyć. Dlatego teraz piję tylko wodę. Jeżeli ktoś mnie spotyka w wolnym czasie, to tylko z butelką wody.

Skąd wytrzasnąłeś informację, że Orest Lenczyk nazwał Cię alkoholikiem? Szukałem jej bardzo długo, ale nic nie znalazłem.

– Bo nigdzie jej nie ma. Ale to nie ja ją wymyśliłem. Trener Lenczyk rozmawiał z pewnym dziennikarzem. On zadzwonił do mnie i przyznał, że trener powiedział to o mnie. Jak go dziennikarz spytał, czy ma to napisać, trener powiedział: lepiej tego nie robić, bo to zaogni tylko sytuację. Zdaję sobie sprawę, że dziennikarz mógł kłamać. To też wchodzi w rachubę. Ale jaki miałby powód, żeby coś takie wymyślić?

Może szukał gorącego tematu?

– Może, ale ja tylko powtórzyłem to, co on mi powiedział. A czy trener rzeczywiście tak stwierdził? Faktycznie, nigdzie tego nie ma. Ale takie rzeczy, że ja jestem patentowany leń i jestem w konflikcie z drużyną, już mówił. Nie wiem, z jakiego powodu.

Może faktycznie jesteś leniem?

– Jeżeli ja jestem leniem, to kiedy jadę chociaż na dwa dni do domu, trenuję u swojego trenera? Leń tak robi? Nie. Przyjeżdżam do domu, dzwonię do niego, że jestem na miejscu i pracujemy. Robię przecież to, co lubię, i jestem z tego powodu szczęśliwy. Jak idę na trening, to się z tego cieszę, ponieważ mogę pokopać piłkę. Bo oprócz tego, że to jest moja praca, dla mnie to jest zabawa. Kiedy futbol przestanie być dla mnie zabawą, to ja przestanę grać. Proste.

„Lenczyk kaleczy treningi” – to są Twoje słowa. Jak na razie efekty tych treningów są bardzo dobre.

– Powiedziałem wystarczająco dużo na ten temat w mediach. Możemy pogadać prywatnie.

No dobra. Nawet jeśli te treningi polegają głównie na pracy nad przygotowaniem fizycznym i nie są nowoczesne, to dają rezultaty. Przecież o nie w piłce chodzi.

– I w tygodniu w ogóle piłki nie dotknąć? Niech będzie. Jakie są, takie są te treningi, ale jego bronią wyniki.

OK. To w takim razie zadam inne pytanie: lepiej trenować cały czas z piłkami, lekko i przyjemnie, ale mieć słabe wyniki, czy postawić mocniej na przygotowanie fizyczne poparte taktyką i osiągać dobre rezultaty?

– No dobrze, to popatrzmy na to od innej strony. Znajdź mi jeden klub na świecie, który trenuje w taki sposób, jak Śląsk Wrocław. Jeden klub. Ja w tym momencie kończę granie w piłkę. W tym momencie kończę granie w piłkę! Biorę się za cokolwiek innego, byle nie za futbol. Jeden klub w zachodniej Europie, który ma treningi takie jak my. Wiesz co, może być nawet z Bułgarii, Serbii i tej części Europy. No?

Nie wiem, jak wyglądają treningi w różnych zespołach, ale z pewnością wielu szkoleniowców stawia na przygotowanie fizyczne. Szczególnie, jeśli nie ma w swoim zespole indywidualności.

– To nie sposób jest dobry, a zawodnicy. To nie jest gra na komputerze albo playstation, gdzie tylko od nas zależy, co zrobimy. Po boisku biega jedenastu piłkarzy. Co z tego, że my wszystko ustalimy w szatni, dobierzemy taktykę, jak ktoś popełni indywidualny błąd. Futbol to przecież gra błędów. Kto ich mniej popełni, ten wygra mecz. Tak że możemy wszystko ustalić, a bramkarzowi piłka przejdzie między nogami i jest klops. Oby tylko dzisiaj tak nie było (rozmowa przeprowadzona przed meczem z Koroną Kielce, który Śląsk przegrał 0:1 po błędzie… bramkarza Mariana Kelemena – przyp. red.). Wychodzisz na boisko, jest pierwszy rzut rożny, gol i po ptakach.

OK. Tylko że możesz mieć umiejętności, do końca meczu zostaje pół godziny, a Ty nie masz czym oddychać, bo nie jesteś przygotowany do wysiłku. Przeciwnik, choćby piłkarsko był słabszy, zadepcze Cię.

– Teraz też mam odpowiedź na twoje pytanie. Obecnie wszyscy potrafią grać w piłkę. Kiedyś na przykład taki Azerbejdżan dostawał po siedem, osiem, dziesięć bramek. Teraz mocne zespoły też się z nim męczą. A wiesz, dlaczego? Dlatego, że wszyscy są przygotowani na porównywalnym poziomie. Pokaż mi zespół, który pada w lidze w 60. minucie i nie ma sił. Taki zespół nie istnieje. Wiesz, jak się trenuje przez cały czas, to siły po prostu się ma. Jeden ma ich więcej, drugi mniej, ale jedenastu zawodników nie siądzie od razu tak, że nie będzie mogło nawet łazić. Padnie jeden, drugi, trzeci, ale wejdą za nich następni. Dlatego jest potrzebna dobra ławka. Ale mówię, taktycznie to jakoś wygląda prawie w każdej drużynie, każdy potrafi też biegać. Zobacz na mecz Barcelony z Realem, który skończył się pogromem 5:0. Dwa zespoły, w których masz wszystko, a każdy z zawodników błyszczy umiejętnościami. No i co? Piątka. Futbol to dziwny sport. Zawsze powtarzam, że dużo zależy od szczęścia. W Śląsku za trenera Tarasiewicza graliśmy dobrze, ale czegoś nam brakowało. Mogliśmy np. strzelić bramkę, a ją traciliśmy. Tu ze spalonego, tam z karnego, jak na Widzewie, potem po jakimś indywidualnym błędzie. Ostatecznie robią się z tego porażki. Przyszedł trener Lenczyk i nagle wszystko się odwraca: tu jakiś gol ze spalonego, z Ruchem bramka samobójcza, gdzie indziej karny. Popatrz na mecz Lech – Jagiellonia (2:0 – przyp. ŁK). Przy stanie 0:0, w sytuacji z Arboledą sędzia nie odgwizdał faulu na mnie. Powiedz, czy był faul?

Z powtórek wynikało, że był.

– No właśnie. Nie powinno być rzutu karnego, ale już czerwona kartka owszem. Tak się nie stało, a później przegraliśmy. Teraz weź mecz Lech – Śląsk. Za faul na Gikiewiczu arbiter podyktował rzut karny, choć on był faulowany przed polem karnym. Zgadza się? Tu cię sędzia oszuka, a w następnym los ci zwróci. Możesz mieć umiejętności, być przygotowanym, a nic to nie da. Potrzebne jest szczęście i drobne detale. Ale trener ma sukcesy i to jest najważniejsze. Ja naprawdę życzę Śląskowi, żeby zajął trzecie miejsce i grał w pucharach, ale niektóre rzeczy po prostu mi się nie podobają, dlatego głośno o tym powiedziałem.

Ty po prostu najpierw mówisz, a później myślisz, zamiast robić odwrotnie.

– No tak. Na szczęście mam bardzo mądrą dziewczynę. której radzę się w wielu sprawach. Zazwyczaj to, co ona mówi, sprawdza się w rzeczywistości. Często okazuje się, że radziła mi dobrze. Ale ja jestem taki, że jak coś mi leży na sercu, to o tym mówię. Nie mogę się hamować. Zawsze chcę powiedzieć prawdę, tak samo chcę ją usłyszeć. Boli mnie, gdy ktoś opowiada kłamstwa. Teraz rozmawiam z tobą i muszę się szczypać, żeby nie mówić o niektórych rzeczach. Tutaj dostałem nauczkę, a w Białymstoku… No, nie zrobiłem nic, by tę nauczkę dostać. Ale to też jest jakaś szkoła. Może tak musiało się stać. Na pewno jest mi ciężko, że nie trenuję i nie gram. Tym bardziej teraz, w środku sezonu, kiedy wszystko się rozstrzyga, a ja nie mogę w tym uczestniczyć. To mnie boli najbardziej. Jednak jakoś muszę przetrwać, poradzić sobie i wyjść z tego silniejszym.

Na jednym z treningów zapolowałeś na nogi kolegów z drużyny – Jarka Fojuta i Łukasza Gikiewicza…

– Tak, wspominałem o tym w jednym z wywiadów.

Jesteś nadpobudliwy?

– Nie. Znam kilku takich, co naprawdę mają ADHD. Ale było wtedy ostro. Już ci mówię, dlaczego. Na treningach jest rąbanka. Taka, że kości pękają. A to działo się w obecnym sezonie, kiedy przegrywaliśmy i graliśmy mecze bez faulu, bez jaj. To mnie najbardziej bolało. Na treningach nigdy nie grałem w ten sposób. Ja w ogóle nie biję obrońców, nie walę w nich celowo łokciami. Jeśli kogoś przypadkowo uderzę, natychmiast staję obok i przepraszam go milion razy. Ale wtedy miałem klapki na oczach. Akurat tak się złożyło, że graliśmy z Amirem przeciw parze Jarek Fojut – Łukasz Gikiewicz. OK, pierwszy wślizg, w Jarka, był celowy, zdenerwowałem się. Ale w drugim przypadku chciałem już trafić w piłkę. Łukasz w ostatnim momencie przesunął piłkę, więc przejechałem mu po nodze. To tylko groźnie wyglądało. To był pierwszy i ostatni raz. Poza tym, jak ja dostawałem na treningach po kostkach, nikt o tym nie pisał. A że trener przerwał trening? Mógł zrobić to milion razy, a ja wcześniej zrobiłbym to samo. Tylko że jak jesteś na treningu kozakiem i napierdalasz, to napierdalaj też w meczu. To był powód całego zajścia. A czy tam stałby Mila, Amir czy ktokolwiek inny, to też by dostał po nogach. Ale nie jestem nadpobudliwy. Lubię za to żartować. Zarówno z siebie, jak i z innych.

Piłka wrzucona na boisko podczas meczu z Ruchem Chorzów to był Twój żart?

– To nie był żart (śmiech). Powiedziałem, że to nie ja wrzuciłem ją na boisko. A nawet gdyby, to bym się do tego nie przyznał. Nikt by się do tego nie przyznał. Ktokolwiek to zrobił, to po to, żeby pomóc drużynie. Jeżeli ktoś został skrzywdzony, możemy za to przeprosić. Jest tak samo, gdy zawodnik przewraca się na boisku i długo leży, mimo że może się podnieść. To takie samo oszustwo.

Jak wygląda Twoja obecna sytuacja?

– Dramatycznie. Jestem bezrobotny, ale za kawę chyba zapłacę (śmiech). Jest kiepsko. Akurat teraz nie mam gdzie trenować, ale ojciec mojego przyjaciela jest szkoleniowcem klubu w serbskiej ekstraklasie. Tam będę trenował, grał mecze w rezerwach i dokładał indywidualne zajęcia. Vuk wróci w czerwcu dobrze przygotowany. Czy wrócę do Polski, czy wyjadę do innego kraju, o formę się nie martwię. Na razie obijam się i nic nie robię. Chciałem iść pobiegać, ale mam popakowane rzeczy. A żeby iść do klubu i się spotykać z… Zostałem odsunięty, przyjdzie trener Lenczyk i mnie zobaczy. Nie chcę się pokazywać. Nawet po treningach Śląska. Mnie jest przykro, że tak się zdarzyło. Chciałem tutaj nadal grać, rozmawiałem na temat przedłużenia kontraktu. We Wrocławiu czuję się świetnie z wielu powodów.

Jeśli Lenczyk chciałby wyjaśnić z Tobą wszystkie nieporozumienia, przystałbyś na taką propozycję?

– Po pierwsze, on czegoś takiego nie zrobi. To wszyscy wiemy. Po drugie, raz już trenerowi rękę podałem, w momencie jego przyjścia do Śląska. W pierwszym meczu za jego kadencji, przeciwko Wiśle, nie zagrałem. Już po nim zrodził się konflikt. Dodatkowo trener powiedział pewne rzeczy w prasie. To wszyscy wiedzą. Nie miał żadnego powodu. Dlaczego więc to robił? Nie wiem. W rozmowie ze mną stwierdził nawet, że chciał mieć mnie u siebie, gdy prowadził Cracovię. Mnie namówiła dziewczyna, żebym przyszedł do trenera i wyjaśnił wszystkie nieporozumienia. Zrobiliśmy to dość szybko, trener ma taki sposób bycia. Mnie najbardziej bolało, że on mówił, iż ja mam konflikt z drużyną, a nie z nim. To było dla mnie poniżej pasa. Tak samo ktoś mnie spytał, czy trenerowi Probierzowi podałbym rękę. Pewnie, ale nie do ręki, tylko gdzie indziej. Sebastian (Mila – przyp. MRS.) powiedział, że sytuacja z Probierzem to było kopanie leżącego. Dla mnie Śląsk jest ważniejszy niż sam trener. Dzisiaj jest, jutro go nie ma. Ja w tym klubie grałem, coś mu dałem i w dalszym ciągu chciałem tu być. Gdziekolwiek nie pójdę, zawsze będę miał sentyment do Śląśka.

W niektórych momentach wydawało się, że Ty jesteś najważniejszy, a Śląsk kręci się wokół Ciebie.

– Każdy ma prawo do swojego zdania. W ogóle słuchaj: dzwoni do mnie jakiś tam dziennikarz i mówi, żebym ja mu o wszystkim opowiedział. On zadzwoni wtedy do trenera, powie mu to, co usłyszał ode mnie, i w ten sposób doprowadzi do konfrontacji. To ja mówię: czy ty jesteś, kurwa, normalny? Czy ty się na pewno dobrze czujesz? Jak chcesz być mądry, to zróbcie konferencję prasową, na której będą wszyscy zainteresowani. Trener będzie coś mówił, a ja będę obok. Tak samo było na Cyprze. Dostałem komunikat, że jestem odesłany do domu. Trener chciał, żebym wyszedł z odprawy. Czekałem, aż zacznie mówić, ale nie zaczął, dopóki nie wyszedłem. W końcu zrobiłem to i słuchałem zza drzwi. To nie było nawet śmieszne, tylko żałosne. Zobacz, pomagałem Amirowi, od kiedy przyszedł tutaj. W każdej sprawie. Jesteśmy bardzo dobrymi kolegami, dzieliliśmy razem pokój. I trener mówi, że on był terroryzowany przeze mnie. Uważam, że wielu ludzi nie zna prawdziwego oblicza trenera, nie wie, jaki on jest.

Po tych dwóch głośnych sprawach wierzysz, że w polskiej lidze ktoś skusi się jeszcze na Sotirovicia?

– Nie musi. Ja nikomu nie będę się narzucał. Zrobiłem tu wiele dobrych rzeczy. Czy ktoś z ludzi, którzy mnie krytykują, wziął głodnego z ulicy na obiad? Niech każdy skupi się na sobie. Ja mogę ze spokojem spojrzeć w lustro, bo wiem, że jestem dobrym człowiekiem i nie mam żadnych wyrzutów sumienia. I na tym skończmy, bo tylko się zdenerwowałem.

Reklamy

Uważam to za nietakt, jeśli ktoś sobie pozwala porównywać mnie po trzech meczach do poprzedniego trenera, który pracował tu kilka lat. I tak się zastanawiam, kto to jest, że mnie o to pyta? Wie pan, czasem można zadać pytanie, ale jest to pytanie nie na miejscu albo zadane przez człowieka, który szuka kwadratowych jaj.

OREST LENCZYK: – To, co ma pan tam napisane (Orest Lenczyk wskazuje na otwarty notatnik – przyp. MRS), to wszystko są pytania?

Kilka tematów, które chciałbym poruszyć.

– Mam nadzieję, że to nie są notatki o mnie.

Chcę raczej porozmawiać o grze Śląska Wrocław.

– O mnie już napisano i powiedziano tyle historii, że wystarczy.

W takim razie zacznę od słów…

– Kogo?

które powiedział Pan kiedyś. „Jak jest bardzo źle, trzeba uwierzyć. Jak jest tak dobrze, jak teraz, trzeba zwątpić”. Po pięciu ligowych meczach bez porażki w Śląsku nadal trzeba wierzyć czy już należy wątpić i uważać, żeby zawodnicy nie nosili głów zbyt wysoko?

– Uważam, że przed każdym meczem jest wątpliwość. Trzeba to uszanować, ale robię wszystko, by zbliżając się do kolejnych była coraz mniejsza. Oczywiście do rozpoczęcia meczu, bo tej wątpliwości nie można tak podgrzewać, aby w czasie meczu być przestraszonym i nie wierzyć. To pierwszy stopień do porażki.

Gdy obejmował Pan Śląsk siedem tygodni temu, wątpliwość w oczach i głowach zawodników była większa niż obecnie?

– Patrzyłem, słuchałem, oceniałem, wyciągałem wnioski. Dużo czasu nie było, bo za kilka dni graliśmy mecz, a potem kolejny. Przygnębiająca sytuacja i miejsce w tabeli były tak negatywnymi czynnikami, że starałem się robić wszystko, by nie zaglądać w tabelę, a jednocześnie przekonywać zawodników, że wielu z nich grało bardzo dobre mecze w swojej karierze. Jeżeli wielu z nich jest w takim wieku, że powinni grać najlepsze spotkania w swojej karierze, to absolutnie będę starał się im pomóc, by ich strona fizyczna, mentalna oraz chyba najważniejsze, czyli taktyka, w każdym momencie na boisku przypominała, że gra się o zwycięstwo.

Po udanym początku podtrzymuje Pan zdanie, że gdyby wiedział o stanie przygotowania do gry poszczególnych zawodników, to…

– To podejmowałbym inne decyzje. Ktoś to poprzekręcał i w dalszym ciągu widzę, że po dwóch, trzech tygodniach pan wraca do tego. Oczywiście, że podejmowałbym inne decyzje, bo wtedy nie wiedziałem prawie nic. To, że oglądałem trochę zespół w telewizji i znałem zawodników z poprzedniego sezonu, to w sumie okazało się już dużo, ale za mało, żeby rozpocząć pełną parą. Tym bardziej sprawdziwszy, w jakim miejscu są zawodnicy pod względem motoryki, uznałem, że mimo zastrzeżeń do poszczególnych piłkarzy, trzeba grać tak, aby w ciągu 90 minut nie zapominać, że przed meczem mamy jeden punkt. Również aby uchronić zespół i go utrzymać, naprawdę trzeba wykonać sporą robotę na boisku. A sprawa zdobywania bramek? Może okazało się, że – po pierwsze, nie jest to takie proste w aktualnej formie zawodników, a po drugie, po kilku tygodniach straciliśmy Diaza, czyli znów mamy nie ten atak, który startował na początku rundy. W międzyczasie kilku zawodników ruszyło z formą i mam nadzieję, że znajdują się w takim miejscu, że stać ich jeszcze na lepszą grę.

Te rezerwy tkwiły w psychice i przygotowaniu fizycznym piłkarzy?

– W każdym elemencie i nie chodzi o to, by uważać się za mądralę i krytykanta wszystkiego, co się robiło. Zawsze w sytuacji kilku kolejnych porażek coś się dzieje nie tak. Ja doskonale pamiętam, że miałem najwięcej kłopotów w ciągu najbliższego tygodnia do kolejnego meczu po wygranej. Wówczas panuje radość, optymizm, jest podniesiona głowa, ale to wszystko trzeba sprowadzać na ziemię, bo za kilka dni jest następny mecz. Teraz nie mamy porażek, jest pewna seria nieprzegranych meczów, ale staram się absolutnie dawać do zrozumienia, że to było, a weryfikacją pracy jest najbliższa kolejka. Mamy szansę, i mogę powiedzieć to wprost, zakończenia tej rundy z pełnym honorem. Mnie, jako trenerowi, bardzo na tym zależy.

Z drugiej strony ten optymizm po zwycięskich meczach można wykorzystać, by zawodników zachęcić do jeszcze cięższej pracy.

– I to odczuwam na treningu. Mam szacunek do zawodników, którzy po pierwszych treningach popatrzyli i pomyśleli: „co tutaj się dzieje?”, jednak zaakceptowali to, co robimy. Nie chcę powiedzieć, że robimy jakieś cuda, ale może wykonujemy rzeczy niepopularne w okresie startowym, które dają nam szansę doskonalenia formy w ten sposób. Nie chodzi o to, by wybiegać na boisko i tylko grać w piłkę. Chodzi o to, by po każdym meczu dać piłkarzom odpocząć, ale doprowadzić ich do najwyższej formy na kolejne spotkanie w inny sposób.

Po rozpoczęciu pracy nie dziwiły Pana pytania o taktykę? Wielokrotnie porównywano Śląsk pod wodzą Ryszarda Tarasiewicza i Śląsk pod skrzydłami Oresta Lenczyka i próbowano nakłonić Pana do odpowiedzi na pytanie, czy będzie pracował nad jednym systemem czy ustawienie będzie zależne od przeciwnika.

– Uważam to za nietakt, jeśli ktoś sobie pozwala porównywać mnie po trzech meczach do poprzedniego trenera, który pracował tu kilka lat. I tak się zastanawiam, kto to jest, że mnie o to pyta? Fakt, że ktoś jest dziennikarzem, nie znaczy, że pozjadał wszystkie rozumy dotyczące taktyki i tego wszystkiego, co na co dzień powinno się robić z drużyną i tego, co powinno się wykonywać z pewnym wyprzedzeniem. Oprócz bieżących zadań, istnieje pewna strategia pracy, które nie pozwala zapominać, że po każdym meczu jest następny. W sytuacji, gdy tych meczów jest coraz mniej, sprawą absolutnie najważniejszą w momencie objęcia zespołu przeze mnie oraz Marka Wleciałowskiego jest ilość zdobytych punktów. Jeżeli teraz oglądam mecz Lecha Poznań z Polonią Warszawa, mogę powiedzieć, że to jest wspaniały poziom. Ale grają drużyny, które w dalszym ciągu mają walczyć o mistrzostwo Polski. Taki miały cel przed sezonem, a gdzie są tabeli? Tam, gdzie są. Jeśli Śląsk krytykowało się również za mojej bytności, to daj Bóg, byśmy po najbliższym meczu z Górnikiem (rozmowa przeprowadzona przed sobotnim spotkaniem – przyp. MRS) mieli 16 punktów, bo to stworzy nam możliwość bezpośredniego kontaktu z drużynami środka tabeli. A to już będzie coś.

Mnie te pytania bardziej dziwiły z tego względu, że…

– Ja jeszcze raz wracam do tego, kto pyta. Wie pan, czasem można zadać pytanie, ale jest to pytanie nie na miejscu albo zadane przez człowieka, który szuka kwadratowych jaj.

Mnie zdziwiło to tylko dlatego, że w szanującym się klubie przed każdym meczem przeciwnik powinien być rozpracowywany, a taktyka zespołu ustawiana pod niego.

– Tak powinno być. My robimy to, na co nam warunki pozwalają, ale w aktualnej sytuacji najbardziej interesowały nas możliwości poszczególnych zawodników. To, jak będzie grał przeciwnik, jest bardzo ważne i przed meczem trzeba to powiedzieć. Potem podczas meczu okazuje się, że różnie to wygląda, a my odpowiadamy za zespół, który prowadzimy i dosłownie po pięciu, dziesięciu minutach widzimy, czy założenia są realizowane. To przypomina pojazd, który przed meczem niby ma doskonałe warunki do wspaniałej jazdy, a po drodze zaczynają się problemy. Utrata bramki powoduje, że ten pojazd zaczyna się chwiać. Mam ogromny szacunek do zawodników choćby za mecz z Polonią Warszawa, w którym grali do końca i nie przegrali. Mecz w Bełchatowie był meczem bardzo trudnym z uwagi na błotniste boisko. Nie trenowaliśmy przez kilka tygodni na mokrej nawierzchni. Wiedziałem, że to nie będzie walka pod względem umiejętności piłkarskich na wysokim poziomie. Szacunek dla piłkarzy, że w tych warunkach powalczyli o jak najlepszy wynik, a zdobywszy bramkę włożyli wiele sił, by ten mecz doprowadzić zwycięsko do końca.

Te możliwości indywidualne są obecnie większe niż gdy obejmował Pan zespół? Z pewnością przeprowadził Pan kolejne testy po kilku tygodniach.

– Kolejne testy nie dadzą odpowiedzi, czy ktoś gra lepiej czy gorzej. Są tylko wskazówką dla trenera, jakie obciążenia ma aplikować zawodnikom. Natomiast widać, że istnieje kilka pozycji – trzy, cztery, na których dochodzi do zmian. Raz gra ten, innym razem tamten. Istotne jest, że nastąpiła stabilizacja na sześciu pozycjach. No, na pięciu na pewno. To jest istotne, ponieważ ci zawodnicy już trochę ze sobą grają, a chodzi o to, by swoje doświadczenie i praktyczną stronę rozwiązywania akcji na boisku doskonalić. Każda zmiana w tym ustawieniu jest dowodem, że nie mamy w tej chwili jedenastki, którą „w ciemno” można wpuścić do grania. Nawet patrząc na treningi w tygodniu, mamy kilka wersji składu na najbliższe mecze.

Mówiąc o stabilizacji, ma Pan na myśli linię obrony, która ostatnio spisuje się dobrze? Dyspozycja całej defensywy w dużej mierze zależy od powtarzania poszczególnych schematów.

– Z pewnością, chociaż przed meczem z Bełchatowem mieliśmy problem i nawet trzech podstawowych zawodników defensywy mogło nie zagrać. Po kontuzji, która mogła wykluczyć go z występu w Bełchatowie, wrócił Krzysiu Wołczek. Jest przeambitnym zawodnikiem. Z kolei Tadziu Socha bodaj pierwszy raz w tej rundzie grał na prawej obronie, choć z tego co pamiętam jest… prawym obrońcą. Ta defensywa grała skutecznie, nie straciła bramki, ale dopuszczaliśmy do wielu sytuacji, w których przeciwnik znajdował się zbyt blisko bramki i zbyt łatwo zdobywał miejsca w pobliżu rogów „szesnastki”, z których dośrodkowywał. A jeżeli przeciwnik oddaje w kierunku naszej „szesnastki”, a nawet „piątki”, około 40 dośrodkowań, to przyczyna takiej gry obronnej zaczyna się w okolicach trzydziestego metra. Tam są, w cudzysłowie, przecieki, czyli przeciwnik drybluje, łatwo dośrodkowuje, a my nie nadążamy z podwojeniem krycia. Jeśli umożliwiamy mu łatwe dośrodkowanie, to potem – nie chcę powiedzieć, że przypadkowo, bo to się w meczach często zdarza – takie dośrodkowanie wpada wprost na głowę napastnika i obrońca nie ma szansy. Oczywiście, po tym co się wydarzyło w Krakowie i Bełchatowie, czyli około 40 dośrodkowań w nasze pole karne, to szacunek należy się szczególnie środkowym obrońcom, ponieważ wygrywali prawie wszystkie powietrzne pojedynki.

Rotacja w składzie, powrót Dariusza Sztylki i Tadeusza Sochy czy awans z zespołu Młodej Ekstraklasy Dawida Abramowicza, to, abstrahując od ich formy, także element psychologiczny? Chce Pan powiedzieć: pracujcie, bo każdy ma szansę?

– Czasem nie mam wyjścia, a czasem dwóch lub trzech piłkarzy w danym momencie znajduje się w jednakowej formie. To też jest loteria, jak zagra po wyjściu na boisko. Ja mogę mieć zastrzeżenia co najmniej do dwóch zawodników, że w Bełchatowie nie grali tak, jak na to liczyłem, ale wynik był jaki był. Rozmawiamy z piłkarzami na ten temat. Musimy być otwarci nawet na krytykę, ponieważ na ławce siedzą zawodnicy, którzy na to patrzą i widzą, że ktoś nie gra tak dobrze, by można było go pochwalić i liczą, że w następnym meczu dojdzie do zmiany.

Gdy przychodził Pan do Wrocławia, zespół był niemal na dnie. Teraz…

– Nadal jest na dnie.

Zgadza się, ale w pięciu ostatnich spotkaniach, mimo iż miejsce w tabeli tego nie pokazuje, zdobył 9 punktów.

– Podsumuję to w ten sposób: jesienią absolutnie gra się o punkty. Z tego co pamiętam, w każdym meczu trzeba o nie walczyć, by zespół w przerwie zimowej zweryfikował plany, a wiosną grał o konkretne miejsce, bo wtedy dochodzi do różnych niespodzianek. Jeden zespół przygotuje się lepiej do sezonu, a drugi gorzej. Wtedy jest szansa na kalkulacje, które miejsce można zdobyć.

Żeby te szanse zwiększyć, zimą może dojść we Wrocławiu do małego wietrzenia składu? Ma Pan z pewnością zdanie na temat piłkarzy Śląska i ich przydatności do drużyny.

– Wszyscy zawodnicy, których mam obecnie w kadrze, są mi potrzebni do ostatniego meczu z Jagiellonią.

To znaczy, że…

– Skończyłem temat.

To wróćmy do tematu Vuka Sotirovicia. Po meczu z Wisłą w Krakowie rzeczywiście zareagował nerwowo na fakt, że przesiedział 90 minut na ławce rezerwowych?

– Po co go ponownie rozgrzebywać?

– Kibice mają prawo wiedzieć, jak było naprawdę. Spotkał się Pan z Serbem, by o tym porozmawiać?

– Ja się z nim codziennie spotykam.

– To oczywiste, ale przed jednym z meczów mieli Panowie wyjaśniać sobie nieporozumienia w cztery oczy.

– Nie mam zamiaru brać zawodnika na dywan i udowadniać mu, że ja jestem trenerem, a on tylko piłkarzem. Potwierdzam, że Vuk, widząc co się dzieje, lepiej trenuje. Jest napastnikiem, który zdobywa bramki i moim obowiązkiem jest to, by grał. Po meczach zawsze wszyscy są mądrzy i uważają, że na boisko wyszedł nie ten skład. Mając obecną kadrę, a dodam, że w ataku właśnie odpadł Diaz, staram się na co dzień tak prowadzić zespół, by żadnego zawodnika nie stracić z byle jakiego powodu. Ja nie mam zamiaru udowadniać swojej racji i robić z siebie wielkiego trenera, ale też nie pozwolę, by żaden piłkarz dawał do zrozumienia, że jest aż tak wielki, że bez niego Śląsk przestanie istnieć. W obu przypadkach musi zostać zachowana pewna równowaga.

Z mojej strony to wszystko. Bardzo dziękuję za rozmowę.

– (W tym momencie Orest Lenczyk długo wpatruje się w stojąca na stole filiżankę – przyp. MRS) Zaaferowałem się rozmową, ale przez cały czas wiedziałem, że coś mi nie pasuje, że o czymś zapomniałem.

O czym?

– Herbaty nie posłodziłem. (Orest Lenczyk po chwili wskazuje na drugą filiżankę) Ja już muszę iść, ale pan niech sobie spokojnie dopije. Na mnie czeka Marek (Wleciałowski – przyp. MRS). Mamy dziś dużo pracy.